07.02.2025, 21:35 ✶
Nie wątpiła że w tym, co mówił jej kiedyś Maddox o Sforze, były ziarna prawdy. Wierzyła, że istnieli ludzie, którzy znaleźli się na dnie - ci, których system kopnął tak mocno, że spadli prosto w przepaść bez możliwości chwycenia za linę, którą z pewnością ktoś im rzucał. Być może nawet jej nie zauważyli, bo szybowali głową w dół na spotkanie ze śmiercią w postaci bagna, pod powierzchnią którego kłębiły się ostre, szpiczaste skały. I właśnie wtedy, tuż nad błotną, czarną breją, rozpościerała się złota, magiczna siatka w postaci Fenrisa Greybacka, który oferował pomoc. Jak można było ją odrzucić? Jak można było odtrącić kogoś, kto wyciągał w ostatniej chwili do nas rękę, by uratować nasze życie? A jednak słowa, które wypływały z ust Maddoxa, były chaotyczne i niezwykle anarchistyczne. Były agresywne, były butne i bywały po prostu przerażające. To, co chcieli zrobić - a raczej co chcieliby zrobić i jaki świat stworzyć - sprawiało, że na jej skórze unosiły się gwałtownie wszystkie włoski.
- Nie pierwsza - przypomniała, bo przecież to nie była jedyna rzecz, którą mu podarowała. Ale coś sprawiło, że spojrzała nieco krytyczniej na sweter. Czy ona kiedykolwiek podarowała mu ubranie? Ciepłe skarpetki na święta? Szalik? Rękawiczki? Nie pamiętała, chyba nigdy o tym nie myślała. Jakoś założyła, w tym swoim zadufaniu osoby z góry, bo przecież w przeciwieństwie do Maddoxa była na górze, że on to wszystko ma. Że nie ma rzeczy ładnych, bo żyje na Ścieżkach. A przecież... Przecież właśnie dlatego mógł nie mieć nic, chociaż wydawało mu się, że miał wszystko. Wiatr owiał policzki Faye, która nagle poczuła że krew uderza w nie ze zdwojoną mocą. Dlaczego o tym wcześniej nie pomyślała? - Pewnie niedługo zniknie, ale dostaniesz ładniejszy.
Taki, który podkreśli kolor twoich oczu, chciała dodać, ale w porę ugryzła się w język. Niepotrzebne mu były te słowa, jej również. Oboje doskonale wiedzieli, że nie musieli wypowiadać żadnych słów, żeby mieć siebie nawzajem. I to chyba było najgorsze, bo przecież relacje opierały się na słowach, a gdy ta dwójka zaczynała rozmawiać: wszystko wokół zaczynało się walić, a powietrze trzeszczało od iskier podczas kłótni. Tak jak teraz, gdy Traversówna rzuciła mu ostre spojrzenie, bo przecież to była naprawdę poważna sprawa, a mu się zbierało na żarty. I chociaż wiedziała doskonale, że nie miał nic złego na myśli i to był jeden z wielu mechanizmów obronnych: żarty. Żartowanie, gdy twój świat się walił, a tobie nie pozostało już nic innego, jak śmiech. Dodał jednak to, czego tak bardzo pragnęła usłyszeć. Rozumiał - ale czy na pewno? Faye westchnęła, wciskając dłonie w kieszenie kurtki. Słuchała uważnie tego, co miał jej do powiedzenia, lecz przy okazji robiła to, co potrafiła doskonale: obserwowała. Widziała zaciskające się dłonie, widziała pracujące mięśnie szczęki, ściągnięte brwi. Wyciągnęła dłoń w kierunku zaciśniętej w pięści dłoni Maddoxa.
- Chodź, przejdziemy się, co? - uśmiechnęła się blado, ruszając bardzo powoli i opornie w kierunku drzew. Nie potrafiła zebrać myśli, stojąc w miejscu - jeżeli chciała myśleć, rozmawiać: musiała się ruszać. I jeżeli Maddox nie chciał żeby krążyła wokół niego jak satelita, to musiał iść obok. Chciała go też odrobinę rozproszyć, żeby ochłonął. Nie musiał się denerwować, chociaż było to dla niego tak samo - o ile nie bardziej - bolesne, co dla niej samej. W zasadzie to podejrzewała, że miał dużo gorzej, bo przecież ona potrafiła się kontrolować, miała dach nad głową, ale nie mogła bagatelizować tego, że ją to spotkało po raz pierwszy. On przynajmniej wiedział, na czym stoi: ona do tej pory była przekonana, że ma to pod kontrolą. - Dox, ja zawsze to kontrolowałam.
Powiedziała cicho, zaciskając mimowolnie palce na jego dłoni. Mówienie o tym wywoływało w niej gniew - chciało jej się płakać ale nie dlatego, że było jej smutno tylko dlatego, że była bezsilna, a to było coś, czego nienawidziła. Nienawidziła czuć się słaba.
- A teraz... Teraz złamałam tyle zakazów, że nie wiem, jakim cudem jeszcze żyję. Maddox, widziałam je - powiedziała cicho, zniżając głos niemalże do szeptu. Jej ciało zadrżało od wewnętrznego chłodu, który poczuła od razu na wspomnienie widm w Kniei Godryka. - Były ich dziesiątki, jeśli nie setki. Ale musiałam biec dalej, chciałam zawrócić ale moje ciało mnie nie słuchało. Zachowałam świadomość, ale jakbym nie potrafiła kierować swoim ciałem. Czy...
Przełknęła głośno ślinę. Do tej pory była przekonana, że niekontrolowana przemiana podczas pełni wyglądała zupełnie inaczej - traciło się kontrolę również nad umysłem. Zerknęła na chłopaka z lękiem w oczach. Widać było, że to co przeżyła, wciąż tkwiło w niej głęboko i nie chciało opuścić jej umysłu.
- To nie wygląda tak, jak podczas pełni, prawda? - zapytała w końcu, nie będąc pewną, jak zareaguje na tak bezpośrednie pytanie. Ona nie wiedziała: była inna. Ona zawsze miała władzę nad umysłem i ciałem.
- Nie pierwsza - przypomniała, bo przecież to nie była jedyna rzecz, którą mu podarowała. Ale coś sprawiło, że spojrzała nieco krytyczniej na sweter. Czy ona kiedykolwiek podarowała mu ubranie? Ciepłe skarpetki na święta? Szalik? Rękawiczki? Nie pamiętała, chyba nigdy o tym nie myślała. Jakoś założyła, w tym swoim zadufaniu osoby z góry, bo przecież w przeciwieństwie do Maddoxa była na górze, że on to wszystko ma. Że nie ma rzeczy ładnych, bo żyje na Ścieżkach. A przecież... Przecież właśnie dlatego mógł nie mieć nic, chociaż wydawało mu się, że miał wszystko. Wiatr owiał policzki Faye, która nagle poczuła że krew uderza w nie ze zdwojoną mocą. Dlaczego o tym wcześniej nie pomyślała? - Pewnie niedługo zniknie, ale dostaniesz ładniejszy.
Taki, który podkreśli kolor twoich oczu, chciała dodać, ale w porę ugryzła się w język. Niepotrzebne mu były te słowa, jej również. Oboje doskonale wiedzieli, że nie musieli wypowiadać żadnych słów, żeby mieć siebie nawzajem. I to chyba było najgorsze, bo przecież relacje opierały się na słowach, a gdy ta dwójka zaczynała rozmawiać: wszystko wokół zaczynało się walić, a powietrze trzeszczało od iskier podczas kłótni. Tak jak teraz, gdy Traversówna rzuciła mu ostre spojrzenie, bo przecież to była naprawdę poważna sprawa, a mu się zbierało na żarty. I chociaż wiedziała doskonale, że nie miał nic złego na myśli i to był jeden z wielu mechanizmów obronnych: żarty. Żartowanie, gdy twój świat się walił, a tobie nie pozostało już nic innego, jak śmiech. Dodał jednak to, czego tak bardzo pragnęła usłyszeć. Rozumiał - ale czy na pewno? Faye westchnęła, wciskając dłonie w kieszenie kurtki. Słuchała uważnie tego, co miał jej do powiedzenia, lecz przy okazji robiła to, co potrafiła doskonale: obserwowała. Widziała zaciskające się dłonie, widziała pracujące mięśnie szczęki, ściągnięte brwi. Wyciągnęła dłoń w kierunku zaciśniętej w pięści dłoni Maddoxa.
- Chodź, przejdziemy się, co? - uśmiechnęła się blado, ruszając bardzo powoli i opornie w kierunku drzew. Nie potrafiła zebrać myśli, stojąc w miejscu - jeżeli chciała myśleć, rozmawiać: musiała się ruszać. I jeżeli Maddox nie chciał żeby krążyła wokół niego jak satelita, to musiał iść obok. Chciała go też odrobinę rozproszyć, żeby ochłonął. Nie musiał się denerwować, chociaż było to dla niego tak samo - o ile nie bardziej - bolesne, co dla niej samej. W zasadzie to podejrzewała, że miał dużo gorzej, bo przecież ona potrafiła się kontrolować, miała dach nad głową, ale nie mogła bagatelizować tego, że ją to spotkało po raz pierwszy. On przynajmniej wiedział, na czym stoi: ona do tej pory była przekonana, że ma to pod kontrolą. - Dox, ja zawsze to kontrolowałam.
Powiedziała cicho, zaciskając mimowolnie palce na jego dłoni. Mówienie o tym wywoływało w niej gniew - chciało jej się płakać ale nie dlatego, że było jej smutno tylko dlatego, że była bezsilna, a to było coś, czego nienawidziła. Nienawidziła czuć się słaba.
- A teraz... Teraz złamałam tyle zakazów, że nie wiem, jakim cudem jeszcze żyję. Maddox, widziałam je - powiedziała cicho, zniżając głos niemalże do szeptu. Jej ciało zadrżało od wewnętrznego chłodu, który poczuła od razu na wspomnienie widm w Kniei Godryka. - Były ich dziesiątki, jeśli nie setki. Ale musiałam biec dalej, chciałam zawrócić ale moje ciało mnie nie słuchało. Zachowałam świadomość, ale jakbym nie potrafiła kierować swoim ciałem. Czy...
Przełknęła głośno ślinę. Do tej pory była przekonana, że niekontrolowana przemiana podczas pełni wyglądała zupełnie inaczej - traciło się kontrolę również nad umysłem. Zerknęła na chłopaka z lękiem w oczach. Widać było, że to co przeżyła, wciąż tkwiło w niej głęboko i nie chciało opuścić jej umysłu.
- To nie wygląda tak, jak podczas pełni, prawda? - zapytała w końcu, nie będąc pewną, jak zareaguje na tak bezpośrednie pytanie. Ona nie wiedziała: była inna. Ona zawsze miała władzę nad umysłem i ciałem.