Niektórzy byli piękni. Inni byli szkaradni. Siedząc na przeciwko siebie, zdawali się być ucieleśnieniem chrześcijańskiego spotkania agentów niebios i piekieł. Rowle przysiadł na krześle i zasłuchał się z uwagą. Jego twarz pokryta łuską, czy właściwie łuszczycą nie wyrażała zbyt wiele, zdawała się maską, przez którą naturalne ludzkie odruchy były przytłumione.
A jednak uśmiechnął się słysząc prośby pięknego młodzieńca.
– A więc Knieja i dobrostan tamtejszej flory i fauny, cały czas przyciąga pańskie oczy. Cóż, postawa godna pochwały, aż zaproponowałbym panu staż u siebie, gdybyśmy mieli odrobinę miejsca. – Rozłożył bezradnie miejsce i było wrażenie, że rzeczywiście była to prawda, mając w pamięci również ciasne korytarzyki między boksami poszczególnych biur i kolejnych, kolejnych działów i poddziałów. A potem ujął leżąca pośród papierów różdżkę, którą niedbale zamachał składając część dokumentacji w zydel, na którym spokojnie można było przysiąść. – Trzy sprawy, zupełnie jakbym był dżinem – uśmiechnął się pokracznie w kierunku Laurenta – A co z poprzednim razem? Nie wystarczył?
– MacMillan... – zamyślił się i finezyjnie wygiętą dłonią przejechał nad jedną, potem drugą kupką. W końcu sięgnął jeden raport. Drugi. List. Doniesienie. Skargę. Raport. Wydawał się rozbawiony własną nieporadnością, faktem że szuka, jakby przetasowywał liście. W końcu jego twarz się rozjaśniła uśmiechem. – O proszę, Sebastian tak. Oddany sprawom Matki. – Grymas przebiegł przez jego twarz, gdy oczy pospiesznie zapoznawały się z tematem listu. – Prośba o zmniejszenie wymiaru godzin. To chyba... nie pokrywa się z Pańską wiedzą?– odłożył świstek. – Ale koncept zdaje się niezwykle interesujący – przyznał, pozwalając sobie na drobną notatkę w swoim własnym notesie. – A teraz pytanie drogi panie Prewecie. Czemu chce pan wchodzić ponownie do Kniei? – pióro zawisło nad papierem wyczekująco.
A jednak uśmiechnął się słysząc prośby pięknego młodzieńca.
– A więc Knieja i dobrostan tamtejszej flory i fauny, cały czas przyciąga pańskie oczy. Cóż, postawa godna pochwały, aż zaproponowałbym panu staż u siebie, gdybyśmy mieli odrobinę miejsca. – Rozłożył bezradnie miejsce i było wrażenie, że rzeczywiście była to prawda, mając w pamięci również ciasne korytarzyki między boksami poszczególnych biur i kolejnych, kolejnych działów i poddziałów. A potem ujął leżąca pośród papierów różdżkę, którą niedbale zamachał składając część dokumentacji w zydel, na którym spokojnie można było przysiąść. – Trzy sprawy, zupełnie jakbym był dżinem – uśmiechnął się pokracznie w kierunku Laurenta – A co z poprzednim razem? Nie wystarczył?
– MacMillan... – zamyślił się i finezyjnie wygiętą dłonią przejechał nad jedną, potem drugą kupką. W końcu sięgnął jeden raport. Drugi. List. Doniesienie. Skargę. Raport. Wydawał się rozbawiony własną nieporadnością, faktem że szuka, jakby przetasowywał liście. W końcu jego twarz się rozjaśniła uśmiechem. – O proszę, Sebastian tak. Oddany sprawom Matki. – Grymas przebiegł przez jego twarz, gdy oczy pospiesznie zapoznawały się z tematem listu. – Prośba o zmniejszenie wymiaru godzin. To chyba... nie pokrywa się z Pańską wiedzą?– odłożył świstek. – Ale koncept zdaje się niezwykle interesujący – przyznał, pozwalając sobie na drobną notatkę w swoim własnym notesie. – A teraz pytanie drogi panie Prewecie. Czemu chce pan wchodzić ponownie do Kniei? – pióro zawisło nad papierem wyczekująco.