09.02.2025, 16:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2025, 01:42 przez Maeve Chang.)
Maeve czuła uścisk na nadgarstkach, wyraźny i realny, choć to ona trzymała Lorraine, a nie odwrotnie. Miała wrażenie, że gdyby pozwoliła sobie na chwilę słabości, gdyby zluzowała palce i pozwoliła jej się wyrwać, to nie tylko Lorraine runęłaby w ciemność - upadłaby razem z nią. Bo choć to Lorraine balansowała na krawędzi, Maeve wiedziała, że niewiele brakowało, by sama też się tam znalazła.
Było coś w jej dotyku - w szoku rozlewającym się po skórze Lorraine, w jej rozszerzonych źrenicach, w drżącym oddechu, co przypominało Maeve, jak łatwo jest stracić kogoś w jednej, nieodwracalnej chwili. Jak łatwo jest rozbić się o bruk, tak jak potrzaskane pianino, które musiało kiedyś brzmieć pięknie, zanim stało się stertą bezużytecznych klawiszy i drewna. Zadrżała. Myśl, że mogłaby być świadkiem takiej straty, uderzyła ją jak nagły podmuch wiatru, odbierając na moment oddech. Strach ścisnął jej gardło, przywołując wspomnienia minionych nocy, kiedy wpatrywała się w sufit, próbując znaleźć sens w chaosie uczuć.
Nie chciała tego. Nie chciała jej krwi. Nie chciała, by Lorraine krwawiła dla niej, bo to oznaczałoby, że jej miłość jest cierpieniem, bólem i ofiarą - a to nie była miłość, której Mewa chciała. Chciała miłości, która oddycha, a nie dławi się własną tragedią. Miłości, która otwiera ramiona, zamiast zaciskać pięści. Ale czy sama potrafiła kochać w ten sposób? Czy nie była zbyt przyzwyczajona do bólu, by pozwolić sobie na coś innego?
Patrzyła na Lorraine i czuła, jak wzbiera w niej fala emocji, których nie potrafiła nazwać. Strach i nadzieja splatały się w jedno, tworząc w jej wnętrzu niepokojącą harmonię. Choć zawsze gotowa była się tego podjąć, spoglądanie prawdzie w oczy nigdy nie było łatwe. Szczególnie gdy prawda miała oczy Lorraine - pełne tajemnic, bólu i skomplikowanych emocji, których Maeve czasem nie była w stanie zrozumieć. Ale czy miłość w ogóle wymagała zrozumienia? A może właśnie w tym tkwił jej sens - w akceptacji, w bezwarunkowym trwaniu przy kimś, niezależnie od tego, jak bardzo się gubił?
Była pewna jednego: kochała Lorraine. Nie tą miłością, która pragnęła posiadania, nie tą, która chciała, by Lorraine pasowała do jej wyobrażeń. Kochała ją w całej jej nieprzewidywalności, w chaosie jej myśli, w chwilach, gdy była silna, i tych, gdy zdawała się krucha jak szkło. Kochała ją nawet wtedy, gdy Lorraine wydawała się nie kochać samej siebie.
To było przerażające. Być może dlatego, że przyznanie się do tej miłości oznaczało całkowite odsłonięcie się, zgodę na to, by Lorraine mogła ją zranić. A może dlatego, że w zawieszeniu nad barierką balkonu namacalna wręcz była świadomość tego, jak łatwo było stracić kogoś, kogo się kochało. I jak bardzo bolało pozostawanie z pustką, której nic nie mogło wypełnić.
Jej palce zacisnęły się mocniej. Czuła puls Lorraine - przyspieszony, chaotyczny, pełen sprzeczności. To był rytm życia, który musiała zatrzymać. Nie mogła pozwolić, by Lorraine poddała się tej ciemności, by uznała, że nie ma innego wyjścia. Bo zawsze było inne wyjście. Zawsze był ktoś, kto mógł podać rękę. Ktoś, kto nie pozwoliłby jej upaść.
A potem Raine ją pocałowała.
To było jak cisza po burzy, jak ułamek sekundy, w którym wszystko zatrzymuje się w miejscu. Mewa nawet nie była pewna, czy nadal oddycha. Wszystko inne - strach, niepewność, ból - stało się nagle odległe, nieistotne. Było tylko ciepło jej ust, miękkość dotyku, desperacja, która pulsowała w każdym ich drgnieniu. Tak łatwo było zatracić się w tym pocałunku, zapomnieć o wszystkim, co było wcześniej.
Myślała, że nie potrafi przestać bluźnić. Że zawsze znajdzie jakieś słowo, które wymknie się spomiędzy jej warg, jakieś oskarżenie, jakieś niezręczne wyznanie, które nigdy nie powinno paść. Ale teraz... teraz wreszcie mogła zamilknąć.
Lorraine zamknęła jej usta, a w tym geście było więcej niż tylko namiętność. Była obietnica. Była prośba. Było błaganie, żeby Maeve nie odchodziła. Żeby została - nawet jeśli wszystko inne miało się rozpaść.
I po raz pierwszy od bardzo dawna Maeve chciała uwierzyć, że może zostać.
Było coś w jej dotyku - w szoku rozlewającym się po skórze Lorraine, w jej rozszerzonych źrenicach, w drżącym oddechu, co przypominało Maeve, jak łatwo jest stracić kogoś w jednej, nieodwracalnej chwili. Jak łatwo jest rozbić się o bruk, tak jak potrzaskane pianino, które musiało kiedyś brzmieć pięknie, zanim stało się stertą bezużytecznych klawiszy i drewna. Zadrżała. Myśl, że mogłaby być świadkiem takiej straty, uderzyła ją jak nagły podmuch wiatru, odbierając na moment oddech. Strach ścisnął jej gardło, przywołując wspomnienia minionych nocy, kiedy wpatrywała się w sufit, próbując znaleźć sens w chaosie uczuć.
Nie chciała tego. Nie chciała jej krwi. Nie chciała, by Lorraine krwawiła dla niej, bo to oznaczałoby, że jej miłość jest cierpieniem, bólem i ofiarą - a to nie była miłość, której Mewa chciała. Chciała miłości, która oddycha, a nie dławi się własną tragedią. Miłości, która otwiera ramiona, zamiast zaciskać pięści. Ale czy sama potrafiła kochać w ten sposób? Czy nie była zbyt przyzwyczajona do bólu, by pozwolić sobie na coś innego?
Patrzyła na Lorraine i czuła, jak wzbiera w niej fala emocji, których nie potrafiła nazwać. Strach i nadzieja splatały się w jedno, tworząc w jej wnętrzu niepokojącą harmonię. Choć zawsze gotowa była się tego podjąć, spoglądanie prawdzie w oczy nigdy nie było łatwe. Szczególnie gdy prawda miała oczy Lorraine - pełne tajemnic, bólu i skomplikowanych emocji, których Maeve czasem nie była w stanie zrozumieć. Ale czy miłość w ogóle wymagała zrozumienia? A może właśnie w tym tkwił jej sens - w akceptacji, w bezwarunkowym trwaniu przy kimś, niezależnie od tego, jak bardzo się gubił?
Była pewna jednego: kochała Lorraine. Nie tą miłością, która pragnęła posiadania, nie tą, która chciała, by Lorraine pasowała do jej wyobrażeń. Kochała ją w całej jej nieprzewidywalności, w chaosie jej myśli, w chwilach, gdy była silna, i tych, gdy zdawała się krucha jak szkło. Kochała ją nawet wtedy, gdy Lorraine wydawała się nie kochać samej siebie.
To było przerażające. Być może dlatego, że przyznanie się do tej miłości oznaczało całkowite odsłonięcie się, zgodę na to, by Lorraine mogła ją zranić. A może dlatego, że w zawieszeniu nad barierką balkonu namacalna wręcz była świadomość tego, jak łatwo było stracić kogoś, kogo się kochało. I jak bardzo bolało pozostawanie z pustką, której nic nie mogło wypełnić.
Jej palce zacisnęły się mocniej. Czuła puls Lorraine - przyspieszony, chaotyczny, pełen sprzeczności. To był rytm życia, który musiała zatrzymać. Nie mogła pozwolić, by Lorraine poddała się tej ciemności, by uznała, że nie ma innego wyjścia. Bo zawsze było inne wyjście. Zawsze był ktoś, kto mógł podać rękę. Ktoś, kto nie pozwoliłby jej upaść.
A potem Raine ją pocałowała.
To było jak cisza po burzy, jak ułamek sekundy, w którym wszystko zatrzymuje się w miejscu. Mewa nawet nie była pewna, czy nadal oddycha. Wszystko inne - strach, niepewność, ból - stało się nagle odległe, nieistotne. Było tylko ciepło jej ust, miękkość dotyku, desperacja, która pulsowała w każdym ich drgnieniu. Tak łatwo było zatracić się w tym pocałunku, zapomnieć o wszystkim, co było wcześniej.
Myślała, że nie potrafi przestać bluźnić. Że zawsze znajdzie jakieś słowo, które wymknie się spomiędzy jej warg, jakieś oskarżenie, jakieś niezręczne wyznanie, które nigdy nie powinno paść. Ale teraz... teraz wreszcie mogła zamilknąć.
Lorraine zamknęła jej usta, a w tym geście było więcej niż tylko namiętność. Była obietnica. Była prośba. Było błaganie, żeby Maeve nie odchodziła. Żeby została - nawet jeśli wszystko inne miało się rozpaść.
I po raz pierwszy od bardzo dawna Maeve chciała uwierzyć, że może zostać.
Koniec sesji
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —