Morpheus wziął głęboki wdech. Co za bzdury. On nie miał powrotu do domu, a karty, jak to karty, mówiły zagadkami. Nie przyszedł tam, aby szukać rozgrywek. Tak brzmiała dziwna melodia, jak syrenka pieśń, wabiąca słabe umysły. Jedyne karty, które miały na niego wpływ to tarot.
Przyjdź do mnie.. Tak to brzmiało. Nie zamierzał.
Zauważył Theo. Wywrócił swoimi zdecydowanie nie rubinowymi oczami. To było bardzo drogocenne zabezpieczenie, przerost formy nad treścią. Szkoda takich kamieni na zwykłe podpatrywanie gości, Borginowie robili to taniej i skuteczniej i na pewno nie byli jedyną rodziną na świecie, która opanowała artefakty mogące podglądać.
Zrobił w stronę Theo kilka kroków, jak zmęczony i poirytowany mentor, gotów złapać młodzieńca za ucho i skierować ku typowym dla jego wieku rozrywkom: hazardowi za pieniądze rodziców, w tym wypadku, tych chrzestnych czyli jego samego.
Sukces!