Niestety (dla Sauriela), Victoria nie była wprawnym legilimentą, nie była żadnym legilimentą i z pewnością nie rzuciła legilimens patrząc w jego czarne jak sama otchłań oczy. Otchłań spojrzałaby wtedy i na nią, prawda? W zupełnie innym wymiarze – bo jego myśli i wspomnień, nic nie mogłoby się wtedy przed nią ukryć, gdyby przeczesywała jego głowę z łatwością kociaka, który wpadł w te wszystkie swoje papierki, rozrzucając wszystko dookoła. Mogłaby wtedy siać prawdziwe spustoszenie, zabierać i niszczyć, czytać coś, co do niej nie należało. Nie potrafiła tego jednak – i wcale nie chciała tego umieć. Tak mogła się narodzić prawdziwa więź, niewymuszona strachem o to, co można zobaczyć w głowie, a czego wcale nie chciało się pokazać w ten sposób, niewzięta z łatwością, gdy czyta się czyjeś myśli, zamiast wysiłku włożonego w prawdziwą rozmowę, w próbę przekazania czegoś drugiej osobie, niezrodzoną z lenistwa – bo po co mówić, kiedy można pokazać; a najgorsze, że to wszystko działałoby wtedy w jedną stronę.
Nie musiało.
Zgięła palce dłoni, układając je równo na swoich udach, gdy Sauriel wstał. Wodziła za nim wzrokiem, z początku zaskoczona, ale zaraz spłynęło to zrozumienie i Victoria po prostu kiwnęła głową. Czasami… czasami też tak krążyła, gdy temat był dla niej trudny. I co prawda wolałaby złapać go teraz za ręce, by dać mu w ten sposób znać, że nic złego się nie dzieje, ale jedyny ruch, jaki wykonała, to ten, gdy sięgała dłonią do szklanki w ginem, by w końcu upić tego pierwszego łyka, a potem drugiego. Spokojnego spojrzenia dużych, brązowych oczu, spoglądających spod firany czarnych jak smoła rzęs, jednak od Sauriela nie oderwała.
A on w końcu się odezwał. Przysięgłaby, że gdyby tylko potrzebował oddychać, to właśnie wciągnąłby powietrze głęboko, z lekkim świstem, nim się odezwał. A ona mu nie przerywała, jedynym świadectwem, że była żywa i prawdziwa, a na jego kanapie nie siedziała wykuta z zaklętego magią marmuru rzeźba pięknej kobiety był fakt, że leciutko zmarszczyła brwi – lecz po chwili jej czoło się wygładziło.
– Nie jesteś w stanie pozbyć się wszystkich informacji o swoich personaliach, czemu więc myślisz o tym tak fatalistycznie i niemalże niechlujnie? Jeśli ktokolwiek z jakiegokolwiek powodu wpadnie na twój trop i znajdzie nic, tym bardziej zacznie kopać, bo będzie to takie podejrzane – jej głos był cichy, spokojny i melodyjny, jak zawsze, nie przesadnie wysoki czy skrzekliwy, ale na pewien sposób głęboki. – Po co marnować siły na rozmyślania o tym, by usunąć informacje o rzeczach, które można znaleźć inną drogą? Ja na ten przykład – możesz mnie usunąć z tego albumu, ale i tak do mnie dotrą innymi drogami. Twoi znajomi ze szkoły… wystarczy udać się do Hogwartu po listę dzieciaków przyjętych na dany rocznik i roczniki obok, zapytać nauczycieli, więc i tak można do tego dojść. A koty… No jak koty, powiedzą tylko tyle, że lubisz zwierzaki, to nic nadzwyczajnego, kochanie – dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, co powiedziała na końcu i miała choć tyle przyzwoitości, by choć trochę się zarumienić, ale zaraz przy tym zmarszczyła brwi, niezrażona, kontynuując. – A ten pokój… Chciałabym zobaczyć, jak ktoś tu się włamuje tylko po to, żeby wparować tu i przetrząsać twoje rzeczy, mhm – znaczyło to ni mniej, ni więcej, że było to równie absurdalne, co Victoria ubrana we wściekle różową, falbaniastą sukienkę, przemalowana na blond.