11.02.2025, 19:51 ✶
tw: just Nocturn unhinged stuff + Baldwin being old creep jak zwykle
Baldwin bawił się tej nocy wyśmienicie.
Pijany, wciąż jeszcze naćpany oparami Amortencji, którą nasączył swój ostatni portret. Och jakże piękny był to obraz; jakże piękna czarnowłosa wiedźma, która poruszała się leniwie w ramach, wodząc rozbawionym spojrzeniem wodnej rusałki za twórcą, który szeptem dumnego ojca obiecywał jej, że już niedługo znajdzie się w nowym domu, kusząc i doprowadzając do obłędu słabszych mężczyzn.
Czy było coś złego w tym, że przepił absolutnie wszystko co na swojej Sztuce zarobił? Pieniądze nigdy nie trzymały się zbyt długo Baldwina Malfoy’a. Tonęły w pustych, brudnych szklankach.
- To leci tak. Willkommen, bienvenue, welcome! - Zaśpiewał, przy każdym kolejnym słowie wystukując rytm na odsłoniętym udzie siedzącej mu na kolanach blondyneczki. Tej, którą złapał jak snuła się całkiem samotna bocznymi uliczkami, trochę jak uczennica Hogwartu, która postanowiła się wyszaleć w wakacje przed strasznie ciężkim (na oko patrząc na jej uroczą okrągłą buźkę) piątym rokiem nauki i wkuwania pszyrki.- Fremde, etranger, stranger~
Złożył krótki pocałunek na jej szyi, zaczepnie przygryzając jasną skórę. Ale że wampirem był kiepskawym, to nie pozostawił po sobie większego śladu. Jak panna miała na imię? Cholera wie, pewnie się dowie za parę dni z plakatów BUM'u o zgłoszeniu zaginięcia dziewczynki. Ludzie lubili się rozpływać w powietrzu na Nokturnie. Szczególnie takie głupie i naiwne trzpiotki jak ta tutaj. Upita po zaledwie dwóch drinkach, które pewnie pod ladą jej czymś doprawił ten zaszczany goblin, który kierował całym biznesem; liczącej, że znajdzie miłość swojego życia w spelunie. Mogła trafić gorzej - jeszcze jej nie zaciągnął w ciemny zaułek, jeszcze pozwalał jej żyć ułudą, że ta noc się dla niej skończy czymś przyjemniejszym niż niezobowiązującym seksem i wiwisekcją mózgu przeprowadzoną przy użyciu hipnozy; jeszcze udawał, że jest inni niż wszystkie śliniące się na jej widok typy żłopiące tanie piwsko przy barze. Jeszcze mu się chciało grać w tą gierkę.
Ale nim zdążył w pełni nacieszyć się smakiem swojej małej Jane Doe, poczuł uścisk na karku. Znał ten dotyk - zapisał się w pamięci Malfoy’a już dawno, tworząc miłą sieć skojarzeń. Dlatego zrobił to co zawsze, gdy ból przyjemnie mieszał się z przyjemną alkoholową mgłą spowijającą jego jaźń. Odchylił głowę do tyłu, pozwalając przetłuszczonym kosmykom włosów opaść na twarz. Wyszczerzył ząbki w leniwym uśmieszku. Wbił przy tym palce Fawley’a odrobinę mocniej w swoją własną skórę, chłonąc każde kolejne odczucie. Jak wyciągnięty z rynsztoka kundel zachwycony atencją swojego właściciela. W tym momencie jednak nie był jeszcze tylko powiem którego.
Chodź, znudziłem się już.
Powiedział, a Baldwin zrozumiał.
Nokturn pozostawiał w człowieku wyrwę. Okradał z duszy i serca. Przyzwyczajał do tego, że było się wiecznie głodnym. Nawet wtedy, gdy ciało przestawało się tak rozpaczliwie dopominać się o ludzki pokarm. Po przekroczeniu tej granicy - nie było już odwrotu. Pozbył się blondynki z kolan, jakby w ogóle nie istniała. Nie zauważył nawet jak na jej wykrzywioną w dziecięcym grymasie niezadowolenia odpowiada jeden z dobrze znanych mu Szczurów Fontaine. Pewnie równie szybko co zniknęli z baru, z dziewczynki zniknęła ta pognieciona sukieneczka cnotki.
Nie zakodował nawet jej krzyku, który rozciął ciszę leniwej nocy. Na Nokturnie wiecznie ktoś krzyczał.
Zamiast tego sam Baldwin pozwolił się zabrać w ciemność; potykając się o własne nogi, spoglądając tęsknie w okna Necronomiconu, gdy go minęli, nie zatrzymując się nawet na moment. Może to i lepiej? Przemknęło mu przez myśl, gdy własny obraz nędzy i rozpaczy odbił się w brudnej od kurzu szybie. Wspaniały pan Malfoy. Niezwykły pan Malfoy. Przerżnięty przez życie pan Malfoy.
Desdemona pachniała jak Necronomicon.
Przynajmniej po części. Zapach ziół, kadzideł i lepiącego się do podniebienia popiołu. Wszystko to by przykryć słodki zapach zgnilizny i śmierci. Obserwował znudzony jak Cain siłuje się z drzwiami, o których framugę się oparł. Ze wzrokiem zawieszonym na kociej rodzince ustawionej w równym rządku na parapecie.
- Nie lubię taksydermii.- Oświadczył, zniżając głos do melodyjnego szeptu, Sam nie chciał skończyć wypchany jakąś pokrzywą.- Lubię proces, ale nie efekt.- Przesunął opuszką kciuka po ostrzu noża dociśniętym do swojej piersi, zastanawiając się czy przestać oddychać na moment czy może raczej zrobić krok w tył. Potem kolejny. I jeszcze jeden. Prosto w ciemność pomieszczenia na zapleczu.
Baldwin bawił się tej nocy wyśmienicie.
Pijany, wciąż jeszcze naćpany oparami Amortencji, którą nasączył swój ostatni portret. Och jakże piękny był to obraz; jakże piękna czarnowłosa wiedźma, która poruszała się leniwie w ramach, wodząc rozbawionym spojrzeniem wodnej rusałki za twórcą, który szeptem dumnego ojca obiecywał jej, że już niedługo znajdzie się w nowym domu, kusząc i doprowadzając do obłędu słabszych mężczyzn.
Czy było coś złego w tym, że przepił absolutnie wszystko co na swojej Sztuce zarobił? Pieniądze nigdy nie trzymały się zbyt długo Baldwina Malfoy’a. Tonęły w pustych, brudnych szklankach.
- To leci tak. Willkommen, bienvenue, welcome! - Zaśpiewał, przy każdym kolejnym słowie wystukując rytm na odsłoniętym udzie siedzącej mu na kolanach blondyneczki. Tej, którą złapał jak snuła się całkiem samotna bocznymi uliczkami, trochę jak uczennica Hogwartu, która postanowiła się wyszaleć w wakacje przed strasznie ciężkim (na oko patrząc na jej uroczą okrągłą buźkę) piątym rokiem nauki i wkuwania pszyrki.- Fremde, etranger, stranger~
Złożył krótki pocałunek na jej szyi, zaczepnie przygryzając jasną skórę. Ale że wampirem był kiepskawym, to nie pozostawił po sobie większego śladu. Jak panna miała na imię? Cholera wie, pewnie się dowie za parę dni z plakatów BUM'u o zgłoszeniu zaginięcia dziewczynki. Ludzie lubili się rozpływać w powietrzu na Nokturnie. Szczególnie takie głupie i naiwne trzpiotki jak ta tutaj. Upita po zaledwie dwóch drinkach, które pewnie pod ladą jej czymś doprawił ten zaszczany goblin, który kierował całym biznesem; liczącej, że znajdzie miłość swojego życia w spelunie. Mogła trafić gorzej - jeszcze jej nie zaciągnął w ciemny zaułek, jeszcze pozwalał jej żyć ułudą, że ta noc się dla niej skończy czymś przyjemniejszym niż niezobowiązującym seksem i wiwisekcją mózgu przeprowadzoną przy użyciu hipnozy; jeszcze udawał, że jest inni niż wszystkie śliniące się na jej widok typy żłopiące tanie piwsko przy barze. Jeszcze mu się chciało grać w tą gierkę.
Ale nim zdążył w pełni nacieszyć się smakiem swojej małej Jane Doe, poczuł uścisk na karku. Znał ten dotyk - zapisał się w pamięci Malfoy’a już dawno, tworząc miłą sieć skojarzeń. Dlatego zrobił to co zawsze, gdy ból przyjemnie mieszał się z przyjemną alkoholową mgłą spowijającą jego jaźń. Odchylił głowę do tyłu, pozwalając przetłuszczonym kosmykom włosów opaść na twarz. Wyszczerzył ząbki w leniwym uśmieszku. Wbił przy tym palce Fawley’a odrobinę mocniej w swoją własną skórę, chłonąc każde kolejne odczucie. Jak wyciągnięty z rynsztoka kundel zachwycony atencją swojego właściciela. W tym momencie jednak nie był jeszcze tylko powiem którego.
Chodź, znudziłem się już.
Powiedział, a Baldwin zrozumiał.
Nokturn pozostawiał w człowieku wyrwę. Okradał z duszy i serca. Przyzwyczajał do tego, że było się wiecznie głodnym. Nawet wtedy, gdy ciało przestawało się tak rozpaczliwie dopominać się o ludzki pokarm. Po przekroczeniu tej granicy - nie było już odwrotu. Pozbył się blondynki z kolan, jakby w ogóle nie istniała. Nie zauważył nawet jak na jej wykrzywioną w dziecięcym grymasie niezadowolenia odpowiada jeden z dobrze znanych mu Szczurów Fontaine. Pewnie równie szybko co zniknęli z baru, z dziewczynki zniknęła ta pognieciona sukieneczka cnotki.
Nie zakodował nawet jej krzyku, który rozciął ciszę leniwej nocy. Na Nokturnie wiecznie ktoś krzyczał.
Zamiast tego sam Baldwin pozwolił się zabrać w ciemność; potykając się o własne nogi, spoglądając tęsknie w okna Necronomiconu, gdy go minęli, nie zatrzymując się nawet na moment. Może to i lepiej? Przemknęło mu przez myśl, gdy własny obraz nędzy i rozpaczy odbił się w brudnej od kurzu szybie. Wspaniały pan Malfoy. Niezwykły pan Malfoy. Przerżnięty przez życie pan Malfoy.
Desdemona pachniała jak Necronomicon.
Przynajmniej po części. Zapach ziół, kadzideł i lepiącego się do podniebienia popiołu. Wszystko to by przykryć słodki zapach zgnilizny i śmierci. Obserwował znudzony jak Cain siłuje się z drzwiami, o których framugę się oparł. Ze wzrokiem zawieszonym na kociej rodzince ustawionej w równym rządku na parapecie.
- Nie lubię taksydermii.- Oświadczył, zniżając głos do melodyjnego szeptu, Sam nie chciał skończyć wypchany jakąś pokrzywą.- Lubię proces, ale nie efekt.- Przesunął opuszką kciuka po ostrzu noża dociśniętym do swojej piersi, zastanawiając się czy przestać oddychać na moment czy może raczej zrobić krok w tył. Potem kolejny. I jeszcze jeden. Prosto w ciemność pomieszczenia na zapleczu.