12.02.2025, 12:33 ✶
Mogli udawać, że wszystko powoli zaczyna wracać do normy. Tej dawnej i odległej. Tej właściwej. Ulegać złudzeniu, że czymkolwiek było to, do czego się tu posuwali, pierwszy raz od dawna robili coś dla siebie nawzajem. Pojawili się tu wspólnie po wydarzeniach ze Snowdonii, które wcale nie skończyły się dobrze, jednak w jakimś pokrętnym sensie skończyły się dobrze.
Znaleźli drogę do siebie, prawda? Drogę do jedynego domu, jaki Ambroise kiedykolwiek uznawał za całkowicie jego własny. Bezpiecznej przystani, zaklętej szklanej kuli wypełnionej drobinkami skrzącego się piasku. Miejsca, w którym nie mogło ich spotkać nic złego.
A jednak to było wyłącznie złudzenie, czyż nie? Nawet nie myślenie życzeniowe, bo oboje zdawali sobie sprawę z tego, jak wielkim kłamstwem to było. Poprzedni dzień był trudny, brutalny i druzgocący. Wieczorem udało im się odzyskać złudzenie spokoju i szczęścia, ale gdy nadeszła ciemna noc, wszystko powróciło.
Zawsze wracało. Dzisiaj wzmożone, umocnione przez kolejne obrazy, zupełnie nowe (choć może wcale nie? nie do końca?) lęki. W takich chwilach wiedział, że pozostanie w łóżku nie przyniosłoby ulgi. Wręcz przeciwnie. Nie zasnąłby ponownie. Nawet obecność Geraldine nie przyniosłaby mu ulgi a nie chciał jej obudzić. Potrzebowała odpoczynku. Prawdopodobnie znacznie bardziej niż on.
Więc wyszedł. Wypalając jednego papierosa. Później drugiego. Nie wiedział, na jak długo pojawił się na zewnątrz zanim coś w otoczeniu uległo zmianie. Tym razem już nie wzbudzając w nim niepokoju, tylko raczej pewien rodzaj melancholii. Smutku. To chyba było to nowe uczucie, jakie wiązało się z pobytem w tym miejscu. Nie gorycz, nie złość, nie do końca żal - głęboki smutek.
Atmosfera panująca na zewnątrz sprzyjała wyczuleniu zmysłów, toteż niemalże od razu zareagował na obecność Geraldine. Zresztą, czy tak nie było za każdym razem? Zauważał, gdy wbijała w niego swoje spojrzenie. Nie musiał na nią patrzeć, aby zdawać sobie sprawę z tego, co robiła i że znajdowała się tuż obok. Nie był w stanie wrócić pamięcią do chwili, kiedy dostrzegł to po raz pierwszy, tak po prostu było...
...od zawsze? Nie musieli stać twarzą w twarz, aby wiedzieć, że znaleźli się w zasięgu ręki. Nigdy jej o to nie pytał, przynajmniej nie bezpośrednio, lecz podświadomie wiedział, że to działa w obie strony. Może dlatego poprzednia jesień, cała miniona zima były dla niego szczególnie trudne?
Szukał Riny. Spoglądał za nią w tłumie praktycznie za każdym razem, gdy musiał pojawić się na którymś z wydarzeń towarzyskich. Chciał tego czy też nie, była jedyną osobą, której wypatrywał w tłumie, jednak podświadomie wyczuwał, że to nie miało sensu. Kilka dni temu dowiedział się, dlaczego tak było. Wszystko stało się jeszcze bardziej jasne. Przejrzyste, klarowne, ale wcale nie lepsze.
Nie mogło być lepiej, skoro ta wiedza nic nie zmieniała. W dalszym ciągu pozostawali sobie zarazem bardzo bliscy, jak i obcy. Dzień, w którym mieli ponownie przesunąć granicę, na nowo narzucić sobie rzeczywisty dystans - ten dzień miał nadejść prędzej aniżeli później. A potem? Wiedząc to, co wiedział, zdawał sobie sprawę z tego, że ani tej, ani każdej kolejnej jesieni czy zimy nie napotka już pustki.
Będą się mijać. Unikanie udziału w sabatach czy przyjęciach nie było łatwe. Przez ostatnie miesiące robił to stanowczo zbyt często. Gdy musiał, pojawiał się na krótko, do czego przecież powinien być przyzwyczajony. Robili tak wspólnie nie raz i nie dwa. Pokazywali się w towarzystwie, po czym wymykali się wspólnie przy pierwszej możliwej okazji. Tyle tylko, że wtedy całkiem radośnie. Konspiracyjnie.
Teraz to mogło być traktowane niemal wyłącznie w kategorii ucieczki. A on wcale nie chciał uciekać. To nie było jego naturalną reakcją, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że pozostanie miało być znacznie trudniejsze. Być może nawet niemal niemożliwe.
Ten moment musiał nadejść. Piaskownica nie była ich wiecznym schronieniem. Nie była ich wspólnym domem. Już nie. Przestała nim być na długo zanim podpisał te papiery, kładąc je na kuchennym stole. Zniknęły stamtąd, więc wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego, że Yaxleyówna też wiedziała.
Zresztą zdążył wyrzucić jej kwestię rachunków, prawda? Podatków i opłat. Paradoksalnie - tylko na pokaz, bo wcale nie sprawiały mu nawet najmniejszych problemów. Robił to odruchowo. Może z pewną melancholią, ale traktował to jako swój fragment przeszłości, za który cały czas odpowiadał. Teraz to już nie była jego sprawa.
Tak jak wiele innych, których odejście wcale nie zrzuciło mu ciężaru z ramion. Jeśli to było możliwe, stało się wręcz przeciwnie. Czuł to nawet w tej chwili. Duszący ciężar niespełnionych obietnic, zmarnowanych szans i nieoczekiwanych wydarzeń prowadzących ich do tego momentu.
Nie drgnął, gdy poczuł ciepłe ramiona owijające się wokół niego. Jedynie wydał z siebie coś na kształt stłumionego westchnienia, czując znajomy zapach otulający mu nozdrza. Przebijający się przez woń deszczu i wilgoci, przez rześkość powietrza. Bardziej odruchowo aniżeli świadomie odłożył papierośnicę na barierkę przed sobą, po czym wolną ręką przykrył dłonie Geraldine.
Nie wydawało mu się konieczne, by coś mówić. Milczenie niemal nigdy im nie ciążyło. Za to słowa? Słowa ostatnio potrafiły zepsuć wszystko, co tworzyła cisza. Odchylił głowę w tył, przekrzywiając ją nieco w bok, żeby oprzeć policzek o włosy dziewczyny. Nic więcej. Milczeli.
Znaleźli drogę do siebie, prawda? Drogę do jedynego domu, jaki Ambroise kiedykolwiek uznawał za całkowicie jego własny. Bezpiecznej przystani, zaklętej szklanej kuli wypełnionej drobinkami skrzącego się piasku. Miejsca, w którym nie mogło ich spotkać nic złego.
A jednak to było wyłącznie złudzenie, czyż nie? Nawet nie myślenie życzeniowe, bo oboje zdawali sobie sprawę z tego, jak wielkim kłamstwem to było. Poprzedni dzień był trudny, brutalny i druzgocący. Wieczorem udało im się odzyskać złudzenie spokoju i szczęścia, ale gdy nadeszła ciemna noc, wszystko powróciło.
Zawsze wracało. Dzisiaj wzmożone, umocnione przez kolejne obrazy, zupełnie nowe (choć może wcale nie? nie do końca?) lęki. W takich chwilach wiedział, że pozostanie w łóżku nie przyniosłoby ulgi. Wręcz przeciwnie. Nie zasnąłby ponownie. Nawet obecność Geraldine nie przyniosłaby mu ulgi a nie chciał jej obudzić. Potrzebowała odpoczynku. Prawdopodobnie znacznie bardziej niż on.
Więc wyszedł. Wypalając jednego papierosa. Później drugiego. Nie wiedział, na jak długo pojawił się na zewnątrz zanim coś w otoczeniu uległo zmianie. Tym razem już nie wzbudzając w nim niepokoju, tylko raczej pewien rodzaj melancholii. Smutku. To chyba było to nowe uczucie, jakie wiązało się z pobytem w tym miejscu. Nie gorycz, nie złość, nie do końca żal - głęboki smutek.
Atmosfera panująca na zewnątrz sprzyjała wyczuleniu zmysłów, toteż niemalże od razu zareagował na obecność Geraldine. Zresztą, czy tak nie było za każdym razem? Zauważał, gdy wbijała w niego swoje spojrzenie. Nie musiał na nią patrzeć, aby zdawać sobie sprawę z tego, co robiła i że znajdowała się tuż obok. Nie był w stanie wrócić pamięcią do chwili, kiedy dostrzegł to po raz pierwszy, tak po prostu było...
...od zawsze? Nie musieli stać twarzą w twarz, aby wiedzieć, że znaleźli się w zasięgu ręki. Nigdy jej o to nie pytał, przynajmniej nie bezpośrednio, lecz podświadomie wiedział, że to działa w obie strony. Może dlatego poprzednia jesień, cała miniona zima były dla niego szczególnie trudne?
Szukał Riny. Spoglądał za nią w tłumie praktycznie za każdym razem, gdy musiał pojawić się na którymś z wydarzeń towarzyskich. Chciał tego czy też nie, była jedyną osobą, której wypatrywał w tłumie, jednak podświadomie wyczuwał, że to nie miało sensu. Kilka dni temu dowiedział się, dlaczego tak było. Wszystko stało się jeszcze bardziej jasne. Przejrzyste, klarowne, ale wcale nie lepsze.
Nie mogło być lepiej, skoro ta wiedza nic nie zmieniała. W dalszym ciągu pozostawali sobie zarazem bardzo bliscy, jak i obcy. Dzień, w którym mieli ponownie przesunąć granicę, na nowo narzucić sobie rzeczywisty dystans - ten dzień miał nadejść prędzej aniżeli później. A potem? Wiedząc to, co wiedział, zdawał sobie sprawę z tego, że ani tej, ani każdej kolejnej jesieni czy zimy nie napotka już pustki.
Będą się mijać. Unikanie udziału w sabatach czy przyjęciach nie było łatwe. Przez ostatnie miesiące robił to stanowczo zbyt często. Gdy musiał, pojawiał się na krótko, do czego przecież powinien być przyzwyczajony. Robili tak wspólnie nie raz i nie dwa. Pokazywali się w towarzystwie, po czym wymykali się wspólnie przy pierwszej możliwej okazji. Tyle tylko, że wtedy całkiem radośnie. Konspiracyjnie.
Teraz to mogło być traktowane niemal wyłącznie w kategorii ucieczki. A on wcale nie chciał uciekać. To nie było jego naturalną reakcją, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że pozostanie miało być znacznie trudniejsze. Być może nawet niemal niemożliwe.
Ten moment musiał nadejść. Piaskownica nie była ich wiecznym schronieniem. Nie była ich wspólnym domem. Już nie. Przestała nim być na długo zanim podpisał te papiery, kładąc je na kuchennym stole. Zniknęły stamtąd, więc wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego, że Yaxleyówna też wiedziała.
Zresztą zdążył wyrzucić jej kwestię rachunków, prawda? Podatków i opłat. Paradoksalnie - tylko na pokaz, bo wcale nie sprawiały mu nawet najmniejszych problemów. Robił to odruchowo. Może z pewną melancholią, ale traktował to jako swój fragment przeszłości, za który cały czas odpowiadał. Teraz to już nie była jego sprawa.
Tak jak wiele innych, których odejście wcale nie zrzuciło mu ciężaru z ramion. Jeśli to było możliwe, stało się wręcz przeciwnie. Czuł to nawet w tej chwili. Duszący ciężar niespełnionych obietnic, zmarnowanych szans i nieoczekiwanych wydarzeń prowadzących ich do tego momentu.
Nie drgnął, gdy poczuł ciepłe ramiona owijające się wokół niego. Jedynie wydał z siebie coś na kształt stłumionego westchnienia, czując znajomy zapach otulający mu nozdrza. Przebijający się przez woń deszczu i wilgoci, przez rześkość powietrza. Bardziej odruchowo aniżeli świadomie odłożył papierośnicę na barierkę przed sobą, po czym wolną ręką przykrył dłonie Geraldine.
Nie wydawało mu się konieczne, by coś mówić. Milczenie niemal nigdy im nie ciążyło. Za to słowa? Słowa ostatnio potrafiły zepsuć wszystko, co tworzyła cisza. Odchylił głowę w tył, przekrzywiając ją nieco w bok, żeby oprzeć policzek o włosy dziewczyny. Nic więcej. Milczeli.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down