12.02.2025, 18:36 ✶
Niektórych nawyków nie dało się tak po prostu wykrzewić. Były niczym pędy jeżyn raz po raz wybijające z ziemi. Można było próbować uciąć je tuż przy samej glebie, udawać, że pozbycie się ich z oczu wystarczy, aby przestały istnieć. Można było spróbować je zgnieść, stłamsić, skopać i przydusić. Wyrwać je z korzeniami, ignorując ostre kolce wbijające się w palce i kaleczące skórę aż do krwi.
A jednak wystarczył nawet niewielki przeoczony fragment, jeden kawałek korzenia skrytego głęboko pod ziemią, aby z czasem powrotem pojawiły się na powierzchni. Być może bardzo ostrożnie, niemal niezauważalnie, ale czy w tym wypadku naprawdę tak było?
Nie.
W tym momencie mógłby nawet zakwestionować to pierwsze stwierdzenie. To, czy rzeczywiście chodziło o nawyki. Nie instynkty. Nie działanie jeszcze bardziej pierwotnych sił. Czegoś, na co być może nawet nie do końca mieli wpływ, więc wyzbycie się tego nigdy nie wchodziło w grę.
W gruncie rzeczy było tak jak już to kiedyś powiedział - im dłużej o tym myślał, tym bardziej wierzył w to, że byli po prostu przeklęci. Przeklęci, jeśli chcieli i przeklęci, jeśli nie chcieli. Przeklęci, gdy z tym walczyli i równie przeklęci, gdy temu ulegali. Od samego początku wszystko pchało ich w jednym kierunku. Tyle tylko, że dopiero z czasem zaczął dopuszczać do siebie myśl, że nie była to ta upragniona ścieżka.
Tkwili w tym naprawdę głęboko. O ironio, uświadamiając to sobie w każdej mijającej sekundzie. Z każdą chwilą miał coraz większy mętlik w głowie a przecież zaczęło się od czegoś z pozoru całkiem prostego. Potrzebowali złapać oddech po bliskim spotkaniu ze śmiercią niemal dyszącą im w kark.
Kiedy tak właściwie pozwolili, aby ta potrzeba bliskości, ulgi, zaczerpnięcia tchu została wyparta przez kolejne duszące wrażenie? Paradoksalnie - to, co w dalszym ciągu potrafiło przynieść im upragniony spokój (bo przecież przez te kilka dni mieli całkiem sporo okazji, by być całkiem szczęśliwi) jednocześnie było także tym, co go podduszało.
Nie chodziło o Geraldine. Jakkolwiek źle by to nie brzmiało - nie chodziło o to, co robiła. Jasne, jej ugodowość i miękkość bez wątpienia mieszała mu w głowie. Nie bez powodu odszedł wtedy bez słowa. Bez stanięcia z nią twarzą w twarz. Bez rozmowy. Spodziewał się kolejnych wyrzutów, walk i kłótni. Nie przyjmowania tego wszystkiego w ciszy, nie melancholijnego towarzyszenia mu teraz w objęciach nocy. Nie owiniętych wokół niego miękkich, ciepłych ramion.
Nie zamierzał jej o tym wspominać, ale nie tego się po niej spodziewał. Zawsze byli wobec siebie czuli. Troszczyli się o siebie, ale potrafili też skoczyć sobie do gardła, gdy chodziło o coś, w czym zupełnie się nie zgadzali. Tylko po to, aby chwilę później ochłonąć, spróbować znaleźć wspólny front, nawiązać jakiś kompromis.
Tkwienie tutaj w tym zawieszeniu zdecydowanie nim nie było. Pokłócili się znacznie bardziej niż kiedykolwiek. Parokrotnie cisnęli w siebie nawzajem naprawdę wstrętnymi słowami. Zranili się do żywego, przekroczyli wszelkie możliwe granice. Niemalże od razu całkowicie je zatarli. Teraz już chyba nie istniały, bo w tym wszystkim nie postawili kolejnych. Nie zweryfikowali swojego zdania, nie próbowali dojść do porozumienia. Wycofali się. Przestali prowadzić dialog. Zepchnęli wszystko pod dywan. Zupełnie tak, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, że to nigdy nie miało poskutkować niczym dobrym.
Zamiast tego raz za razem próbowali zachowywać się tak jak kiedyś. Bawili się w dom, bo czym innym było to, co teraz robili, jeśli nie zabawą? Przecież nie zachowywali się tak, jakby to wszystko było głęboko przemyślane. Postępowali zgodnie z instynktami, z odruchami. Żyli tu i teraz, uparcie ignorując istnienie rzeczywistości poza tym miejscem.
Tak łatwo było się w tym pogubić. Szczególnie w takich chwilach jak ta, gdy obecność ukochanej osoby stawała się równie potrzebna, co tlen. Odganiała choć część ciemności, pozwalała zrzucić fragmenty ciężaru z ramion. Może tego nie powiedział, ale kiwnął głową. Doceniał to, że tu zeszła, nawet jeśli nie było to zbyt przemyślane posunięcie, bo przecież na zewnątrz było już chłodno.
I chyba tylko dlatego kolejny raz skinął głową. Nie ze względu na to, że to jemu zaczęło robić się chłodno. Przez to, że nie chciał, żeby Geraldine się przeziębiła a nie sądził, aby odpuściła mu w chwili takiej jak ta i schowała się sama do środka. On by tego nie zrobił.
- Mhm. Chodźmy - mimo to, nie wyplątał się z uścisku dziewczyny a przynajmniej nie całkiem.
Zamiast tego ponownie splótł ich palce. Tak jak to robili wielokrotnie podczas ostatnich dni. Mogli schować się do domu. Zamknąć za sobą drzwi, przejść przez puste pomieszczenie do salonu. Nie do sypialni.
Mimo całkiem wygodnej i w dalszym ciągu rozłożonej kanapy, na której przecież spędzili niemal cały wczorajszy wieczór, instynktownie wybrał dywan tuż przed wygasającym kominkiem. Ściągając koc z pobliskiego fotela i zarzucając go sobie na ramiona, przysiadł na ziemi, opierając się o ścianę i bez słowa wyciągając ramię w kierunku Geraldine. Nie musiał klepać podłogi obok siebie ani otwierać ust, prawda? W jego mniemaniu wystarczył wyłącznie ten jeden gest.
Potrzebował tego. Zdecydowanie bardziej niż byłby w stanie kiedykolwiek przyznać, więc nawet nie próbował tego robić. Ten uścisk, ten z pozoru całkiem naturalny gest, objęcie go ramionami, trwanie tak razem przez chwilę, mimo wiatru i deszczu. To było coś, czego mu brakowało. To było coś, za czym tęsknił niemal tak samo jak wielu innych rzeczy, o których też nie chciał mówić. Ani teraz, ani nigdy. To nic by nie zmieniło.
Mimo to nie stronił od dotyku. Już nie. Mogłoby się zdawać, że całkowicie odpuścił narzucanie sobie tego dystansu. Tak, jeszcze wczoraj na plaży instynktownie usiadł dalej niż zazwyczaj - wtedy, gdy jeszcze wszystko było prostsze. Jednak od tamtej pory krok po kroku rezygnował z udawania, że nie zależy mu na tym, by być blisko dziewczyny.
Zależało mu. Odchylając głowę do tyłu, opierając ją o ścianę i wbijając wzrok w cienie sunące po suficie, zrobił jej miejsce pod kocem, pod jego uniesionym, wyciągniętym ramieniem. I tak nie mieli zasnąć, nie wydawało mu się to prawdopodobne, więc nawet nie próbował wrócić do sypialni. Zamiast tego, wolną ręką wcisnął sobie kolejną fajkę do ust, pstrykając zapalniczką, aby ją podpalić.
A jednak wystarczył nawet niewielki przeoczony fragment, jeden kawałek korzenia skrytego głęboko pod ziemią, aby z czasem powrotem pojawiły się na powierzchni. Być może bardzo ostrożnie, niemal niezauważalnie, ale czy w tym wypadku naprawdę tak było?
Nie.
W tym momencie mógłby nawet zakwestionować to pierwsze stwierdzenie. To, czy rzeczywiście chodziło o nawyki. Nie instynkty. Nie działanie jeszcze bardziej pierwotnych sił. Czegoś, na co być może nawet nie do końca mieli wpływ, więc wyzbycie się tego nigdy nie wchodziło w grę.
W gruncie rzeczy było tak jak już to kiedyś powiedział - im dłużej o tym myślał, tym bardziej wierzył w to, że byli po prostu przeklęci. Przeklęci, jeśli chcieli i przeklęci, jeśli nie chcieli. Przeklęci, gdy z tym walczyli i równie przeklęci, gdy temu ulegali. Od samego początku wszystko pchało ich w jednym kierunku. Tyle tylko, że dopiero z czasem zaczął dopuszczać do siebie myśl, że nie była to ta upragniona ścieżka.
Tkwili w tym naprawdę głęboko. O ironio, uświadamiając to sobie w każdej mijającej sekundzie. Z każdą chwilą miał coraz większy mętlik w głowie a przecież zaczęło się od czegoś z pozoru całkiem prostego. Potrzebowali złapać oddech po bliskim spotkaniu ze śmiercią niemal dyszącą im w kark.
Kiedy tak właściwie pozwolili, aby ta potrzeba bliskości, ulgi, zaczerpnięcia tchu została wyparta przez kolejne duszące wrażenie? Paradoksalnie - to, co w dalszym ciągu potrafiło przynieść im upragniony spokój (bo przecież przez te kilka dni mieli całkiem sporo okazji, by być całkiem szczęśliwi) jednocześnie było także tym, co go podduszało.
Nie chodziło o Geraldine. Jakkolwiek źle by to nie brzmiało - nie chodziło o to, co robiła. Jasne, jej ugodowość i miękkość bez wątpienia mieszała mu w głowie. Nie bez powodu odszedł wtedy bez słowa. Bez stanięcia z nią twarzą w twarz. Bez rozmowy. Spodziewał się kolejnych wyrzutów, walk i kłótni. Nie przyjmowania tego wszystkiego w ciszy, nie melancholijnego towarzyszenia mu teraz w objęciach nocy. Nie owiniętych wokół niego miękkich, ciepłych ramion.
Nie zamierzał jej o tym wspominać, ale nie tego się po niej spodziewał. Zawsze byli wobec siebie czuli. Troszczyli się o siebie, ale potrafili też skoczyć sobie do gardła, gdy chodziło o coś, w czym zupełnie się nie zgadzali. Tylko po to, aby chwilę później ochłonąć, spróbować znaleźć wspólny front, nawiązać jakiś kompromis.
Tkwienie tutaj w tym zawieszeniu zdecydowanie nim nie było. Pokłócili się znacznie bardziej niż kiedykolwiek. Parokrotnie cisnęli w siebie nawzajem naprawdę wstrętnymi słowami. Zranili się do żywego, przekroczyli wszelkie możliwe granice. Niemalże od razu całkowicie je zatarli. Teraz już chyba nie istniały, bo w tym wszystkim nie postawili kolejnych. Nie zweryfikowali swojego zdania, nie próbowali dojść do porozumienia. Wycofali się. Przestali prowadzić dialog. Zepchnęli wszystko pod dywan. Zupełnie tak, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, że to nigdy nie miało poskutkować niczym dobrym.
Zamiast tego raz za razem próbowali zachowywać się tak jak kiedyś. Bawili się w dom, bo czym innym było to, co teraz robili, jeśli nie zabawą? Przecież nie zachowywali się tak, jakby to wszystko było głęboko przemyślane. Postępowali zgodnie z instynktami, z odruchami. Żyli tu i teraz, uparcie ignorując istnienie rzeczywistości poza tym miejscem.
Tak łatwo było się w tym pogubić. Szczególnie w takich chwilach jak ta, gdy obecność ukochanej osoby stawała się równie potrzebna, co tlen. Odganiała choć część ciemności, pozwalała zrzucić fragmenty ciężaru z ramion. Może tego nie powiedział, ale kiwnął głową. Doceniał to, że tu zeszła, nawet jeśli nie było to zbyt przemyślane posunięcie, bo przecież na zewnątrz było już chłodno.
I chyba tylko dlatego kolejny raz skinął głową. Nie ze względu na to, że to jemu zaczęło robić się chłodno. Przez to, że nie chciał, żeby Geraldine się przeziębiła a nie sądził, aby odpuściła mu w chwili takiej jak ta i schowała się sama do środka. On by tego nie zrobił.
- Mhm. Chodźmy - mimo to, nie wyplątał się z uścisku dziewczyny a przynajmniej nie całkiem.
Zamiast tego ponownie splótł ich palce. Tak jak to robili wielokrotnie podczas ostatnich dni. Mogli schować się do domu. Zamknąć za sobą drzwi, przejść przez puste pomieszczenie do salonu. Nie do sypialni.
Mimo całkiem wygodnej i w dalszym ciągu rozłożonej kanapy, na której przecież spędzili niemal cały wczorajszy wieczór, instynktownie wybrał dywan tuż przed wygasającym kominkiem. Ściągając koc z pobliskiego fotela i zarzucając go sobie na ramiona, przysiadł na ziemi, opierając się o ścianę i bez słowa wyciągając ramię w kierunku Geraldine. Nie musiał klepać podłogi obok siebie ani otwierać ust, prawda? W jego mniemaniu wystarczył wyłącznie ten jeden gest.
Potrzebował tego. Zdecydowanie bardziej niż byłby w stanie kiedykolwiek przyznać, więc nawet nie próbował tego robić. Ten uścisk, ten z pozoru całkiem naturalny gest, objęcie go ramionami, trwanie tak razem przez chwilę, mimo wiatru i deszczu. To było coś, czego mu brakowało. To było coś, za czym tęsknił niemal tak samo jak wielu innych rzeczy, o których też nie chciał mówić. Ani teraz, ani nigdy. To nic by nie zmieniło.
Mimo to nie stronił od dotyku. Już nie. Mogłoby się zdawać, że całkowicie odpuścił narzucanie sobie tego dystansu. Tak, jeszcze wczoraj na plaży instynktownie usiadł dalej niż zazwyczaj - wtedy, gdy jeszcze wszystko było prostsze. Jednak od tamtej pory krok po kroku rezygnował z udawania, że nie zależy mu na tym, by być blisko dziewczyny.
Zależało mu. Odchylając głowę do tyłu, opierając ją o ścianę i wbijając wzrok w cienie sunące po suficie, zrobił jej miejsce pod kocem, pod jego uniesionym, wyciągniętym ramieniem. I tak nie mieli zasnąć, nie wydawało mu się to prawdopodobne, więc nawet nie próbował wrócić do sypialni. Zamiast tego, wolną ręką wcisnął sobie kolejną fajkę do ust, pstrykając zapalniczką, aby ją podpalić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down