12.02.2025, 19:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2025, 19:11 przez Charles Mulciber.)
W gorącu chwili, między ciekawskimi dłońmi, spuchniętymi ustami, kropelkami potu, jękami ekstazy i całą masą złotego brokatu lepiącego się do każdej powierzchni, nie było miejsca na wątpliwości. Ten zakazany owoc dojrzewał i uzależnia, zaś Charles nie myślał nawet, by wyrwać się spod tego czaru. Jeśli Rodolphus wciąż chciał wykorzystać Charlesa, mógł to robić z dziecięcą łatwością. Za emocje, jakich mu dostarczał, byłby gotów jeść mu z ręki. Gdy był z Rodolphusem, znikała praca, problemy, śliczna Scylla, ojciec, Alexander, Lorien i wszystko inne. Padnąwszy do stóp, w myślach miał tylko jedną osobę. Naiwny, pchany biologicznymi potrzebami, poddał się instynktom.
Tym razem było inaczej. Bolały już nie tylko uderzenia, ale też również rzędy odciśniętych w skórze zębów, również czerwone ślady dłoni, w końcu otarcia spowodowane pośpiechem i zachłannością. Były one pamiątką, której Charles nieco się wstydził, gdy hormony na powrót oddały mu w posiadanie jego własne ciało, ale nie chował ich jeszcze pod ubraniem. Nie potrzebował ręcznika, by się osuszyć, bo materiał potrzebny był mu tylko do przewiązania na biodrach, poza tym, wciąż nosił ślady brokatu. Magia popłynęła przez jego dłonie, gdy palcami przeczesywał włosy, susząc je przy okazji, a następnie sięgnął po zwykły, biały podkoszulek, na którym również już zdążyły osiąść złote drobinki.
- Hm? - Mruknął, udając, że nie dosłyszał, że nie zwracał wcale uwagi na obecność Rodolphusa w pomieszczeniu. Nie mógł zapomnieć o mężczyźnie obok siebie, nie wtedy, gdy para z gorącego prysznica wciąż mieszała się z parą ich przyspieszonych oddechów. - Odnaleźć Baldwina? - Dopytał, choć wcale nie musiał. - Nie wiem... Martwię się o Scarlett. Ale wszyscy przestrzegają mnie przed Nokturnem. Tam każdy patrzy na siebie, prawda? Nie sądzę, by ktoś zechciał mi pomóc odnaleźć i podejść tego... Orpheusa. Może ta dziewczyna od kwiatków? Chinka? W jego domu byłoby zbyt oczywiste...
Tym razem było inaczej. Bolały już nie tylko uderzenia, ale też również rzędy odciśniętych w skórze zębów, również czerwone ślady dłoni, w końcu otarcia spowodowane pośpiechem i zachłannością. Były one pamiątką, której Charles nieco się wstydził, gdy hormony na powrót oddały mu w posiadanie jego własne ciało, ale nie chował ich jeszcze pod ubraniem. Nie potrzebował ręcznika, by się osuszyć, bo materiał potrzebny był mu tylko do przewiązania na biodrach, poza tym, wciąż nosił ślady brokatu. Magia popłynęła przez jego dłonie, gdy palcami przeczesywał włosy, susząc je przy okazji, a następnie sięgnął po zwykły, biały podkoszulek, na którym również już zdążyły osiąść złote drobinki.
- Hm? - Mruknął, udając, że nie dosłyszał, że nie zwracał wcale uwagi na obecność Rodolphusa w pomieszczeniu. Nie mógł zapomnieć o mężczyźnie obok siebie, nie wtedy, gdy para z gorącego prysznica wciąż mieszała się z parą ich przyspieszonych oddechów. - Odnaleźć Baldwina? - Dopytał, choć wcale nie musiał. - Nie wiem... Martwię się o Scarlett. Ale wszyscy przestrzegają mnie przed Nokturnem. Tam każdy patrzy na siebie, prawda? Nie sądzę, by ktoś zechciał mi pomóc odnaleźć i podejść tego... Orpheusa. Może ta dziewczyna od kwiatków? Chinka? W jego domu byłoby zbyt oczywiste...