13.02.2025, 00:20 ✶
Nie potrzebowali rozmawiać. Tak przynajmniej usiłował wmawiać sobie przez te wszystkie ostatnie godziny, spychając trudne tematy w niebyt - tam, gdzie powinno być ich miejsce. Nie chciał mówić o tym, co stało się u Corneliusa. Nie chciał rozmawiać o Kniei i o jaskini w Snowdonii. O męczących go koszmarach, o podejmowanych decyzjach, o ich przyszłości czy raczej braku wspólnej ścieżki.
Gdy znaleźli się razem na podłodze a Geraldine przytuliła ciepły policzek do jego piersi, oparł brodę o jej głowę, wcześniej składając delikatny pocałunek na miękkich i pachnących włosach dziewczyny. Jego dziewczyny - nieważne, co się działo, mieli tę pewność, prawda? Tę przeklętą jasność. Świadomość, która w tym momencie ciążyła mu bardziej i bardziej, tej nocy niemal nieustannie.
Nie mógł nic na to poradzić. To nie był normalny wieczór, już nie. Cisza też powoli stawała się przytłaczająca. Złudzenia powoli odchodziły, rozmywały się w podmuchach jesiennego wiatru. Tym razem pozostawili część z nich na zewnątrz, wchodząc do domu. Wspólnie, nadal razem, ale na jak długo? Już zaczynali ponosić konsekwencje swoich akcji. Nie dało się tego całkowicie ukryć. Kupka sekretów i niedopowiedzeń narastała pod tym samym dywanem, na którym teraz usiedli.
- Powinniśmy wymienić poszycie dachu - jego głos był cichy i zadziwiająco spokojny, choć gdzieś tam pod tym pozornym opanowaniem kryła się nieco bardziej rozdrgana, wyczerpana nuta. - Widać to szczególnie podczas takiej pogody jak dzisiaj. Daszek przecieka, prawdopodobnie gdyby nie mech i porosty, dawno by z niego płynęło - wyjaśnił, w dalszym ciągu wbijając wzrok w sufit.
Spoglądał na cienkie i na światła tańczące po przydymionej farbie, lekko pożółkłej od papierosów, które palili tu przez lata. Teraz też powoli zaciągał się dymem, wypuszczając go przez usta i wpatrując się w mgliste kształty wydmuchiwane w kierunku sufitu.
- Jeśli te nad tarasem i balkonem już ciekną, ten główny może nie być w lepszym stanie - kontynuował, jednocześnie starając skupić się na konkretach, niczym więcej.
Być może to nie była idealna pora na tak prozaiczne dyskusje, jednak w gruncie rzeczy chyba potrzebował zająć myśli czymś ze wszech miar praktycznym. Nie tym, co było i czego nie było między nimi. Nie przeszłością, nie brakiem możliwości patrzenia w przyszłość bez tego melancholijnego, gorzkiego wrażenia, że cokolwiek teraz robili to i tak nie miało żadnego sensu.
Miało znaczenie... ...bez wątpienia je miało, jednakże jednocześnie było pozbawione czegokolwiek więcej. Jasne, mógł próbować wmówić sobie, że podejmowali takie a nie inne decyzje dla dobra nieruchomości, która już wkrótce miała całkowicie przejść w ręce Geraldine. Nawet jeśli nie pytał jej o dalsze plany, mógł tak po prostu założyć, że raczej nie zamierzała pozostawić sobie tego miejsca.
Zbyt wiele ich tu wspólnie łączyło. Zbyt dużo wspólnych dni i nocy. Wspomnień, które choć teraz wciąż jeszcze były bardziej słodkie niż gorzkie, wkrótce na powrót miały stać się przytłaczające. To nie było już ich wspólne miejsce, nigdy więcej nie miało nim być. W pewnym momencie musieli zrobić ten ostatni krok, ostatni raz przechodząc razem przez próg. Ta chwila musiała nadejść. Nieważne jak bardzo by zwlekali.
Kiedyś musieli uznać swoją pracę za zakończoną. Dla ich wspólnego dobra, prawdopodobnie lepiej byłoby, gdyby zrobili to prędzej niż później. Momenty takie jak ten napawały ich spokojem, czymś w rodzaju ulotnego szczęścia. Przynosiły ulgę, ale jednocześnie niechybnie miały spotęgować ból rozstania. Dla kilku minut iluzji stawiali na szali długie godziny pełne poczucia samotności i straty.
Bezsenność miała powrócić. Już teraz przedarła się przez pozorną bańkę, która ich otaczała. Koszmarom nie dało się uciec. Można było zamilknąć, udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale czy gdyby rzeczywiście tak było to siedzieliby tu razem na podłodze zamiast leżeć w łóżku? Czy obejmowaliby się w niemal nieprzeniknionych ciemnościach przy wygasającym kominku? Czy słowa przychodziłby im z taką trudnością?
Nigdy nie był w nie dobry. Nie w ten prawdziwy sposób. Oczywiście, potrafił z nich korzystać. Umiał roztaczać wokół siebie coś w rodzaju naturalnego beztroskiego czaru. Robił to przez wiele lat. Jeszcze w czasach szkolnych i na długo później.
Nie zrezygnował z tego nawet teraz. Umiał się właściwie wysławiać, gdy chodziło o to wszystko, co w gruncie rzeczy nie miało dla niego żadnego głębszego znaczenia. Potrafił prowadzić wykłady w Mungu. Umiał brylować na salonach. A jednak nie potrafił zebrać właściwych słów, gdy chodziło o chwilę takie jak ta.
Zamiast tego niemal instynktownie uciekł w mówienie o czymś, o czym wcale nie chciał mówić. To było ironiczne, ale czyż nie po to tu byli? Nie po to w dalszym ciągu pozostawali wspólnie w Piaskownicy? Nie z tego powodu zabrali tu swoje zwierzęta, by móc w pełni zaangażować się w przywrócenie tego miejsca do względnie przyzwoitego stanu technicznego?
Bujda.
A jednak usilnie brnął w tę narrację, kolejny raz zaciągając się papierosem i przenosząc wzrok na Geraldine.
- Nie wiem, czy będziemy w stanie załatwić coś takiego w wiosce. Myślę, że będę w stanie załatać ewentualne dziury, szczególnie, jeśli ten jeden raz przymkniemy oczy na użycie magii - tak, zupełnie tak, jakby już tego nie zrobił w przypadku jeżyn - ale materiały prawdopodobnie będzie łatwiej zamówić w Londynie. Mogę to zrobić po czwartkowym dyżurze. W piątek rano. O ile faktycznie będzie taka konieczność - ale to mogli sprawdzić dopiero w świetle dnia, więc po prostu urwał swój bezsensowny wywód.
Czcze gadanie. Nigdy tego nie robił. Najwidoczniej już nic nie było takie same. Nawet to.
Gdy znaleźli się razem na podłodze a Geraldine przytuliła ciepły policzek do jego piersi, oparł brodę o jej głowę, wcześniej składając delikatny pocałunek na miękkich i pachnących włosach dziewczyny. Jego dziewczyny - nieważne, co się działo, mieli tę pewność, prawda? Tę przeklętą jasność. Świadomość, która w tym momencie ciążyła mu bardziej i bardziej, tej nocy niemal nieustannie.
Nie mógł nic na to poradzić. To nie był normalny wieczór, już nie. Cisza też powoli stawała się przytłaczająca. Złudzenia powoli odchodziły, rozmywały się w podmuchach jesiennego wiatru. Tym razem pozostawili część z nich na zewnątrz, wchodząc do domu. Wspólnie, nadal razem, ale na jak długo? Już zaczynali ponosić konsekwencje swoich akcji. Nie dało się tego całkowicie ukryć. Kupka sekretów i niedopowiedzeń narastała pod tym samym dywanem, na którym teraz usiedli.
- Powinniśmy wymienić poszycie dachu - jego głos był cichy i zadziwiająco spokojny, choć gdzieś tam pod tym pozornym opanowaniem kryła się nieco bardziej rozdrgana, wyczerpana nuta. - Widać to szczególnie podczas takiej pogody jak dzisiaj. Daszek przecieka, prawdopodobnie gdyby nie mech i porosty, dawno by z niego płynęło - wyjaśnił, w dalszym ciągu wbijając wzrok w sufit.
Spoglądał na cienkie i na światła tańczące po przydymionej farbie, lekko pożółkłej od papierosów, które palili tu przez lata. Teraz też powoli zaciągał się dymem, wypuszczając go przez usta i wpatrując się w mgliste kształty wydmuchiwane w kierunku sufitu.
- Jeśli te nad tarasem i balkonem już ciekną, ten główny może nie być w lepszym stanie - kontynuował, jednocześnie starając skupić się na konkretach, niczym więcej.
Być może to nie była idealna pora na tak prozaiczne dyskusje, jednak w gruncie rzeczy chyba potrzebował zająć myśli czymś ze wszech miar praktycznym. Nie tym, co było i czego nie było między nimi. Nie przeszłością, nie brakiem możliwości patrzenia w przyszłość bez tego melancholijnego, gorzkiego wrażenia, że cokolwiek teraz robili to i tak nie miało żadnego sensu.
Miało znaczenie... ...bez wątpienia je miało, jednakże jednocześnie było pozbawione czegokolwiek więcej. Jasne, mógł próbować wmówić sobie, że podejmowali takie a nie inne decyzje dla dobra nieruchomości, która już wkrótce miała całkowicie przejść w ręce Geraldine. Nawet jeśli nie pytał jej o dalsze plany, mógł tak po prostu założyć, że raczej nie zamierzała pozostawić sobie tego miejsca.
Zbyt wiele ich tu wspólnie łączyło. Zbyt dużo wspólnych dni i nocy. Wspomnień, które choć teraz wciąż jeszcze były bardziej słodkie niż gorzkie, wkrótce na powrót miały stać się przytłaczające. To nie było już ich wspólne miejsce, nigdy więcej nie miało nim być. W pewnym momencie musieli zrobić ten ostatni krok, ostatni raz przechodząc razem przez próg. Ta chwila musiała nadejść. Nieważne jak bardzo by zwlekali.
Kiedyś musieli uznać swoją pracę za zakończoną. Dla ich wspólnego dobra, prawdopodobnie lepiej byłoby, gdyby zrobili to prędzej niż później. Momenty takie jak ten napawały ich spokojem, czymś w rodzaju ulotnego szczęścia. Przynosiły ulgę, ale jednocześnie niechybnie miały spotęgować ból rozstania. Dla kilku minut iluzji stawiali na szali długie godziny pełne poczucia samotności i straty.
Bezsenność miała powrócić. Już teraz przedarła się przez pozorną bańkę, która ich otaczała. Koszmarom nie dało się uciec. Można było zamilknąć, udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale czy gdyby rzeczywiście tak było to siedzieliby tu razem na podłodze zamiast leżeć w łóżku? Czy obejmowaliby się w niemal nieprzeniknionych ciemnościach przy wygasającym kominku? Czy słowa przychodziłby im z taką trudnością?
Nigdy nie był w nie dobry. Nie w ten prawdziwy sposób. Oczywiście, potrafił z nich korzystać. Umiał roztaczać wokół siebie coś w rodzaju naturalnego beztroskiego czaru. Robił to przez wiele lat. Jeszcze w czasach szkolnych i na długo później.
Nie zrezygnował z tego nawet teraz. Umiał się właściwie wysławiać, gdy chodziło o to wszystko, co w gruncie rzeczy nie miało dla niego żadnego głębszego znaczenia. Potrafił prowadzić wykłady w Mungu. Umiał brylować na salonach. A jednak nie potrafił zebrać właściwych słów, gdy chodziło o chwilę takie jak ta.
Zamiast tego niemal instynktownie uciekł w mówienie o czymś, o czym wcale nie chciał mówić. To było ironiczne, ale czyż nie po to tu byli? Nie po to w dalszym ciągu pozostawali wspólnie w Piaskownicy? Nie z tego powodu zabrali tu swoje zwierzęta, by móc w pełni zaangażować się w przywrócenie tego miejsca do względnie przyzwoitego stanu technicznego?
Bujda.
A jednak usilnie brnął w tę narrację, kolejny raz zaciągając się papierosem i przenosząc wzrok na Geraldine.
- Nie wiem, czy będziemy w stanie załatwić coś takiego w wiosce. Myślę, że będę w stanie załatać ewentualne dziury, szczególnie, jeśli ten jeden raz przymkniemy oczy na użycie magii - tak, zupełnie tak, jakby już tego nie zrobił w przypadku jeżyn - ale materiały prawdopodobnie będzie łatwiej zamówić w Londynie. Mogę to zrobić po czwartkowym dyżurze. W piątek rano. O ile faktycznie będzie taka konieczność - ale to mogli sprawdzić dopiero w świetle dnia, więc po prostu urwał swój bezsensowny wywód.
Czcze gadanie. Nigdy tego nie robił. Najwidoczniej już nic nie było takie same. Nawet to.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down