13.02.2025, 04:10 ✶
Być może nie było to coś, co praktykował wyjątkowo często, bo nie zwykł być z wieloma ludźmi na tyle blisko, aby musieć nawiązywać z nimi fizyczny kontakt ponad uścisk dłoni. Jednakże nie było to też dla niego jakoś wyjątkowo nienaturalne. Co prawda w przypadku Nory musiał znacząco się pochylić, ukrywając wykrzywienie warg w grymasie, gdy odezwał się u niego w dalszym ciągu obity tył pleców.
Tak, jasne - mógł to nasmarować maścią, ale tego nie zrobił (tym bardziej, że jeszcze bardziej właściwie to: nie mógł, Geraldine mogła to zrobić, o co nie zamierzał prosić). W tym momencie stłumił reakcję, prostując się po chwili i obdarzając Eleonorę wzruszeniem ramion (też nieco zabolało).
Jasne, słyszał zawód w jej głosie. Trudno byłoby nie zwrócić na to uwagi. Nie tylko dlatego, że tak dobrze ją znał. Nie. W tym wypadku nawet nie próbowała ukrywać niezadowolenia, czemu tak właściwie ani trochę się nie dziwił. Tym bardziej, że przy okazji dostał nieświadomą odpowiedź na swoje wątpliwości: nie było żadnego listu, który mógłby przeoczyć.
- Wiesz jak to jest w tych kręgach - rzucił całkiem lekko, o dziwo, w tym wypadku nie mając na myśli plotkarskiej elity.
Przynajmniej nie tę standardową czystokrwistą, tylko raczej ich wspólne grono znajomych, częstokroć równie gadatliwe i poinformowane. Gotowe dzielić się wszelkiego rodzaju informacjami w dosłownie mgnieniu oka. Trudno było uciec przed takim przekazem informacji. Nawet sowy nie miały zbyt wiele podjazdu do podekscytowanych przyjaciół i bliskich członków rodziny.
- Powiedzmy, że przemyślę obrazę majestatu - nieznacznie wydął przy tym wargi, śląc dziewczynie prawdopodobnie najbardziej przesadnie zadufane w sobie spojrzenie, na jakie było go obecnie stać.
Mogła go pocałować w sygnet, prosząc o wybaczenie. Dogodnie dla niej, nie na kolanach, bo była dostatecznie niska, żeby przeszło bez tego. Bycie wzrostu skrzata domowego miało swoje niewątpliwe zalety. A gdy już o skrzaty chodziło...
...cóż.
- Znasz mnie. To wszystko na pokaz, bo wypada, co ludzie pomyślą, dlatego robimy to pośrodku Pokątnej. Niech wiedzą, że mam gest. Tak właściwie to nawet nie wiem, co tam jest. Kupił to jakiś skrzat - stwierdził bez mrugnięcia okiem, bez najmniejszego zająknięcia, jednocześnie mimo to nieznacznie uciekając spojrzeniem w górę i tłumiąc uniesienie kącików ust.
Tak jak Nora mogła usiłować twierdzić, że dawanie jej prezentów z tak istotnej okazji było zbytkiem i przesadą, i naprawdę wcale nie potrzebowała ich otrzymywać (a więc musiała rozważyć przyjęcie podarunku). Tak i on mógł w tym wypadku pozwolić sobie na drobne pozbawienie sprawy przesadnej powagi i pompatyczności. W przypadku Figgówny wcale nie czuł się zobligowany do podtrzymywania wrażenia.
Być może nigdy nie ściągał przy niej wszystkich swoich masek, być może nie informował jej nawet o jednej trzeciej swoich spraw, ale to nie znaczyło, że musiał się przy niej wyjątkowo mocno pilnować. Przeciwnie - traktował ją niemal jak rodziną siostrę. Z wszystkimi zaletami i wadami tego układu. Prezenty zdecydowanie należały do tej pierwszej kategorii. Komentarze chyba już do tej drugiej.
- To ewidentnie był jakiś poinformowany skrzat - kolejne wzruszenie ramion, jeszcze jedno sprowadzenie tego gestu do czegoś na tyle błahego, że nie było tu miejsca na zażenowanie czy odmowę, czyż nie?
W istocie cieszyła go reakcja Nory na całkiem świadomy, zdecydowanie przemyślany prezent. Być może nie zamierzał robić wokół niego żadnego szumu. Wyjątkowo naprawdę nie chodziło o niego i był tego całkowicie świadomy, więc nie musiał świecić samozadowoleniem. W zupełności wystarczał mu wyraz oczu Eleonory, uśmiech na jej twarzy.
Sam nieznacznie uniósł kąciki ust, kiwając głową i nawet nie próbując komentować tego, że w istocie było to potrzebne. Mogliby jeszcze wpaść w wir przesadnych uprzejmości i co by się wtedy stało? Jego aktualne ponuractwo i skłonność do snucia raczej szarych wizji dotyczących otaczającego go świata jeszcze mogłoby zostać zaburzone.
Zrobiłoby się miło i przyjemnie, zaczęłyby świergotać ptaki a fioletowy stworek okazałby się zupełnie legalny i przyjacielski. Puszysty. Ambroise niechybnie musiałby skorzystać ze słowa, którego nigdy nie było w jego repertuarze. Wszystko byłoby puszyste. Przeraźliwie przesłodkie. Na miarę pączków w jego dłoni.
No, nie. To byłaby lekka przesada.
Nieznacznie uniósł brwi, posyłając Norze pytająco-badawcze spojrzenie i wyciągając rękę w jej stronę, żeby móc bliżej przyjrzeć się jej pierścionkowi, jeśli tylko zechciałaby mu go zaprezentować. Kamyk obecnie niestety znajdował się poza zasięgiem jego wzroku.
- Zazwyczaj o to chodzi w zaręczynach, nie? Abstrahując od tego jak to wygląda w bardziej tradycjonalistycznych - nieco prześmiewczo podkreślił to słowo - kręgach, to powinno być zaskoczenie dla młodej panny, nie? Bardziej zastanawia mnie, że nie zajaknęłaś się przez te wszystkie miesiące. Nie spodziewałbym się, że będziesz w stanie ukrywać tego szczęśliwca... ...kimkolwiek jest... ...przez dłużej niż... ...miesiąc?... ...może dwa? - Tak, to było zdecydowanie bardziej interesujące.
Tak, jasne - mógł to nasmarować maścią, ale tego nie zrobił (tym bardziej, że jeszcze bardziej właściwie to: nie mógł, Geraldine mogła to zrobić, o co nie zamierzał prosić). W tym momencie stłumił reakcję, prostując się po chwili i obdarzając Eleonorę wzruszeniem ramion (też nieco zabolało).
Jasne, słyszał zawód w jej głosie. Trudno byłoby nie zwrócić na to uwagi. Nie tylko dlatego, że tak dobrze ją znał. Nie. W tym wypadku nawet nie próbowała ukrywać niezadowolenia, czemu tak właściwie ani trochę się nie dziwił. Tym bardziej, że przy okazji dostał nieświadomą odpowiedź na swoje wątpliwości: nie było żadnego listu, który mógłby przeoczyć.
- Wiesz jak to jest w tych kręgach - rzucił całkiem lekko, o dziwo, w tym wypadku nie mając na myśli plotkarskiej elity.
Przynajmniej nie tę standardową czystokrwistą, tylko raczej ich wspólne grono znajomych, częstokroć równie gadatliwe i poinformowane. Gotowe dzielić się wszelkiego rodzaju informacjami w dosłownie mgnieniu oka. Trudno było uciec przed takim przekazem informacji. Nawet sowy nie miały zbyt wiele podjazdu do podekscytowanych przyjaciół i bliskich członków rodziny.
- Powiedzmy, że przemyślę obrazę majestatu - nieznacznie wydął przy tym wargi, śląc dziewczynie prawdopodobnie najbardziej przesadnie zadufane w sobie spojrzenie, na jakie było go obecnie stać.
Mogła go pocałować w sygnet, prosząc o wybaczenie. Dogodnie dla niej, nie na kolanach, bo była dostatecznie niska, żeby przeszło bez tego. Bycie wzrostu skrzata domowego miało swoje niewątpliwe zalety. A gdy już o skrzaty chodziło...
...cóż.
- Znasz mnie. To wszystko na pokaz, bo wypada, co ludzie pomyślą, dlatego robimy to pośrodku Pokątnej. Niech wiedzą, że mam gest. Tak właściwie to nawet nie wiem, co tam jest. Kupił to jakiś skrzat - stwierdził bez mrugnięcia okiem, bez najmniejszego zająknięcia, jednocześnie mimo to nieznacznie uciekając spojrzeniem w górę i tłumiąc uniesienie kącików ust.
Tak jak Nora mogła usiłować twierdzić, że dawanie jej prezentów z tak istotnej okazji było zbytkiem i przesadą, i naprawdę wcale nie potrzebowała ich otrzymywać (a więc musiała rozważyć przyjęcie podarunku). Tak i on mógł w tym wypadku pozwolić sobie na drobne pozbawienie sprawy przesadnej powagi i pompatyczności. W przypadku Figgówny wcale nie czuł się zobligowany do podtrzymywania wrażenia.
Być może nigdy nie ściągał przy niej wszystkich swoich masek, być może nie informował jej nawet o jednej trzeciej swoich spraw, ale to nie znaczyło, że musiał się przy niej wyjątkowo mocno pilnować. Przeciwnie - traktował ją niemal jak rodziną siostrę. Z wszystkimi zaletami i wadami tego układu. Prezenty zdecydowanie należały do tej pierwszej kategorii. Komentarze chyba już do tej drugiej.
- To ewidentnie był jakiś poinformowany skrzat - kolejne wzruszenie ramion, jeszcze jedno sprowadzenie tego gestu do czegoś na tyle błahego, że nie było tu miejsca na zażenowanie czy odmowę, czyż nie?
W istocie cieszyła go reakcja Nory na całkiem świadomy, zdecydowanie przemyślany prezent. Być może nie zamierzał robić wokół niego żadnego szumu. Wyjątkowo naprawdę nie chodziło o niego i był tego całkowicie świadomy, więc nie musiał świecić samozadowoleniem. W zupełności wystarczał mu wyraz oczu Eleonory, uśmiech na jej twarzy.
Sam nieznacznie uniósł kąciki ust, kiwając głową i nawet nie próbując komentować tego, że w istocie było to potrzebne. Mogliby jeszcze wpaść w wir przesadnych uprzejmości i co by się wtedy stało? Jego aktualne ponuractwo i skłonność do snucia raczej szarych wizji dotyczących otaczającego go świata jeszcze mogłoby zostać zaburzone.
Zrobiłoby się miło i przyjemnie, zaczęłyby świergotać ptaki a fioletowy stworek okazałby się zupełnie legalny i przyjacielski. Puszysty. Ambroise niechybnie musiałby skorzystać ze słowa, którego nigdy nie było w jego repertuarze. Wszystko byłoby puszyste. Przeraźliwie przesłodkie. Na miarę pączków w jego dłoni.
No, nie. To byłaby lekka przesada.
Nieznacznie uniósł brwi, posyłając Norze pytająco-badawcze spojrzenie i wyciągając rękę w jej stronę, żeby móc bliżej przyjrzeć się jej pierścionkowi, jeśli tylko zechciałaby mu go zaprezentować. Kamyk obecnie niestety znajdował się poza zasięgiem jego wzroku.
- Zazwyczaj o to chodzi w zaręczynach, nie? Abstrahując od tego jak to wygląda w bardziej tradycjonalistycznych - nieco prześmiewczo podkreślił to słowo - kręgach, to powinno być zaskoczenie dla młodej panny, nie? Bardziej zastanawia mnie, że nie zajaknęłaś się przez te wszystkie miesiące. Nie spodziewałbym się, że będziesz w stanie ukrywać tego szczęśliwca... ...kimkolwiek jest... ...przez dłużej niż... ...miesiąc?... ...może dwa? - Tak, to było zdecydowanie bardziej interesujące.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down