13.02.2025, 14:40 ✶
Tak właściwie to chyba właśnie na to czekał. To całe milczenie i nagła ugodowość ze strony Geraldine nie była normalna ani dla niej, ani tym bardziej w jego oczach. Być może nie był tego świadomy, jednak robiła mu tym wodę z mózgu. Jeszcze bardziej się miotał, bo nie wiedział, co sprawiało, że nagle była w stanie tak po prostu odpuścić sobie te wszystkie kąśliwe komentarze i pokazywanie mu jak bardzo się mylił. Teraz chyba wracali do normy - jakkolwiek fatalnie by to nie brzmiało.
Nawet mimowolnie uniósł kąciki ust, uderzając językiem o podniebienie i wydając z siebie krótkie parsknięcie.
- Wyśmienicie - skwitował będąc świadomym tego, że bezwiednie zaczynał coraz bardziej ją prowokować.
Chyba tego chciał. Nie chciał się z nią kłócić, o nie. Jednakże chciał, żeby wreszcie jakoś zareagowała na to wszystko, co ewidentnie starała się w sobie tłumić. Miał po dziurki w nosie tych drobnych spięć, uciekania od tematów, zachowywania się tak, jakby znowu usiłowali badać grunt. Podgryzali się, ale nie w ten przyjemny sposób, po czym uciekali od wyraźnego zaznaczenia swojego gruntu.
Tak, on też był za to odpowiedzialny. Osobiście spychał znaczną część tematów w pozorny niebyt. Zamiatał brudy pod dywan, wpychał trupy do szafy, w której nie było już na nie miejsca. Tak. Robił to jeszcze chwilę temu. W tym momencie chyba zaczynając pękać.
Wystarczyło jedno pozornie nic nie znaczące słowo. Dobre intencje. Próba wyjaśnienia mu swojego zdania. Może odebrał to w niewłaściwy sposób, ale nie zwracał już na to uwagi. Był uparty, był zacięty, nie należał do łatwych osób. Tak samo jak Geraldine. Oboje byli trudni. Razem stanowili naprawdę zgrany zespół. Przeciwko sobie byli równie druzgocący. W tym momencie wybierali ten drugi scenariusz.
- Mam je otwarte od lat - odparował - cicho, ale tak znacząco, że nie uważał, by musiał dodawać w przeciwieństwie do ciebie, bowiem to wybrzmiało dostatecznie dosadnie.
To on musiał podejmować najtrudniejsze decyzje. To on musiał być odpowiedzialny. Dbać o to całe szambo, by nie wybiło. Usiłował sprawić, aby choć przez moment spojrzała na to jego oczami, ale równie dobrze mógłby zacząć walić głową o ścianę, którą miał za plecami.
Nie chciał się kłócić.
Kiedy wysunęła się spod jego ramienia, odsuwając się od niego, odruchowo zareagował wyciągnięciem ku niej ręki. Zatrzymaniem dłoni na jej odsłoniętym kolanie, zaciśnięciem na nim palców, długim spojrzeniem prosto w oczy Yaxleyówny i kolejnym rozgoryczonym pokręceniem głową. Puścił ją, aby zaciągnąć się papierosem, w dalszym ciągu kręcąc głową.
- Nie wiem, o chuj ci chodzi - chyba mieli być ze sobą szczerzy, tak? no, to byli. - Nie mówię, że to, czymkolwiek to jest, nie istnieje - parsknął cicho, dostrzegając ten cały absurd. - Ale przecież o tym wiesz - nie była głupia, nawet jeśli teraz usiłowała taką grać, doskonale wiedziała, co miał na myśli. - Nie ma nas. Nas razem. Ciebie i mnie. Po tym wszystkim, po tym teraz. W tym domu. Nie ma nas tutaj. Nie ma nic, co by się z nami wiązało. Mam wymieniać, czego dokładnie? - Tak, prowokował ją, ale nie potrafił tego nie robić.
To, że coś ich nadal łączyło i miało łączyć. Emocjonalnie, nie fizycznie. A fizyczność była przecież dla nich jednym z głównych filarów wspólnego szczęścia. Bez tego mogli być po prostu...
...przykrzy. Przykrzy dla siebie samych i dla siebie nawzajem. Właśnie tacy teraz byli.
- Nic nie robię przypadkiem - sarknął, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że w tym momencie tymi słowami kopał dołek również pod samym sobą. - Zresztą, racja. Już ustaliliśmy, że to ja tu jestem problemem - teraz i on wykrzywił wargi w ironicznym, rozgoryczonym, może trochę nazbyt prowokacyjnym uśmiechu, mrużąc oczy i kląskając językiem o podniebienie.
Całe szczęście ten problem już wkrótce miał zniknąć z jej życia, prawda? Nie mogli się ze sobą kłócić na odległość. To znaczy - pewnie znaleźliby na to jakiś bardziej aniżeli mniej kreatywny sposób. Może nie wysyłaliby sobie wyjców, bo to zupełnie do nich nie pasowało.
Ambroise rzadko kiedy unosił głos, praktycznie nie zdarzało mu się krzyczeć. Uważał to wręcz za ostateczny żenujący wyraz desperacji. Krzyk był dla niego dowodem na całkowitą bezradność i brak jakichkolwiek argumentów. Mimo to z pewnością znaleźliby swój sposób na ubarwienie sobie wzajemnie rzeczywistości.
Tyle tylko, że było dokładnie tak jak powiedział. Nieważne, że Geraldine była wyjątkowo szybka, by to podważyć. Nie zależało mu na tym, aby się z nią kłócić a ostatnio robili to częściej niż kiedykolwiek. Przez te wszystkie tygodnie od końca czerwca, spinali się ze sobą prawdopodobnie częściej niż przez wszystkie lata, jakie spędzili u swojego boku. Teraz zdecydowanie ustanawiali nową normę.
Nawet mimowolnie uniósł kąciki ust, uderzając językiem o podniebienie i wydając z siebie krótkie parsknięcie.
- Wyśmienicie - skwitował będąc świadomym tego, że bezwiednie zaczynał coraz bardziej ją prowokować.
Chyba tego chciał. Nie chciał się z nią kłócić, o nie. Jednakże chciał, żeby wreszcie jakoś zareagowała na to wszystko, co ewidentnie starała się w sobie tłumić. Miał po dziurki w nosie tych drobnych spięć, uciekania od tematów, zachowywania się tak, jakby znowu usiłowali badać grunt. Podgryzali się, ale nie w ten przyjemny sposób, po czym uciekali od wyraźnego zaznaczenia swojego gruntu.
Tak, on też był za to odpowiedzialny. Osobiście spychał znaczną część tematów w pozorny niebyt. Zamiatał brudy pod dywan, wpychał trupy do szafy, w której nie było już na nie miejsca. Tak. Robił to jeszcze chwilę temu. W tym momencie chyba zaczynając pękać.
Wystarczyło jedno pozornie nic nie znaczące słowo. Dobre intencje. Próba wyjaśnienia mu swojego zdania. Może odebrał to w niewłaściwy sposób, ale nie zwracał już na to uwagi. Był uparty, był zacięty, nie należał do łatwych osób. Tak samo jak Geraldine. Oboje byli trudni. Razem stanowili naprawdę zgrany zespół. Przeciwko sobie byli równie druzgocący. W tym momencie wybierali ten drugi scenariusz.
- Mam je otwarte od lat - odparował - cicho, ale tak znacząco, że nie uważał, by musiał dodawać w przeciwieństwie do ciebie, bowiem to wybrzmiało dostatecznie dosadnie.
To on musiał podejmować najtrudniejsze decyzje. To on musiał być odpowiedzialny. Dbać o to całe szambo, by nie wybiło. Usiłował sprawić, aby choć przez moment spojrzała na to jego oczami, ale równie dobrze mógłby zacząć walić głową o ścianę, którą miał za plecami.
Nie chciał się kłócić.
Kiedy wysunęła się spod jego ramienia, odsuwając się od niego, odruchowo zareagował wyciągnięciem ku niej ręki. Zatrzymaniem dłoni na jej odsłoniętym kolanie, zaciśnięciem na nim palców, długim spojrzeniem prosto w oczy Yaxleyówny i kolejnym rozgoryczonym pokręceniem głową. Puścił ją, aby zaciągnąć się papierosem, w dalszym ciągu kręcąc głową.
- Nie wiem, o chuj ci chodzi - chyba mieli być ze sobą szczerzy, tak? no, to byli. - Nie mówię, że to, czymkolwiek to jest, nie istnieje - parsknął cicho, dostrzegając ten cały absurd. - Ale przecież o tym wiesz - nie była głupia, nawet jeśli teraz usiłowała taką grać, doskonale wiedziała, co miał na myśli. - Nie ma nas. Nas razem. Ciebie i mnie. Po tym wszystkim, po tym teraz. W tym domu. Nie ma nas tutaj. Nie ma nic, co by się z nami wiązało. Mam wymieniać, czego dokładnie? - Tak, prowokował ją, ale nie potrafił tego nie robić.
To, że coś ich nadal łączyło i miało łączyć. Emocjonalnie, nie fizycznie. A fizyczność była przecież dla nich jednym z głównych filarów wspólnego szczęścia. Bez tego mogli być po prostu...
...przykrzy. Przykrzy dla siebie samych i dla siebie nawzajem. Właśnie tacy teraz byli.
- Nic nie robię przypadkiem - sarknął, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że w tym momencie tymi słowami kopał dołek również pod samym sobą. - Zresztą, racja. Już ustaliliśmy, że to ja tu jestem problemem - teraz i on wykrzywił wargi w ironicznym, rozgoryczonym, może trochę nazbyt prowokacyjnym uśmiechu, mrużąc oczy i kląskając językiem o podniebienie.
Całe szczęście ten problem już wkrótce miał zniknąć z jej życia, prawda? Nie mogli się ze sobą kłócić na odległość. To znaczy - pewnie znaleźliby na to jakiś bardziej aniżeli mniej kreatywny sposób. Może nie wysyłaliby sobie wyjców, bo to zupełnie do nich nie pasowało.
Ambroise rzadko kiedy unosił głos, praktycznie nie zdarzało mu się krzyczeć. Uważał to wręcz za ostateczny żenujący wyraz desperacji. Krzyk był dla niego dowodem na całkowitą bezradność i brak jakichkolwiek argumentów. Mimo to z pewnością znaleźliby swój sposób na ubarwienie sobie wzajemnie rzeczywistości.
Tyle tylko, że było dokładnie tak jak powiedział. Nieważne, że Geraldine była wyjątkowo szybka, by to podważyć. Nie zależało mu na tym, aby się z nią kłócić a ostatnio robili to częściej niż kiedykolwiek. Przez te wszystkie tygodnie od końca czerwca, spinali się ze sobą prawdopodobnie częściej niż przez wszystkie lata, jakie spędzili u swojego boku. Teraz zdecydowanie ustanawiali nową normę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down