13.02.2025, 17:57 ✶
Zapomniał, jak wyglądała Szkocja. Kiedy widział ją w ciągu dnia po raz ostatni, ojciec jeszcze żył, a jego skóra pamiętała ciepło opierającego się o horyzont słońca, teraz jedyne światło było jednak wodniste i szare – wokół latarni gromadziły się ćmy, których miękkie skrzydła obijały się o szkło i pozostawiały na nich ślady kruchego pyłku, a wznoszące się w oddali, rozległe wzgórza, za sprawą panującego mroku, wydawały się bardziej ponure niż je zapamiętał. Jedynie rodzinna rezydencja pozostała niezmieniona – wykonana z ciemnego drewna i zimnego kamienia, przypominała ogromne, drapieżne stworzenie, przyczajone pomiędzy wzniesieniami krajobrazu, a on ze zgrozą przypominał sobie jej długie, tunelowe korytarze, zakurzoną podłogę z hebanowego drewna i wiszące pod sufitem, zasuszone głowy, których puste oczodoły spoglądały na niego we śnie. Wspomnienia powracały do niego w ten sam sposób, w jaki ból mógłby powracać w miejsce starej rany, dawno zagojonej, lecz przypominającej o sobie zgrubiałą blizną – pamiętał uszczelniający podłogę dziegieć, który latem rozmiękał i sprawiał, że wnętrze domu pachniało spalenizną i metalem, jak świeżo naostrzony nóż, pamiętał ciężkie brzmienie zaklęć, których nie powinien był słyszeć i nie potrafił przebaczyć, pamiętał ludzi, którzy zamieszkali w posiadłości po śmierci Fergusa, czarodziejów o tych samych wąskich, surowych twarzach, niestworzonych do zdradzania emocji i nieprzyzwyczajonych do uśmiechów. Pamiętał wśród nich chłopca – jedynego niepasującego do życia, które dla niego stworzono.
Anthony Borgin wciąż miał tę samą jasną i zmęczoną twarz kogoś, kto pod zuchwałym uśmiechem ukrywał znacznie więcej niż tylko białe zęby, a on z goryczą pomyślał, że robił na nim to samo wrażenie – nadal wydawał mu się jedynie dzieckiem. Skrzywił się, kiedy chłopak się odezwał – jego głos okazał się wulgarny i szorstki, oczy przeszklone po zakrztuszeniu – lecz nie poruszył się z miejsca, stale siedział wyprostowany na jednej z ozdobnych ław, które ustawiono w rodzinnych ogrodach.
– Uważasz mnie za swoje sumienie? – twarz miał zwróconą w stronę posiadłości, jej wysokich, rozświetlonych okien i murowanej fasady, która nocą wydawała się tak ciemna, że mógłby pomyśleć, że została wybudowana z szerlitu, ale kącik jego ust drgnął łagodnie, rozbawiony pytaniem. Kiedy rozmawiał z nim po raz ostatni, Anthony nie ukończył jeszcze Hogwartu, a on wciąż był skłonny czuć do niego żal, bo kiedy pochylał głowę i przyglądał się ciału chłopca, które nigdy nie miało szansy przeciwstawić się ciężkiej pięści dorosłego, rozpoznawał w nim siebie – oboje sypiali w tym samym pokoju z wysokim, ciemnym sufitem i spoglądali na świat przez to samo okno, którego zakurzone szyby przyćmiewały barwy nawet pomimo zaklęć. Widział, w jaki sposób Bartholomeus ograbiał go ze wspomnień i sekretów, i czasem, kiedy obserwował, jak Anthony płakał, a jego skóra stawała się sina i tkliwa, wydawało mu się, że czuł, jakby jego serce wciąż biło, spuchnięte gęstą, czerwoną krwią – wyobrażał sobie, że mógłby ocalić go tak samo, jak ocalił siebie i przesuwał językiem po ostrych, zwierzęcych kłach, zanim zniknął w otaczającym posiadłość mroku. Dzisiaj – kiedy patrzył na mężczyznę, którego tętno kołysało się od alkoholu, a głos brzmiał wulgarnie i obco – nie czuł już niczego.
– Zmieniłeś się – odparł, kiedy Anthony się roześmiał, a jego ton, choć pozbawiony wyrzutu, niósł w sobie brzemię rozczarowania. – Myślałeś, że możesz wychować się w tym miejscu i zachować czyste sumienie. Może to piękne, ale daremne. Nawet do tego piękna nie jestem przekonany, bo czy to, co głupie, może być piękne? – roześmiał się krótko, ale jego śmiech nie był ani trochę wesoły, nie był życzliwy – był pustym, sztywnym dźwiękiem, który wydawał się mieć swoje źródło znacznie głębiej niż w dole przepony. Jego brwi ściągnęły się ku sobie ostrożnie. – Teraz jesteś dziedzicem. – ocenił, choć jego twarz nie zdradzała dokładnego powodu niezadowolenia, jakie się na niej pojawiło. – Rozcieńczaj swoje myśli sam. Mam w zwyczaju pić co innego.
Anthony Borgin wciąż miał tę samą jasną i zmęczoną twarz kogoś, kto pod zuchwałym uśmiechem ukrywał znacznie więcej niż tylko białe zęby, a on z goryczą pomyślał, że robił na nim to samo wrażenie – nadal wydawał mu się jedynie dzieckiem. Skrzywił się, kiedy chłopak się odezwał – jego głos okazał się wulgarny i szorstki, oczy przeszklone po zakrztuszeniu – lecz nie poruszył się z miejsca, stale siedział wyprostowany na jednej z ozdobnych ław, które ustawiono w rodzinnych ogrodach.
– Uważasz mnie za swoje sumienie? – twarz miał zwróconą w stronę posiadłości, jej wysokich, rozświetlonych okien i murowanej fasady, która nocą wydawała się tak ciemna, że mógłby pomyśleć, że została wybudowana z szerlitu, ale kącik jego ust drgnął łagodnie, rozbawiony pytaniem. Kiedy rozmawiał z nim po raz ostatni, Anthony nie ukończył jeszcze Hogwartu, a on wciąż był skłonny czuć do niego żal, bo kiedy pochylał głowę i przyglądał się ciału chłopca, które nigdy nie miało szansy przeciwstawić się ciężkiej pięści dorosłego, rozpoznawał w nim siebie – oboje sypiali w tym samym pokoju z wysokim, ciemnym sufitem i spoglądali na świat przez to samo okno, którego zakurzone szyby przyćmiewały barwy nawet pomimo zaklęć. Widział, w jaki sposób Bartholomeus ograbiał go ze wspomnień i sekretów, i czasem, kiedy obserwował, jak Anthony płakał, a jego skóra stawała się sina i tkliwa, wydawało mu się, że czuł, jakby jego serce wciąż biło, spuchnięte gęstą, czerwoną krwią – wyobrażał sobie, że mógłby ocalić go tak samo, jak ocalił siebie i przesuwał językiem po ostrych, zwierzęcych kłach, zanim zniknął w otaczającym posiadłość mroku. Dzisiaj – kiedy patrzył na mężczyznę, którego tętno kołysało się od alkoholu, a głos brzmiał wulgarnie i obco – nie czuł już niczego.
– Zmieniłeś się – odparł, kiedy Anthony się roześmiał, a jego ton, choć pozbawiony wyrzutu, niósł w sobie brzemię rozczarowania. – Myślałeś, że możesz wychować się w tym miejscu i zachować czyste sumienie. Może to piękne, ale daremne. Nawet do tego piękna nie jestem przekonany, bo czy to, co głupie, może być piękne? – roześmiał się krótko, ale jego śmiech nie był ani trochę wesoły, nie był życzliwy – był pustym, sztywnym dźwiękiem, który wydawał się mieć swoje źródło znacznie głębiej niż w dole przepony. Jego brwi ściągnęły się ku sobie ostrożnie. – Teraz jesteś dziedzicem. – ocenił, choć jego twarz nie zdradzała dokładnego powodu niezadowolenia, jakie się na niej pojawiło. – Rozcieńczaj swoje myśli sam. Mam w zwyczaju pić co innego.