13.02.2025, 20:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2025, 20:40 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zdecydowanie różnili się od siebie pod kątem podejścia do tego typu interakcji, ale przecież nie tylko w tym byli zupełnie inni. Mimo to Ambroise traktował Norę niemalże jak własną młodszą siostrę. Oczywiście, że cieszył się zatem z jej szczęścia, nawet jeśli tak późno go o nim informowała.
- No, zobaczymy jak bardzo będziesz kreatywna i co to da - skwitował z udawaną powagą, jednocześnie wcale nie mając zamiaru boczyć się na dziewczynę.
Zresztą, gdyby tak było to nie spotkałby się z nią w tak dobrym humorze ani tym bardziej nie kupiłby jej całkiem szczerego prezentu, czyż nie?
- Ludzie mojego pokroju nawet nie robią własnych kanapek, nie? - Wzruszył ramionami, posyłając jej uśmiech.
Tym szerszy na wspomnienie o dużych skrzatach, na które zareagował cichym parsknięciem. Tak samo jak na jej pierwsze zaręczyny. Tak. Zdecydowanie to też wiedział.
- Przy tym jak mnie obecnie zaskakujesz, mogę się tylko domyślać. Nie jestem już taki pewien - skwitował bez powagi, jednocześnie przenosząc wzrok na dłoń przyjaciółki i...
...usiłując nie unieść przy tym brwi.
Nawet na pierwszy rzut oka biżuteria wydawała mu się wręcz groteskowa. Nie pasowała do niej ani stylem, ani kolorem. Jego wzrok wędrował po nieproporcjonalnych kształtach i tandetnych kamieniach, które w ogóle nie pasowały do delikatnej dłoni dziewczyny. Cieszył się ze szczęścia przyjaciółki, ale zarazem nie mógł uwolnić się od myśli, że to co nosiła na palcu w żaden sposób nie odzwierciedlało jej wartości. Drogocenny kamyk był istotny. Był gwarancją, że w razie nieszczęścia niedoszła panna młoda mogłaby stanąć na nogi.
Jasne, Nora nigdy nie była materialistką, więc nie powinno go dziwić, że przyjęła taki a nie inny pierścionek. Najwidoczniej po prostu jej odpowiadał. To nie powinna być sprawa Greengrassa. Nie chciał, by dostrzegła jego zdziwienie, więc na moment odwrócił wzrok, by ukryć swoje zmieszanie i zażenowanie. Przełknął ślinę, starając się nie myśleć o tym jak bardzo ten pierścionek nie pasuje do wszystkiego, czym powinien być.
Prawdę mówiąc, on sam też zazwyczaj nie przykładał aż tak dużej wagi do kwestii finansowych związanych z otrzymywanymi prezentami. Liczył się dla niego sam gest, intencja, niekoniecznie to, ile kosztowało to, co otrzymywał czy dawał. Jasne, nigdy nie pozwoliłby sobie na sprezentowanie komuś czegoś poniżej jego własnych standardów składania podarków, które były stosunkowo wysokie. W drugą stronę było jednak inaczej.
Cieszył się z kwiatka w doniczce, z ręcznie robionej laurki, z jakże męskiej bransolety z makaronu otrzymanej od jednego z dzieciaków z otoczenia. Z ciepłych pączków jak te w jego rękach. Czy nawet tego całkowicie pokracznego, nieco komicznego ręcznie dzierganego golfu, jaki kiedyś dostał.
Nie był specjalnie wymagający pod tym względem, zwłaszcza jak na swoje wychowanie. W Mungu i poza nim zarabiał dostatecznie dużo, by być w stanie samodzielnie zaspokajać swoje potrzeby. Nie mógł narzekać a nawet wręcz przeciwnie. Poza tym wywodził się z bogatego domu, miał bardzo dobry kontakt z ojcem i resztą krewniaków. Tak naprawdę nigdy nie musiał przejmować się wydatkami.
Wielokrotnie zresztą starał się przez to choć trochę wspierać Norę i jej biznes, nawet jeśli niekoniecznie chciała przyjmować jakąkolwiek zapomogę (czemu nijak się nie dziwił), więc częstokroć kombinował jak o zgrozo! koń pod górę, żeby wcisnąć jej trochę galeonów. Mieli bliską relację. Dbał o nią. Troszczył się, jakby byli rzeczywistym rodzeństwem, jakby faktycznie był jej starszym bratem i...
...no kurwa.
Narastało w nim dziwne uczucie, które trudno było mu zdefiniować. Prawdę mówiąc nie było to nic szczególnie dziwnego, bowiem Ambroise nigdy nie był wyjątkowo samoświadomy czy wylewny, gdy chodziło o targające nim emocje. No, chyba że chodziło o gniew, frustrację czy najczystszą formę wkurwienia. Te potrafił od razu rozpoznać i doskonale nazwać, zazwyczaj używając do tego co najmniej kilku mniej lub bardziej niewybrednych określeń.
Zastanawiał się, jak mogła przyjąć coś takiego. Coś, co nie spełniało nawet podstawowych wymogów tradycji, której tak bardzo hołdował. Przez dłuższą chwilę nie mógł oderwać wzroku od pierścionka, który wydawał się prawdziwym faux pas w jego tradycjonalistycznym świecie.
Tak. Ambroise Greengrass był snobem. W oczach wielu ludzi mógł być także klasistą. Przedstawicielem powszechnie coraz mniej tolerowanej grupy czystokrwistych czarodziejów zwracających uwagę na nieco zamierzchłe wartości i standardy. Takie, wedle których kamyk (jak to zwykł określać) powinien być czymś, co stanowiło gwarancję, że przyszła panna młoda będzie miała zabezpieczenie, gdyby życie potoczyło się w nieprzewidziany sposób.
Choć sam nigdy się nie zaręczył, nie dochodząc do tego momentu, zdecydowanie mógł mówić tutaj o własnych standardach. Zarówno na pierwszy - ten rzekomo zgubiony, jak i na drugi pierścionek wydał po kilka wypłat. Dostatecznie dużo, aby móc powiedzieć, że na pewien czas zdecydowanie uszczupliło to jego zasoby finansowe. Dokładnie tak jak powinno to zrobić.
Nie udał się do rodziny po zapomogę. Ani przed, ani po fakcie. Przyjął to na klatę, bo skoro poważnie myślał o formalizacji swojego wieloletniego związku i o założeniu rodziny, to były wyłącznie początkowe wydatki. Jeśli nie byłby w stanie ich udźwignąć, jakim chujem miałby czelność myśleć o żonie i dzieciach?
Zerknął na Figgównę, próbując ukryć swoje uczucia. Być może kamyk na jej palcu miał jakieś głębsze, bardziej osobiste znaczenie? W teorii nie jemu było to oceniać. Zresztą, to wyglądało raczej tak, jakby niedługo musiał dołączyć do niego prostszy, bardziej tradycyjny pierścionek. Taki dający dziewczynie gwarancję materialnej stabilności, czyż nie? W końcu żyli w naprawdę trudnych czasach, gdzie śmierć zbierała swoje żniwo w najbardziej nieoczekiwanych momentach.
To, co widział było dalekie od jego wyobrażeń o tym jak powinien wyglądać taki symbol miłości i zobowiązania, ale musiała kryć się za tym jakaś szerszą idea, nie? Kupno wspólnego domu, w którym zamieszkaliby razem tuż po ślubie. Wsparcie finansowe narzeczonej w rozwoju cukierni. Coś w ten deseń.
Roise naprawdę starał się nie oceniać tego wyboru, ale w głębi duszy czuł mieszankę zażenowania i niepokoju. Nora powinna dostać wszystko. I dom, i wsparcie przy cukierni, i pierścionek. Zasłużyła na to, aby nie musieć przejmować się finansami. Zbyt wiele już przeszła i wycierpiała.
Był człowiekiem skłonnym do wydawania niemal natychmiastowych osądów i choć teraz starał się ukryć swoje wewnętrzne odczucia, czuł się po prostu zmieszany. Biżuteria była wręcz karykaturalna. Niepasująca do jej stylu a przede wszystkim nieodzwierciedlająca wartości, jakie Ambroise przypisywał tego rodzaju przedmiotom.
Próbował ukryć zdziwienie, ale dość mocno zacisnął szczękę a jego palce nerwowo ścisnęły torebkę z pączkami. Wiedział, że powinien to jakoś skomentować, ale słowa uznania ugrzęzły mu w gardle.
Jasne - w związku najważniejsza była miłość. Tu zdecydowanie nie podchodził do tego tak standardowo jak znaczna część czystokrwistych. Inaczej dawno temu byłby żonaty dla interesów i układów. Mimo pozorów zobojętnienia i teoretycznie luźnego podejścia do związków damsko-męskich, Ambroise potrafił wierzyć w miłość. Stawiał ją ponad finansami, ale mimo wszystko...
Według jego tradycjonalistycznego wychowania, pierścionek zaręczynowy powinien być czymś więcej niż tylko błyszczącym kawałkiem metalu. To miała być solidna inwestycja. Coś, co dawałoby kobiecie bezpieczeństwo i stabilność w razie nieprzewidzianych okoliczności. Został wychowany w przekonaniu, że kamyk powinien być kosztowny, solidny a przede wszystkim gwarantujący przyszłość.
Czuł jak jego wartości kłócą się z tym, co widział przed sobą. Nie chciał, by przyjaciółka dostrzegła jego zakłopotanie, więc na moment skupił wzrok na fioletowym stworku. Mimo że nie spoglądał już na ten paskudny kawałek metalu, jego myśli w dalszym ciągu krążyły wokół reguł, które znał od zawsze. Zasady, według których pierścionek zaręczynowy powinien być symbolem bezpieczeństwa, nie tylko miłości w tym przypadku zdawały się być całkowicie zignorowane.
- Jest ku temu jakiś konkretny powód? Wstydzisz się go? - Spytał powoli, ponownie patrząc na nią z uwagą.
Oczywiście, że nie przyjął, jakoby mogło być w drugą albo nawet w trzecią stronę. Tego, że być może Nora wstydziła się jego (jakżeby tak, przecież potrafił się zachować) tudzież partner Eleonory miał jakieś obiekcje wobec pokazywania się z nią w towarzystwie. W tym ostatnim przypadku mogłoby się zrobić niemiło, gdyby tak w istocie wyglądały fakty. Figgówna zasługiwała na wszystko, co najlepsze. W tym na mężczyznę, który otwarcie nosiłby ją na rękach, choć...
...no właśnie. A może?
- To ktoś z jednego z tych domów? - Tym razem jeszcze bardziej zniżył głos, biorąc pod uwagę to, jak to czasami wyglądało w przypadku związków czarownic półkrwi z czystokrwistą elitą.
Rzecz jasna, miał na myśli skrajnie antymugolskie rody, które z pewnością popierały postulaty Voldemorta.
W jego bliższym otoczeniu bywały już takie przypadki. W najbliższym były też zresztą jeszcze trudniejsze, bardziej kontrowersyjne. Nie życzył Norze użerania się z jedną z takich rodzin, ale miłość przecież nie zwykła wybierać, nie? Była podstępna i motała. Coś o tym wiedział.
- No, zobaczymy jak bardzo będziesz kreatywna i co to da - skwitował z udawaną powagą, jednocześnie wcale nie mając zamiaru boczyć się na dziewczynę.
Zresztą, gdyby tak było to nie spotkałby się z nią w tak dobrym humorze ani tym bardziej nie kupiłby jej całkiem szczerego prezentu, czyż nie?
- Ludzie mojego pokroju nawet nie robią własnych kanapek, nie? - Wzruszył ramionami, posyłając jej uśmiech.
Tym szerszy na wspomnienie o dużych skrzatach, na które zareagował cichym parsknięciem. Tak samo jak na jej pierwsze zaręczyny. Tak. Zdecydowanie to też wiedział.
- Przy tym jak mnie obecnie zaskakujesz, mogę się tylko domyślać. Nie jestem już taki pewien - skwitował bez powagi, jednocześnie przenosząc wzrok na dłoń przyjaciółki i...
...usiłując nie unieść przy tym brwi.
Nawet na pierwszy rzut oka biżuteria wydawała mu się wręcz groteskowa. Nie pasowała do niej ani stylem, ani kolorem. Jego wzrok wędrował po nieproporcjonalnych kształtach i tandetnych kamieniach, które w ogóle nie pasowały do delikatnej dłoni dziewczyny. Cieszył się ze szczęścia przyjaciółki, ale zarazem nie mógł uwolnić się od myśli, że to co nosiła na palcu w żaden sposób nie odzwierciedlało jej wartości. Drogocenny kamyk był istotny. Był gwarancją, że w razie nieszczęścia niedoszła panna młoda mogłaby stanąć na nogi.
Jasne, Nora nigdy nie była materialistką, więc nie powinno go dziwić, że przyjęła taki a nie inny pierścionek. Najwidoczniej po prostu jej odpowiadał. To nie powinna być sprawa Greengrassa. Nie chciał, by dostrzegła jego zdziwienie, więc na moment odwrócił wzrok, by ukryć swoje zmieszanie i zażenowanie. Przełknął ślinę, starając się nie myśleć o tym jak bardzo ten pierścionek nie pasuje do wszystkiego, czym powinien być.
Prawdę mówiąc, on sam też zazwyczaj nie przykładał aż tak dużej wagi do kwestii finansowych związanych z otrzymywanymi prezentami. Liczył się dla niego sam gest, intencja, niekoniecznie to, ile kosztowało to, co otrzymywał czy dawał. Jasne, nigdy nie pozwoliłby sobie na sprezentowanie komuś czegoś poniżej jego własnych standardów składania podarków, które były stosunkowo wysokie. W drugą stronę było jednak inaczej.
Cieszył się z kwiatka w doniczce, z ręcznie robionej laurki, z jakże męskiej bransolety z makaronu otrzymanej od jednego z dzieciaków z otoczenia. Z ciepłych pączków jak te w jego rękach. Czy nawet tego całkowicie pokracznego, nieco komicznego ręcznie dzierganego golfu, jaki kiedyś dostał.
Nie był specjalnie wymagający pod tym względem, zwłaszcza jak na swoje wychowanie. W Mungu i poza nim zarabiał dostatecznie dużo, by być w stanie samodzielnie zaspokajać swoje potrzeby. Nie mógł narzekać a nawet wręcz przeciwnie. Poza tym wywodził się z bogatego domu, miał bardzo dobry kontakt z ojcem i resztą krewniaków. Tak naprawdę nigdy nie musiał przejmować się wydatkami.
Wielokrotnie zresztą starał się przez to choć trochę wspierać Norę i jej biznes, nawet jeśli niekoniecznie chciała przyjmować jakąkolwiek zapomogę (czemu nijak się nie dziwił), więc częstokroć kombinował jak o zgrozo! koń pod górę, żeby wcisnąć jej trochę galeonów. Mieli bliską relację. Dbał o nią. Troszczył się, jakby byli rzeczywistym rodzeństwem, jakby faktycznie był jej starszym bratem i...
...no kurwa.
Narastało w nim dziwne uczucie, które trudno było mu zdefiniować. Prawdę mówiąc nie było to nic szczególnie dziwnego, bowiem Ambroise nigdy nie był wyjątkowo samoświadomy czy wylewny, gdy chodziło o targające nim emocje. No, chyba że chodziło o gniew, frustrację czy najczystszą formę wkurwienia. Te potrafił od razu rozpoznać i doskonale nazwać, zazwyczaj używając do tego co najmniej kilku mniej lub bardziej niewybrednych określeń.
Zastanawiał się, jak mogła przyjąć coś takiego. Coś, co nie spełniało nawet podstawowych wymogów tradycji, której tak bardzo hołdował. Przez dłuższą chwilę nie mógł oderwać wzroku od pierścionka, który wydawał się prawdziwym faux pas w jego tradycjonalistycznym świecie.
Tak. Ambroise Greengrass był snobem. W oczach wielu ludzi mógł być także klasistą. Przedstawicielem powszechnie coraz mniej tolerowanej grupy czystokrwistych czarodziejów zwracających uwagę na nieco zamierzchłe wartości i standardy. Takie, wedle których kamyk (jak to zwykł określać) powinien być czymś, co stanowiło gwarancję, że przyszła panna młoda będzie miała zabezpieczenie, gdyby życie potoczyło się w nieprzewidziany sposób.
Choć sam nigdy się nie zaręczył, nie dochodząc do tego momentu, zdecydowanie mógł mówić tutaj o własnych standardach. Zarówno na pierwszy - ten rzekomo zgubiony, jak i na drugi pierścionek wydał po kilka wypłat. Dostatecznie dużo, aby móc powiedzieć, że na pewien czas zdecydowanie uszczupliło to jego zasoby finansowe. Dokładnie tak jak powinno to zrobić.
Nie udał się do rodziny po zapomogę. Ani przed, ani po fakcie. Przyjął to na klatę, bo skoro poważnie myślał o formalizacji swojego wieloletniego związku i o założeniu rodziny, to były wyłącznie początkowe wydatki. Jeśli nie byłby w stanie ich udźwignąć, jakim chujem miałby czelność myśleć o żonie i dzieciach?
Zerknął na Figgównę, próbując ukryć swoje uczucia. Być może kamyk na jej palcu miał jakieś głębsze, bardziej osobiste znaczenie? W teorii nie jemu było to oceniać. Zresztą, to wyglądało raczej tak, jakby niedługo musiał dołączyć do niego prostszy, bardziej tradycyjny pierścionek. Taki dający dziewczynie gwarancję materialnej stabilności, czyż nie? W końcu żyli w naprawdę trudnych czasach, gdzie śmierć zbierała swoje żniwo w najbardziej nieoczekiwanych momentach.
To, co widział było dalekie od jego wyobrażeń o tym jak powinien wyglądać taki symbol miłości i zobowiązania, ale musiała kryć się za tym jakaś szerszą idea, nie? Kupno wspólnego domu, w którym zamieszkaliby razem tuż po ślubie. Wsparcie finansowe narzeczonej w rozwoju cukierni. Coś w ten deseń.
Roise naprawdę starał się nie oceniać tego wyboru, ale w głębi duszy czuł mieszankę zażenowania i niepokoju. Nora powinna dostać wszystko. I dom, i wsparcie przy cukierni, i pierścionek. Zasłużyła na to, aby nie musieć przejmować się finansami. Zbyt wiele już przeszła i wycierpiała.
Był człowiekiem skłonnym do wydawania niemal natychmiastowych osądów i choć teraz starał się ukryć swoje wewnętrzne odczucia, czuł się po prostu zmieszany. Biżuteria była wręcz karykaturalna. Niepasująca do jej stylu a przede wszystkim nieodzwierciedlająca wartości, jakie Ambroise przypisywał tego rodzaju przedmiotom.
Próbował ukryć zdziwienie, ale dość mocno zacisnął szczękę a jego palce nerwowo ścisnęły torebkę z pączkami. Wiedział, że powinien to jakoś skomentować, ale słowa uznania ugrzęzły mu w gardle.
Jasne - w związku najważniejsza była miłość. Tu zdecydowanie nie podchodził do tego tak standardowo jak znaczna część czystokrwistych. Inaczej dawno temu byłby żonaty dla interesów i układów. Mimo pozorów zobojętnienia i teoretycznie luźnego podejścia do związków damsko-męskich, Ambroise potrafił wierzyć w miłość. Stawiał ją ponad finansami, ale mimo wszystko...
Według jego tradycjonalistycznego wychowania, pierścionek zaręczynowy powinien być czymś więcej niż tylko błyszczącym kawałkiem metalu. To miała być solidna inwestycja. Coś, co dawałoby kobiecie bezpieczeństwo i stabilność w razie nieprzewidzianych okoliczności. Został wychowany w przekonaniu, że kamyk powinien być kosztowny, solidny a przede wszystkim gwarantujący przyszłość.
Czuł jak jego wartości kłócą się z tym, co widział przed sobą. Nie chciał, by przyjaciółka dostrzegła jego zakłopotanie, więc na moment skupił wzrok na fioletowym stworku. Mimo że nie spoglądał już na ten paskudny kawałek metalu, jego myśli w dalszym ciągu krążyły wokół reguł, które znał od zawsze. Zasady, według których pierścionek zaręczynowy powinien być symbolem bezpieczeństwa, nie tylko miłości w tym przypadku zdawały się być całkowicie zignorowane.
- Jest ku temu jakiś konkretny powód? Wstydzisz się go? - Spytał powoli, ponownie patrząc na nią z uwagą.
Oczywiście, że nie przyjął, jakoby mogło być w drugą albo nawet w trzecią stronę. Tego, że być może Nora wstydziła się jego (jakżeby tak, przecież potrafił się zachować) tudzież partner Eleonory miał jakieś obiekcje wobec pokazywania się z nią w towarzystwie. W tym ostatnim przypadku mogłoby się zrobić niemiło, gdyby tak w istocie wyglądały fakty. Figgówna zasługiwała na wszystko, co najlepsze. W tym na mężczyznę, który otwarcie nosiłby ją na rękach, choć...
...no właśnie. A może?
- To ktoś z jednego z tych domów? - Tym razem jeszcze bardziej zniżył głos, biorąc pod uwagę to, jak to czasami wyglądało w przypadku związków czarownic półkrwi z czystokrwistą elitą.
Rzecz jasna, miał na myśli skrajnie antymugolskie rody, które z pewnością popierały postulaty Voldemorta.
W jego bliższym otoczeniu bywały już takie przypadki. W najbliższym były też zresztą jeszcze trudniejsze, bardziej kontrowersyjne. Nie życzył Norze użerania się z jedną z takich rodzin, ale miłość przecież nie zwykła wybierać, nie? Była podstępna i motała. Coś o tym wiedział.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down