13.02.2025, 23:07 ✶
- Mam nadzieję, że tym razem był lepiej skrojony, niż w dniu naszych zaręczyn - odpowiedziała butnie, mrużąc nieznacznie niebieskie oczy. Jej tęczówki oraz źrenice odbijały z pasją światło gwiazd i srebrnej tarczy księżyca. Być może nie atakowała go słownie: być może tylko reagowała na to, że przecież według wszelkich manier, prawd, półprawd i zasad po prostu zachował się nieobyczajnie. Nie było chyba żadnego, absolutnie żadnego wytłumaczenia, które usprawiedliwiałoby nie tylko pojawienie się w ogrodzie swojej narzeczonej o tak późnej porze, ale również wręczenie jej kwiatów, z tegoż ogrodu zerwanych. - Dali ci spokój?
Powtórzyła, nieco łagodząc swój ton. I to wcale nie dlatego, że ze wszystkich gadek świata, które mógł wybrać, Anthony wybrał tę, która liczyła się najbardziej. Wziąłem prysznic i przyjechałem tam, gdzie poniosła mnie droga i myśli. Dopiero dali mu spokój, był w stanie szybko się przebrać, a gdy woda skapywała po jego skórze, myśli pędziły w jednym, konkretnym kierunku. Która kobieta by temu nie uległa? Roselyn odchrząknęła cicho, uciekając spojrzeniem w bok.
- Co... - spojrzała na niego niemalże pytająco, z początku nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Najpierw w odpowiedzi na to całego jego gadanie o kolcach i uroku, a potem na to kolejne, bezczelne spojrzenie. Że niby on był tym, czego potrzebowała? Spomiędzy jej warg wydobyło się dość głośne, pełne oburzenia prychnięcie. Jakby była kotem, który właśnie postanowił ofukać wyjątkowo natrętną muchę, latającą mu koło ucha i nie pozwalającą na zapadnięcie w popołudniową drzemkę. - Dziwisz się, czemu nie odpisywałam na listy?
Jeżeli były w takim samym tonie, to nic dziwnego, że na nie nie odpisała, prawda? Problem w tym, że... Roselyn ich zwyczajnie nie widziała. Musiała przełożyć część z nich gdzieś na bok, a że sierpień był dla niej naprawdę ciężki, to gdzieś się zawieruszyły. Może skrzatka, która sprzątała jej pokój, przeniosła korespondencję z miejsca na miejsce? Nie miała pojęcia.
Milczała, odwracając wzrok od jego sylwetki. Nie zamierzała wyliczać mężczyźnie sekund, lecz mimowolnie jej mózg zaczął odliczanie. Jeden, dwa, trzy... Powieka zamknęła się na ułamek sekundy, gdy ucho wyłapało słowo, którego nie spodziewała się usłyszeć. Roselyn była naprawdę dobrą aktorką, w czym pomagała jej uroda i naturalny wdzięk, lecz nie była mistrzynią, która byłaby w stanie ukryć zaskoczenie, malujące się na jej bladej twarzy.
- Świetliki? - powtórzyła. Trochę z niedowierzaniem, trochę z rozbawieniem, graniczącym z niepewnością. Dopiero gdy wspomniał o nocnym klubie, na powrót stał się sobą - Anthonym Borginem, wstrętnym dupkiem, który zawsze mówił o jedno słowo za dużo. Greengrassówna przewróciła oczami tak ostentacyjnie, żeby przypadkiem Borginowi to nie umknęło. - Flora jutro robi pankejki. Prędzej złamię ci nos, niż się spóźnię na śniadanie.
Odpowiedziała z niezachwianą pewnością siebie, lecz zrobiła krok w stronę Antka, zadzierając lekko głowę.
- Niech będą świetliki. Może nie uwierzysz, ale lubię przyrodę - na krótki moment, zanim ujęła go pod ramię, na jej ustach wymalował się szczery, naturalny i niczym niewymuszony uśmiech. Uśmiech, który był bardzo, bardzo słaby i trochę smutny, lecz był szczery - uśmiech, który od dawna nie gościł na jej twarzy.
Powtórzyła, nieco łagodząc swój ton. I to wcale nie dlatego, że ze wszystkich gadek świata, które mógł wybrać, Anthony wybrał tę, która liczyła się najbardziej. Wziąłem prysznic i przyjechałem tam, gdzie poniosła mnie droga i myśli. Dopiero dali mu spokój, był w stanie szybko się przebrać, a gdy woda skapywała po jego skórze, myśli pędziły w jednym, konkretnym kierunku. Która kobieta by temu nie uległa? Roselyn odchrząknęła cicho, uciekając spojrzeniem w bok.
- Co... - spojrzała na niego niemalże pytająco, z początku nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Najpierw w odpowiedzi na to całego jego gadanie o kolcach i uroku, a potem na to kolejne, bezczelne spojrzenie. Że niby on był tym, czego potrzebowała? Spomiędzy jej warg wydobyło się dość głośne, pełne oburzenia prychnięcie. Jakby była kotem, który właśnie postanowił ofukać wyjątkowo natrętną muchę, latającą mu koło ucha i nie pozwalającą na zapadnięcie w popołudniową drzemkę. - Dziwisz się, czemu nie odpisywałam na listy?
Jeżeli były w takim samym tonie, to nic dziwnego, że na nie nie odpisała, prawda? Problem w tym, że... Roselyn ich zwyczajnie nie widziała. Musiała przełożyć część z nich gdzieś na bok, a że sierpień był dla niej naprawdę ciężki, to gdzieś się zawieruszyły. Może skrzatka, która sprzątała jej pokój, przeniosła korespondencję z miejsca na miejsce? Nie miała pojęcia.
Milczała, odwracając wzrok od jego sylwetki. Nie zamierzała wyliczać mężczyźnie sekund, lecz mimowolnie jej mózg zaczął odliczanie. Jeden, dwa, trzy... Powieka zamknęła się na ułamek sekundy, gdy ucho wyłapało słowo, którego nie spodziewała się usłyszeć. Roselyn była naprawdę dobrą aktorką, w czym pomagała jej uroda i naturalny wdzięk, lecz nie była mistrzynią, która byłaby w stanie ukryć zaskoczenie, malujące się na jej bladej twarzy.
- Świetliki? - powtórzyła. Trochę z niedowierzaniem, trochę z rozbawieniem, graniczącym z niepewnością. Dopiero gdy wspomniał o nocnym klubie, na powrót stał się sobą - Anthonym Borginem, wstrętnym dupkiem, który zawsze mówił o jedno słowo za dużo. Greengrassówna przewróciła oczami tak ostentacyjnie, żeby przypadkiem Borginowi to nie umknęło. - Flora jutro robi pankejki. Prędzej złamię ci nos, niż się spóźnię na śniadanie.
Odpowiedziała z niezachwianą pewnością siebie, lecz zrobiła krok w stronę Antka, zadzierając lekko głowę.
- Niech będą świetliki. Może nie uwierzysz, ale lubię przyrodę - na krótki moment, zanim ujęła go pod ramię, na jej ustach wymalował się szczery, naturalny i niczym niewymuszony uśmiech. Uśmiech, który był bardzo, bardzo słaby i trochę smutny, lecz był szczery - uśmiech, który od dawna nie gościł na jej twarzy.