14.02.2025, 09:51 ✶
Nie pierwszy raz pomylono go z Louvainem. Nie byli jak dwie krople wody, pędzące w dół szyby, ścigające się o to, który z nich pierwszy wyląduje na dnie. Nie byli identyczni, chociaż posturę mieli niemalże taką samą. Blada cera, czarne włosy, często zaczesane w tył i ulizane na magiczny żel Potterów, by nie przeszkadzały podczas chodu. Szczupła, wysoka sylwetka, chociaż to Rodolfusowa była wyższa. Tatuaże nie były w przypadku tej dwójki punktem rozróżniającym, bo można je było maskować i ujawniać w dowolnej chwili, co też oboje praktykowali. Młodszy Lestrange miał ich po prostu mniej: jeden, konkretniej. Jeden, za którego widoczność dostałby przytulną, milutką celę w Azkabanie. Louvaina i Rodolphusa można było przyrównać prędzej do płatków śniegu: z daleka identyczni, z bliska kompletnie różni. Gdyby odwrócić mężczyznę, który teraz szedł nokturnowskimi ścieżkami, nikt nie pomyliłby go z dużo sławniejszym, starszym kuzynem.
Rodolphus Lestrange nie lubił ocierać się o innych ludzi - jednak w niektórych sytuacjach musiał przełknąć niechęć do tej czynności. Gdy minęła go niewielka grupka, złożona z trzech młodych czarodziejów, tylko się skrzywił, za późno przesuwając się w bok.
- Uważaj, kurwo, gdzie leziesz - wyzwiska spływały po nim jak po kaczce. Nawet nie drgnęła mu brew, bo szedł dalej, nastawiony na konkretny cel, konkretny zaułek, konkretne drzwi. I pewnie gdyby był bardziej uważny, to zorientowałby się, że to muśnięcie ciała o ciało nie było zwykłym zderzeniem, a kieszeń jego marynarki zrobiła się lżejsza. Nie potrzebował pieniędzy - miał ich więcej, niż potrzebował, jednak bycie okradanym nigdy nie było czymś, co było pożądane i miłe. Teraz jednak, wytrącony z normalnego rytmu, nie zauważył ani lżejszej kieszeni, ani stąpającego cicho Czarnego Kota, który obserwował jego plecy. I tak odkąd wszedł na Nokturn miał wrażenie, że w jego tył wbijają się nieprzychylne, lepkie spojrzenia, które najlepiej byłoby ignorować. Nie chciał kłopotów nie dlatego, że ich nie lubił: po prostu w tym konkretnym momencie zwyczajnie nie miał na nie czasu. Nie miał czasu na to, by przyłożyć w pysk osobie, która nazwała go kurwą, nie miał czasu na to, by zareagować na tego pedała, który wybrzmiał za jego plecami. Drgnął jednak, gdy dotarły do niego kolejne słowa. Nie zgubiłeś czegoś? Czy on zaczynał mieć paranoję, czy ten głos był mu jakoś dziwnie znajomy? Nigdy nie rozmawiał z Saurielem dłużej, kojarzył go tylko i wyłącznie dlatego, że był narzeczonym Victorii. Lestrange zatrzymał się, a jego ramiona nieco się uniosły, gdy wciągał powietrze w płuca.
- Do lustra krzyczysz, mate? - odpowiedział pytaniem na pytanie, łaskawie odwracając się w końcu, nie chcąc ignorować tak bezpośredniej interakcji. Szczególnie że coś w jego mózgu nieprzyjemnie swędziało. Skąd ja znam ten głos? Rodolphus zmrużył stalowoszare oczy, a dłonie powędrowały do kieszeni spodni. Lekko przygarbione ramiona się zgadzały. Kpiący, pogardliwy wręcz uśmieszek, błąkający się po ustach - to także się zgadzało. Ale nie zgadzały się rysy twarzy, nie zgadzały się oczy, nie zgadzał się nos i nie zgadzała się w bliższym poznaniu sylwetka tej osoby. To nie był Louvain, chociaż był tak do niego podobny. - Chowasz się przed Victorią na Nokturnie?
Nie to, żeby z niego kpił, gdy w końcu rozpoznał tę śliczną buźkę. O nie - gdyby Sauriel powiedział mu, że tak faktycznie było i chował się przed jego kuzynką w rynsztoku, łyknąłby to bez mrugnięcia okiem. On sam wylądował przez tę babę na Ścieżkach co najmniej raz.
Rodolphus Lestrange nie lubił ocierać się o innych ludzi - jednak w niektórych sytuacjach musiał przełknąć niechęć do tej czynności. Gdy minęła go niewielka grupka, złożona z trzech młodych czarodziejów, tylko się skrzywił, za późno przesuwając się w bok.
- Uważaj, kurwo, gdzie leziesz - wyzwiska spływały po nim jak po kaczce. Nawet nie drgnęła mu brew, bo szedł dalej, nastawiony na konkretny cel, konkretny zaułek, konkretne drzwi. I pewnie gdyby był bardziej uważny, to zorientowałby się, że to muśnięcie ciała o ciało nie było zwykłym zderzeniem, a kieszeń jego marynarki zrobiła się lżejsza. Nie potrzebował pieniędzy - miał ich więcej, niż potrzebował, jednak bycie okradanym nigdy nie było czymś, co było pożądane i miłe. Teraz jednak, wytrącony z normalnego rytmu, nie zauważył ani lżejszej kieszeni, ani stąpającego cicho Czarnego Kota, który obserwował jego plecy. I tak odkąd wszedł na Nokturn miał wrażenie, że w jego tył wbijają się nieprzychylne, lepkie spojrzenia, które najlepiej byłoby ignorować. Nie chciał kłopotów nie dlatego, że ich nie lubił: po prostu w tym konkretnym momencie zwyczajnie nie miał na nie czasu. Nie miał czasu na to, by przyłożyć w pysk osobie, która nazwała go kurwą, nie miał czasu na to, by zareagować na tego pedała, który wybrzmiał za jego plecami. Drgnął jednak, gdy dotarły do niego kolejne słowa. Nie zgubiłeś czegoś? Czy on zaczynał mieć paranoję, czy ten głos był mu jakoś dziwnie znajomy? Nigdy nie rozmawiał z Saurielem dłużej, kojarzył go tylko i wyłącznie dlatego, że był narzeczonym Victorii. Lestrange zatrzymał się, a jego ramiona nieco się uniosły, gdy wciągał powietrze w płuca.
- Do lustra krzyczysz, mate? - odpowiedział pytaniem na pytanie, łaskawie odwracając się w końcu, nie chcąc ignorować tak bezpośredniej interakcji. Szczególnie że coś w jego mózgu nieprzyjemnie swędziało. Skąd ja znam ten głos? Rodolphus zmrużył stalowoszare oczy, a dłonie powędrowały do kieszeni spodni. Lekko przygarbione ramiona się zgadzały. Kpiący, pogardliwy wręcz uśmieszek, błąkający się po ustach - to także się zgadzało. Ale nie zgadzały się rysy twarzy, nie zgadzały się oczy, nie zgadzał się nos i nie zgadzała się w bliższym poznaniu sylwetka tej osoby. To nie był Louvain, chociaż był tak do niego podobny. - Chowasz się przed Victorią na Nokturnie?
Nie to, żeby z niego kpił, gdy w końcu rozpoznał tę śliczną buźkę. O nie - gdyby Sauriel powiedział mu, że tak faktycznie było i chował się przed jego kuzynką w rynsztoku, łyknąłby to bez mrugnięcia okiem. On sam wylądował przez tę babę na Ścieżkach co najmniej raz.