14.02.2025, 20:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.02.2025, 20:50 przez Lorien Mulciber.)
Tu nigdy nie chodziło o zerwanie kajdan i zdjęcie szpilki z karków biednych i uciemiężonych.
Lorien wiedziała, że nie dożyje końca tej wojny, nie dlatego, że planowała złożyć się w ofierze na ołtarzy którejkolwiek ze stron konfliktu - ale dlatego, że prędzej pochłonie ją klątwa lub zagubiony urok. Gdy miało się tak niewiele czasu nagle okazywało się, że to dobry czas do podejmowała bezczelnych, odważnych decyzji. A z jakiegoś powodu, pani Mulciber nadal tego nie robiła. Nie ze strachu przed światem. Absolutnie nie ze strachu przed samą sobą.
Ale tam gdzie cichł głos Crouchówny - budziła się do życia panna Prewett. Nagle okazywało się, że liczy się tylko najwyższa stawka. Czyje splamione krwią i łzami złoto zabłyszczy na jej delikatnych dłoniach jak łup wojenny. Kto zajrzy na tyle głęboko, by dostrzec,że wystarczyło się przejść na mityczny targ w Scarborough i przynieść jej niemożliwy dar, by wilgowron zaczął nucić inną pieśń.
Tu nigdy nie chodziło o to co Czarny Pan mógł ofiarować światu. Zawsze chodziło o to, co mógł ofiarować tej czarnowłosej, drobnej istocie, której koło przeznaczenia zatrzymało się, gdy bogowie wydali wyrok - maledictus.
Manifest Voldemorta nie wymagał interpelacji, bo był oczywisty w swojej prostocie. I żadne dorabianie filozofii nie zmieniało owej prostoty przekazu.
Ot kolejny czarnoksiężnik który sądził, że zniszczenie jednej rasy jest drogą ku chwały drugiej. Martwi mugole to bezużyteczni mugole. Martwe szlamy to bezwartościowe szlamy - luka w państwowym budżecie, dziura gospodarcza na najniższych szczeblach. Jakże łatwo szło zabić takiego bezwartościowego mugolaka, bo śmiał ukraść okruszki z Pańskiego stołu - jakże bolesna okazywała się śmierć głodowa, gdy okazywało się, że nie ma kto Panu chleba już upiec.
Odpowiedź na wszelkie bolączki tkwiła w tym co już na świecie od wieków istniało - w kastach. Ostrym podziale społeczeństwa, w którym nie było miejsca na mieszanie się i psucie krwi. Odgórnie, prawnie narzuconych granicach.
Społeczeństwo nie było karawaną. Społeczeństwo było oazą - małą grupą usilnie lgnącą do źródełka. Gdy pozwalano pić z niego każdemu, wody zaczynało brakować w kilka godzin. Gdy jednak odsuwano od niego kolejne przybywające karawany, gdy pozwalano im wymrzeć - rodził się bunt. Z czasem wystarczyła jedna mała iskra, by bunt przerodzić w pożar. A ten trawił wszystko to co czyniło oazę różną od rozległej pustyni. Dlatego właśnie dopuszczano do źródełka pojedyncze przybłędy, dlatego zasłaniano się humanitaryzmem. Bo trzymanie za pysk każdej jednej karawany i zmuszenie jej do katorżniczej pracy na rzecz oazy było prostsze, gdy równocześnie z plakatów spoglądały na nich uśmiechnięte dzieci ze szklanką wody w dłoniach.
- Pieniądze Pan wkrótce pomnoży, kawę będzie Pan dawkował sobie dożylnie, a przełożona uchodzi za nieszczególnie kochliwą.- Rzuciła z wyraźnym rozbawieniem. A przynajmniej niegustującą w młodzikach mających jeszcze śmietankę pod nosem. Chciało się dodać. Nie przywykła rozmawiać o swoim małżeństwie, a zapytana odpowiadała półsłówkami, zdawałoby się znudzona samą myślą, że musi poruszać ten temat. Tak - miała męża. Niemal bezimiennego, jakby jedyna rola pana Mulcibera sprowadzała się do bycia nieprzeszkadzającym w życiu mężu sędzi Wizengamotu.
Zapewne na myśl jej nie przyszło nawet, że ten podekscytowany uśmiech jest spowodowany barwną wizją tak brutalnego mordu. Może i lepiej? Uniknął dzięki temu wykładu pt. “dlaczego nie mordujemy w sali pełnej ludzi, którzy mogą przeciwko nam złożyć zeznania w BUMie, a co ważniejsze - dlaczego nie mordujemy w ulubionej restauracji, która może nam dać dożywotni zakaz wstępu.” Nie. Lorien założyła, że Louvain po prostu ucieszył się z szansy na ucieczkę z Departamentu Transportu. I wcale się temu nie dziwiła.
Nawet jeśli miał to przypłacić wrzodami z przełykania goryczy i podduszonym ego. Niektórzy to lubili.
Jako przedstawiciel wiekowego i dumnego rodu Lestrange, Louvain z pewnością był świadomy, że kurwa kurwie łba nie urwie, bo jak urwie to po kurwie. Z ich małym, prawniczym światkiem złożonym w głównej mierze z Crouchów było podobnie. Wizengamot był polem wojny zupełnie innej niż ta, która toczyła się za drzwiami Ministerstwa Magii. Zjednoczenie w wyborach, decyzjach i poglądach było kluczowe, żeby ta dziwaczna hydra pozostała żywa, a jej pazury zaciskały się brutalnie, na tym co najważniejsze - na sądowniczym młotku. Ale jak z nieszczęsną oazą, tak i tu dopuszczano pojedyncze jednostki. Czasem spokrewnione, często spowinowacone, niekiedy kompletnie obce, ale zawsze wybitne. Tu nie wystarczyła selekcja naturalna; przeprowadzono więc też ręczny odsiew.
Wbicie samodzielnie do piaskownicy i liczenie, że nie dostanie się piaskiem w oczy i łopatką w środek czoła było co najmniej naiwne. Ale już przyjście z mamą, która złapie właściciela łopatki za ucho zanim zdąży się załatwić - to już z pewnością brzmiało odrobinę lepiej.
Uniosła nieznacznie kieliszek w geście toastu, skinięciem głowy dając znać, że początek miesiąca brzmi jak najbardziej sensownie.
- Wierzę, że się pan szybko zaaklimatyzuje. Czasem mam wrażenie, że więcej niż o pracy moi koledzy z działu dyskutują o rozgrywkach Quidditcha…- Westchnęła, przewracając przy tym lekko oczami.- Osobiście nigdy do końca nie pojęłam uroku i zasad tej gry, ale...- zamilkła jakby nie chciała dodać “to chyba typowe dla kobiet, prawda?” Takie niezrozumienie, co mogło być ciekawego w oglądaniu jak… nawet nie wiedziała ilu, chłopów lata na miotłach wyrywając sobie jedną piłkę, kiedy dwie (czy trzy?) kolejne mogły cię w każdej chwili zabić, tylko po to by jeden złapał inną jeszcze piłkę i wygrał nieproporcjonalnie dużą ilość punktów (chyba z milion). Zrobiła nieco zagubioną minę, pozwalając mu w razie czego wprowadzić się w tajniki tej dziwacznej gry.
Lorien wiedziała, że nie dożyje końca tej wojny, nie dlatego, że planowała złożyć się w ofierze na ołtarzy którejkolwiek ze stron konfliktu - ale dlatego, że prędzej pochłonie ją klątwa lub zagubiony urok. Gdy miało się tak niewiele czasu nagle okazywało się, że to dobry czas do podejmowała bezczelnych, odważnych decyzji. A z jakiegoś powodu, pani Mulciber nadal tego nie robiła. Nie ze strachu przed światem. Absolutnie nie ze strachu przed samą sobą.
Ale tam gdzie cichł głos Crouchówny - budziła się do życia panna Prewett. Nagle okazywało się, że liczy się tylko najwyższa stawka. Czyje splamione krwią i łzami złoto zabłyszczy na jej delikatnych dłoniach jak łup wojenny. Kto zajrzy na tyle głęboko, by dostrzec,że wystarczyło się przejść na mityczny targ w Scarborough i przynieść jej niemożliwy dar, by wilgowron zaczął nucić inną pieśń.
Tu nigdy nie chodziło o to co Czarny Pan mógł ofiarować światu. Zawsze chodziło o to, co mógł ofiarować tej czarnowłosej, drobnej istocie, której koło przeznaczenia zatrzymało się, gdy bogowie wydali wyrok - maledictus.
Manifest Voldemorta nie wymagał interpelacji, bo był oczywisty w swojej prostocie. I żadne dorabianie filozofii nie zmieniało owej prostoty przekazu.
Ot kolejny czarnoksiężnik który sądził, że zniszczenie jednej rasy jest drogą ku chwały drugiej. Martwi mugole to bezużyteczni mugole. Martwe szlamy to bezwartościowe szlamy - luka w państwowym budżecie, dziura gospodarcza na najniższych szczeblach. Jakże łatwo szło zabić takiego bezwartościowego mugolaka, bo śmiał ukraść okruszki z Pańskiego stołu - jakże bolesna okazywała się śmierć głodowa, gdy okazywało się, że nie ma kto Panu chleba już upiec.
Odpowiedź na wszelkie bolączki tkwiła w tym co już na świecie od wieków istniało - w kastach. Ostrym podziale społeczeństwa, w którym nie było miejsca na mieszanie się i psucie krwi. Odgórnie, prawnie narzuconych granicach.
Społeczeństwo nie było karawaną. Społeczeństwo było oazą - małą grupą usilnie lgnącą do źródełka. Gdy pozwalano pić z niego każdemu, wody zaczynało brakować w kilka godzin. Gdy jednak odsuwano od niego kolejne przybywające karawany, gdy pozwalano im wymrzeć - rodził się bunt. Z czasem wystarczyła jedna mała iskra, by bunt przerodzić w pożar. A ten trawił wszystko to co czyniło oazę różną od rozległej pustyni. Dlatego właśnie dopuszczano do źródełka pojedyncze przybłędy, dlatego zasłaniano się humanitaryzmem. Bo trzymanie za pysk każdej jednej karawany i zmuszenie jej do katorżniczej pracy na rzecz oazy było prostsze, gdy równocześnie z plakatów spoglądały na nich uśmiechnięte dzieci ze szklanką wody w dłoniach.
- Pieniądze Pan wkrótce pomnoży, kawę będzie Pan dawkował sobie dożylnie, a przełożona uchodzi za nieszczególnie kochliwą.- Rzuciła z wyraźnym rozbawieniem. A przynajmniej niegustującą w młodzikach mających jeszcze śmietankę pod nosem. Chciało się dodać. Nie przywykła rozmawiać o swoim małżeństwie, a zapytana odpowiadała półsłówkami, zdawałoby się znudzona samą myślą, że musi poruszać ten temat. Tak - miała męża. Niemal bezimiennego, jakby jedyna rola pana Mulcibera sprowadzała się do bycia nieprzeszkadzającym w życiu mężu sędzi Wizengamotu.
Zapewne na myśl jej nie przyszło nawet, że ten podekscytowany uśmiech jest spowodowany barwną wizją tak brutalnego mordu. Może i lepiej? Uniknął dzięki temu wykładu pt. “dlaczego nie mordujemy w sali pełnej ludzi, którzy mogą przeciwko nam złożyć zeznania w BUMie, a co ważniejsze - dlaczego nie mordujemy w ulubionej restauracji, która może nam dać dożywotni zakaz wstępu.” Nie. Lorien założyła, że Louvain po prostu ucieszył się z szansy na ucieczkę z Departamentu Transportu. I wcale się temu nie dziwiła.
Nawet jeśli miał to przypłacić wrzodami z przełykania goryczy i podduszonym ego. Niektórzy to lubili.
Jako przedstawiciel wiekowego i dumnego rodu Lestrange, Louvain z pewnością był świadomy, że kurwa kurwie łba nie urwie, bo jak urwie to po kurwie. Z ich małym, prawniczym światkiem złożonym w głównej mierze z Crouchów było podobnie. Wizengamot był polem wojny zupełnie innej niż ta, która toczyła się za drzwiami Ministerstwa Magii. Zjednoczenie w wyborach, decyzjach i poglądach było kluczowe, żeby ta dziwaczna hydra pozostała żywa, a jej pazury zaciskały się brutalnie, na tym co najważniejsze - na sądowniczym młotku. Ale jak z nieszczęsną oazą, tak i tu dopuszczano pojedyncze jednostki. Czasem spokrewnione, często spowinowacone, niekiedy kompletnie obce, ale zawsze wybitne. Tu nie wystarczyła selekcja naturalna; przeprowadzono więc też ręczny odsiew.
Wbicie samodzielnie do piaskownicy i liczenie, że nie dostanie się piaskiem w oczy i łopatką w środek czoła było co najmniej naiwne. Ale już przyjście z mamą, która złapie właściciela łopatki za ucho zanim zdąży się załatwić - to już z pewnością brzmiało odrobinę lepiej.
Uniosła nieznacznie kieliszek w geście toastu, skinięciem głowy dając znać, że początek miesiąca brzmi jak najbardziej sensownie.
- Wierzę, że się pan szybko zaaklimatyzuje. Czasem mam wrażenie, że więcej niż o pracy moi koledzy z działu dyskutują o rozgrywkach Quidditcha…- Westchnęła, przewracając przy tym lekko oczami.- Osobiście nigdy do końca nie pojęłam uroku i zasad tej gry, ale...- zamilkła jakby nie chciała dodać “to chyba typowe dla kobiet, prawda?” Takie niezrozumienie, co mogło być ciekawego w oglądaniu jak… nawet nie wiedziała ilu, chłopów lata na miotłach wyrywając sobie jedną piłkę, kiedy dwie (czy trzy?) kolejne mogły cię w każdej chwili zabić, tylko po to by jeden złapał inną jeszcze piłkę i wygrał nieproporcjonalnie dużą ilość punktów (chyba z milion). Zrobiła nieco zagubioną minę, pozwalając mu w razie czego wprowadzić się w tajniki tej dziwacznej gry.
Koniec sesji