15.02.2025, 17:26 ✶
- Tak. Wszyscy - odpowiedział teoretycznie bez zająknięcia, jednocześnie mimo woli nadając swoim słowom nieco prześmiewcze brzmienie.
Nie chciał tego robić. To był wyłącznie odruch. Coś, czego w tej chwili nie kontrolował, na co niemalże nie zwrócił uwagi, skupiony na tym, żeby nie powiedzieć zbyt wiele. Tak, Geraldine kolejny raz miała rację, jednakże w jego opinii znowu połowiczną.
To nie była jej wina, więc nie zamierzał zbyt głęboko wnikać w ten temat ani tym bardziej jej czegoś zarzucać. Nie miała pełnego obrazu. Nie mogła go mieć, bo przecież nie rozmawiali o takich sprawach. Nie zwykł odpowiadać jej o swoich doświadczeniach związanych z działalnością poza Mungiem. Tą, która nie dotyczyła jego oficjalnych prywatnych pacjentów.
Nie miał zamiaru poruszać tego tematu, ponieważ wiedział, co by to oznaczało. Kolejny raz usłyszałby, że celowo ją od tego izoluje, że podejmuje za nią decyzje, że to wyłącznie jego wina. Jego i jego bezsensownego trwania przy idiotycznych postanowieniach wyjętych z dupy. Że gdyby tylko dał jej szansę pokazać własną wartość, nie byliby w tym momencie w takiej sytuacji. Że nie traktuje jej jak równorzędnej, że niepotrzebnie obchodzi się z nią jak z jajkiem. Że powinien mieć więcej wiary w jej umiejętność poradzenia sobie na własną rękę. Że przecież już kiedyś udowodniła mu, że mogła być dla niego pomocą, nie przeszkodą.
Wielokrotnie słyszał te wszystkie słowa. Te i wiele innych. Do tego stopnia, że swego czasu był w stanie niemalże przewidzieć to, co miała mu do zarzucenia. Zdanie w zdanie. Niemalże z zatrważającym talentem do kończenia za nią kolejnych wypowiedzi. Tym samym tonem, korzystając z właściwych słów.
I co im to dało? Co im to przyniosło? Nic.
Może uczyła się na błędach, ale to wcale nie znaczyło, że zamierzał być jej osobistym nauczycielem rzucającym ją na głęboką wodę, dającym jej praktyczne zadania i możliwość nauki na jeszcze bardziej ekscytujących błędach. Jego własnych.
- Kto został zmuszony, ten został zmuszony - stwierdził tak prosto, że mógłby dodatkowo wzruszyć ramionami i idealnie dopełniłoby to cały parszywy obraz. - Nie stawiaj nas na tym samym poziomie. Może ty nie sądziłaś, że będziesz korzystać z takich metod, może używasz ich, by się bronić, ale to nie jest też mój przypadek - wydawało mu się, że powinna być tego świadoma.
Przynajmniej teraz po tym wszystkim, bo kiedyś wcale nie musiała mieć takich podejrzeń. Nie dawał jej powodów do tego, aby zastanawiała się nad tym, kim był i co robił. Jasne. Od samego początku był z nią całkowicie szczery odnośnie swojego podejścia do moralności i tego jak luźne ono było, ale nie zabierał takich spraw do domu.
Nie siadywał przed kominkiem z czarnomagicznymi księgami, nie czytywał nielegalnych grymuarów przed obiadem w oczekiwaniu aż dojdzie pieczeń. Na dłuższy czas zresztą spuścił przecież z tonu, nie angażując się w zdobywanie nowych źródeł wiedzy tylko zadowalając się tymi, które już miał. Mimo to, w pewnym sensie gdzieś tam oboje mogli domyślić się, w którym kierunku to pójdzie.
Krwi nie dało się oszukać. Zwłaszcza, gdy nieodmiennie i niezaprzeczalnie wychowało się w konkretnym środowisku. Pośród bardzo określonego typu ludzi. W jednym z bardziej ugruntowanych ideologicznie rodów. Tak, znaczną część młodzieńczych lat spędzał wśród Greengrassów. To z nimi mieszkał na stałe. To do nich odruchowo się zaliczał, ale nie dało się ukryć (nie przed Geraldine), że Mulciberowie mieli znaczący wpływ na jego życie i podejście, które wyznawał.
Bardzo znaczące.
Mógł się w to nie zagłębiać. W dalszym ciągu nie chciał wchodzić w to jak głęboko w tym siedział, nie miał chęci mówić Rinie o wszystkim, co dotyczyło tej płaszczyzny jego życia. Nie po to, aby cokolwiek przed nią ukrywać, nie. Nie chodziło o brudne sekrety. Te zresztą bardzo szybko zaczęłyby przecież wypływać na powierzchnię. Mieli z tym praktyczne doświadczenia.
Chodziło o to, że nie musiała o tym słuchać. Nie musiała wiedzieć o wszystkim, co działo się w jego życiu. O meandrach działalności na Nokturnie czy na Ścieżkach. Raz w przeszłości niemalże połączyli swoje interesy. Był taki moment, kiedy poważnie to rozważał, jednak ostatecznie odrzucił ten pomysł. Teraz tym bardziej nie zamierzał tego zmieniać.
- Nie mów mi, że nie mogę ci mówić, czego masz nie mówić - wymamrotał, starając się zachować względnie neutralny wyraz twarzy, choć te słowa brzmiały na tyle absurdalnie, że trudno było mu się nie uśmiechnąć.
Zrobił to wyłącznie siłą woli. Zresztą, czy w istocie byłby to jakkolwiek radosny uśmiech? No niekoniecznie. Cała ta sytuacja była daleka od dobrej. Błogość poprzedniego wieczoru zdążyła rozmyć się w mrokach nocy. To miejsce. Ich dom przestał dawać to właściwe wrażenie bezpieczeństwa. Zaczął na nowo stawać się obcym miejscem a oni nie mogli na to zbyt wiele poradzić. O to mu chodziło. Byli tutaj, ale nie w ten słuszny sposób.
- Wiesz, o co mi chodzi - powiedział, brzmiąc na bardziej zmęczonego niż zamierzał. - W naszym domu nie żarlibyśmy się o byle dach - bo to była głupota, prawda?
Po prostu by to naprawił.
Być może spieraliby się o jakieś inne drobiazgi, nieduże szczegóły jak kolor pokoju na górze czy barwa ścian gabinetu, który w tamtych okolicznościach prawdopodobnie wcale nie pełniłby tej funkcji. Wydawało mu się cholernie prawdopodobne, że znajdując się w swojej idealnej rzeczywistości, nie byliby w niej już sami. Mieliby zwierzęta - tak, ale nie o to mu chodziło.
Nie to było dla niego tożsame z tamtą upragnioną pełnią szczęścia.
Nie stłumił cichego westchnienia, jakie samoistnie wydostało się spomiędzy jego warg, gdy poczuł tę delikatną pieszczotę na karku. Bezwiednie rozluźnił mięśnie, odpuszczając dalsze złudzenie, że nie zamierzał oprzeć się na Geraldine. Po prostu to zrobił, przechodząc z siadu do wyciągnięcia nóg na dywanie i ułożenia się na brzuchu z głową na kolanach dziewczyny. Oparł policzek o jej udo, przymykając oczy i oddychając w milczeniu.
Przynajmniej do czasu, gdy poruszyli temat tego cholernego przekleństwa, które nad nim wisiało. Wtedy to słysząc wypowiedź Geraldine, zmarszczył czoło, przekręcając się na bok a następnie na plecy, żeby spojrzeć jej w twarz. Na samym początku bezmyślnie unosząc brwi, później zaś zaciskając wargi i kręcąc głową.
- Sprawdzaliśmy to przez kilka tygodni. Nie wiem jak chciałabyś to zrobić od ręki, ale to raczej niemożliwe - odezwał się, wbijając spojrzenie w Yaxleyównę a następnie w sufit nad jej głową.
Nie rozumiał tego, co mu sugerowała. Nie wydawało mu się prawdopodobne, żeby istniało jeszcze jakieś zupełnie nowe rozwiązanie ich problemów, o którym wcześniej nie mieli okazji myśleć. Nie, to nie było możliwe. Tak samo jak przyznanie Rinie racji w tym, co stwierdziła moment później.
- Nie możesz mi rozkazywać - mógłby tupnąć nogą? mógłby, tym bardziej, że w jego głosie nie brakowało przekory powoli wypierającej ten mniej przyjemny, bardziej ponury upór. - Poza tym mam oczy i uszy, Mouffette. Doskonale wiem, co na mnie dziamdziasz i że jestem twoim największym problemem - szczególnie, gdy nie miała już na karku tego, który faktycznie jej zagrażał, prawda?
No, właśnie.
- Bujać to my, nie nas, Panienko Yaxley - ot co, taka prawda.
Nie chciał tego robić. To był wyłącznie odruch. Coś, czego w tej chwili nie kontrolował, na co niemalże nie zwrócił uwagi, skupiony na tym, żeby nie powiedzieć zbyt wiele. Tak, Geraldine kolejny raz miała rację, jednakże w jego opinii znowu połowiczną.
To nie była jej wina, więc nie zamierzał zbyt głęboko wnikać w ten temat ani tym bardziej jej czegoś zarzucać. Nie miała pełnego obrazu. Nie mogła go mieć, bo przecież nie rozmawiali o takich sprawach. Nie zwykł odpowiadać jej o swoich doświadczeniach związanych z działalnością poza Mungiem. Tą, która nie dotyczyła jego oficjalnych prywatnych pacjentów.
Nie miał zamiaru poruszać tego tematu, ponieważ wiedział, co by to oznaczało. Kolejny raz usłyszałby, że celowo ją od tego izoluje, że podejmuje za nią decyzje, że to wyłącznie jego wina. Jego i jego bezsensownego trwania przy idiotycznych postanowieniach wyjętych z dupy. Że gdyby tylko dał jej szansę pokazać własną wartość, nie byliby w tym momencie w takiej sytuacji. Że nie traktuje jej jak równorzędnej, że niepotrzebnie obchodzi się z nią jak z jajkiem. Że powinien mieć więcej wiary w jej umiejętność poradzenia sobie na własną rękę. Że przecież już kiedyś udowodniła mu, że mogła być dla niego pomocą, nie przeszkodą.
Wielokrotnie słyszał te wszystkie słowa. Te i wiele innych. Do tego stopnia, że swego czasu był w stanie niemalże przewidzieć to, co miała mu do zarzucenia. Zdanie w zdanie. Niemalże z zatrważającym talentem do kończenia za nią kolejnych wypowiedzi. Tym samym tonem, korzystając z właściwych słów.
I co im to dało? Co im to przyniosło? Nic.
Może uczyła się na błędach, ale to wcale nie znaczyło, że zamierzał być jej osobistym nauczycielem rzucającym ją na głęboką wodę, dającym jej praktyczne zadania i możliwość nauki na jeszcze bardziej ekscytujących błędach. Jego własnych.
- Kto został zmuszony, ten został zmuszony - stwierdził tak prosto, że mógłby dodatkowo wzruszyć ramionami i idealnie dopełniłoby to cały parszywy obraz. - Nie stawiaj nas na tym samym poziomie. Może ty nie sądziłaś, że będziesz korzystać z takich metod, może używasz ich, by się bronić, ale to nie jest też mój przypadek - wydawało mu się, że powinna być tego świadoma.
Przynajmniej teraz po tym wszystkim, bo kiedyś wcale nie musiała mieć takich podejrzeń. Nie dawał jej powodów do tego, aby zastanawiała się nad tym, kim był i co robił. Jasne. Od samego początku był z nią całkowicie szczery odnośnie swojego podejścia do moralności i tego jak luźne ono było, ale nie zabierał takich spraw do domu.
Nie siadywał przed kominkiem z czarnomagicznymi księgami, nie czytywał nielegalnych grymuarów przed obiadem w oczekiwaniu aż dojdzie pieczeń. Na dłuższy czas zresztą spuścił przecież z tonu, nie angażując się w zdobywanie nowych źródeł wiedzy tylko zadowalając się tymi, które już miał. Mimo to, w pewnym sensie gdzieś tam oboje mogli domyślić się, w którym kierunku to pójdzie.
Krwi nie dało się oszukać. Zwłaszcza, gdy nieodmiennie i niezaprzeczalnie wychowało się w konkretnym środowisku. Pośród bardzo określonego typu ludzi. W jednym z bardziej ugruntowanych ideologicznie rodów. Tak, znaczną część młodzieńczych lat spędzał wśród Greengrassów. To z nimi mieszkał na stałe. To do nich odruchowo się zaliczał, ale nie dało się ukryć (nie przed Geraldine), że Mulciberowie mieli znaczący wpływ na jego życie i podejście, które wyznawał.
Bardzo znaczące.
Mógł się w to nie zagłębiać. W dalszym ciągu nie chciał wchodzić w to jak głęboko w tym siedział, nie miał chęci mówić Rinie o wszystkim, co dotyczyło tej płaszczyzny jego życia. Nie po to, aby cokolwiek przed nią ukrywać, nie. Nie chodziło o brudne sekrety. Te zresztą bardzo szybko zaczęłyby przecież wypływać na powierzchnię. Mieli z tym praktyczne doświadczenia.
Chodziło o to, że nie musiała o tym słuchać. Nie musiała wiedzieć o wszystkim, co działo się w jego życiu. O meandrach działalności na Nokturnie czy na Ścieżkach. Raz w przeszłości niemalże połączyli swoje interesy. Był taki moment, kiedy poważnie to rozważał, jednak ostatecznie odrzucił ten pomysł. Teraz tym bardziej nie zamierzał tego zmieniać.
- Nie mów mi, że nie mogę ci mówić, czego masz nie mówić - wymamrotał, starając się zachować względnie neutralny wyraz twarzy, choć te słowa brzmiały na tyle absurdalnie, że trudno było mu się nie uśmiechnąć.
Zrobił to wyłącznie siłą woli. Zresztą, czy w istocie byłby to jakkolwiek radosny uśmiech? No niekoniecznie. Cała ta sytuacja była daleka od dobrej. Błogość poprzedniego wieczoru zdążyła rozmyć się w mrokach nocy. To miejsce. Ich dom przestał dawać to właściwe wrażenie bezpieczeństwa. Zaczął na nowo stawać się obcym miejscem a oni nie mogli na to zbyt wiele poradzić. O to mu chodziło. Byli tutaj, ale nie w ten słuszny sposób.
- Wiesz, o co mi chodzi - powiedział, brzmiąc na bardziej zmęczonego niż zamierzał. - W naszym domu nie żarlibyśmy się o byle dach - bo to była głupota, prawda?
Po prostu by to naprawił.
Być może spieraliby się o jakieś inne drobiazgi, nieduże szczegóły jak kolor pokoju na górze czy barwa ścian gabinetu, który w tamtych okolicznościach prawdopodobnie wcale nie pełniłby tej funkcji. Wydawało mu się cholernie prawdopodobne, że znajdując się w swojej idealnej rzeczywistości, nie byliby w niej już sami. Mieliby zwierzęta - tak, ale nie o to mu chodziło.
Nie to było dla niego tożsame z tamtą upragnioną pełnią szczęścia.
Nie stłumił cichego westchnienia, jakie samoistnie wydostało się spomiędzy jego warg, gdy poczuł tę delikatną pieszczotę na karku. Bezwiednie rozluźnił mięśnie, odpuszczając dalsze złudzenie, że nie zamierzał oprzeć się na Geraldine. Po prostu to zrobił, przechodząc z siadu do wyciągnięcia nóg na dywanie i ułożenia się na brzuchu z głową na kolanach dziewczyny. Oparł policzek o jej udo, przymykając oczy i oddychając w milczeniu.
Przynajmniej do czasu, gdy poruszyli temat tego cholernego przekleństwa, które nad nim wisiało. Wtedy to słysząc wypowiedź Geraldine, zmarszczył czoło, przekręcając się na bok a następnie na plecy, żeby spojrzeć jej w twarz. Na samym początku bezmyślnie unosząc brwi, później zaś zaciskając wargi i kręcąc głową.
- Sprawdzaliśmy to przez kilka tygodni. Nie wiem jak chciałabyś to zrobić od ręki, ale to raczej niemożliwe - odezwał się, wbijając spojrzenie w Yaxleyównę a następnie w sufit nad jej głową.
Nie rozumiał tego, co mu sugerowała. Nie wydawało mu się prawdopodobne, żeby istniało jeszcze jakieś zupełnie nowe rozwiązanie ich problemów, o którym wcześniej nie mieli okazji myśleć. Nie, to nie było możliwe. Tak samo jak przyznanie Rinie racji w tym, co stwierdziła moment później.
- Nie możesz mi rozkazywać - mógłby tupnąć nogą? mógłby, tym bardziej, że w jego głosie nie brakowało przekory powoli wypierającej ten mniej przyjemny, bardziej ponury upór. - Poza tym mam oczy i uszy, Mouffette. Doskonale wiem, co na mnie dziamdziasz i że jestem twoim największym problemem - szczególnie, gdy nie miała już na karku tego, który faktycznie jej zagrażał, prawda?
No, właśnie.
- Bujać to my, nie nas, Panienko Yaxley - ot co, taka prawda.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down