15.02.2025, 22:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:49 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Kiedy Ambroise wraz z Geraldine pojawili się na Horyzontalnej, słońce właśnie zaczynało zachodzić. Było chwilę przed dwudziestą. Idealnie w czas jak na to, że mieli kawałek do przejścia, by wreszcie znaleźć się w kamienicy sąsiadującej z tą, w której mieszkała Yaxleyówna ze swoim bratem. W miejscu znajdującym się rzut beretem od mieszkania, w którym sam Roise również spędził znaczny fragment swojego życia, a które w tym momencie musiał traktować już niemalże obco. Jednocześnie także kawałek od adresu, pod którym obecnie zdarzało mu się bywać, gdy nie wracał do Doliny Godryka. I od tego, który opuścili wczoraj w raczej parszywych nastrojach po konfrontacji z innym z ich przyjaciół, jego bezpośrednim sąsiadem, ojcem wspólnego chrześniaka. A także po swojej prywatnej dwuosobowej spinie.
Powrót do miasta dzień później był równie nieoczekiwany, co dziwny. Tym bardziej, że Ambroise zamierzał to zrobić dopiero za kilka dni, dokładniej siódmego września wieczorem wracając z tygodniowego urlopu dopiero na dyżur. Tymczasem ponownie się tu pojawili. I z dużym prawdopodobieństwem miał być to dopiero początek dziwactw i niezręczności.
- Ja pukam, ty mówisz - mruknął półgębkiem do Geraldine, usiłując odrobinę rozluźnić niezręczną atmosferę, która zapanowała między nimi odkąd ponownie znaleźli się w Londynie.
Tym razem przynajmniej nie padało. W powietrzu unosiła się jedynie typowa dla miasta wszechobecna chłodna mżawka okrywająca wszystko niemalże lepką wilgocią. Dla kogoś, kto nie był do tego przywykły pewnie mogłoby być to dosyć nieprzyjemne wrażenie. Niewielkie kropelki nie oszczędzały niczego. Zbierały się na płaszczach, butach, włosach i za kołnierzem. Towarzyszące im zimnawe podmuchy zaróżowiały policzki i czerwieniły dłonie. Mimo że mieli dopiero początek września, ostatnie dwa wieczory należały już do znacznie chłodniejszych. Stanowiły zapowiedź niechybnie nadciągającej jesieni.
Wchodząc do kamienicy, przepuścił Geraldine w drzwiach, wycierając buty o wewnętrzną wycieraczkę w korytarzu zanim zaczęli wchodzić po schodach. Strzepnął płaszcz na tyle, na ile było to możliwe, zgarniając z niego części wilgoci i przystając przed właściwymi drzwiami.
Nawet gdyby było to fizycznie możliwe (a nie było, mimo że Yaxleyówna była raczej nadzwyczaj wysoką kobietą) raczej nie zamierzał kryć się za Geraldine. Nie zamierzał okazywać jakiegokolwiek zmieszania pojawieniem się tu wspólnie. Dokładnie tak samo jak nie robił tego wczorajszego popołudnia w przypadku wizyty u Corneliusa. Byli dorosłymi ludźmi, czyż nie? Co z tego, że zachowywali się jak para uczniaków - jak sam w pewnym stopniu zauważył, rzucając tamte słowa?
Nie oznaczało to, że nie czuł się cholernie dziwnie z tym, na co przecież poniekąd wyraził zgodę. Po prostu usiłował nie emanować zażenowaniem, którego dreszcz tak czy siak czuł na karku i plecach, spływający mu po nich wraz z wilgocią z podwórza. Po prostu starał się nie dać tego po sobie poznać, jednocześnie odruchowo stając po prawej stronie dziewczyny, nie za nią.
Mimo wszystko nie zamierzał przesadnie zaznaczać swojej obecności. Nie tym razem. Czuł się dostatecznie zmieszany tym, co tu robili. Tym, że w ogóle się na to zgodził. Tym, co Rina uparcie starała się mu udowodnić, choć nie swoim podejściem do całej sprawy. Był raczej przekonany o tym, przy czym trwał. Nie zamierzał lekką ręką wykluczać czegoś, co wydawało mu się ze wszech miar prawdziwe, nawet jeśli gdzieś tam w głębi duszy zdawał sobie sprawę, że wyjątkowo ten jeden raz wolałby nie mieć racji.
Nie czekał na zgodę ze strony Geraldine, na jakąś kreatywną odpowiedź. On pukał, ona mówiła, tak? A więc dokładnie to zrobił: zdecydowanie zastukał do drzwi, jednocześnie zamierzając dać Yaxleyównie pole do popisu, jeśli chodziło o interakcję ze skrzatem domowym czy też pierwsze przywitanie Florence.
W końcu to była jej przyjaciółka, nie jego. Mimo tylu wspólnie spędzonych lat, Ambroise nigdy nie nawiązał pozazawodowej więzi z panną Bulstrode. W gruncie rzeczy sam nie wiedział, dlaczego, choć mógł się tego domyślać, bo najwidoczniej im obojgu było dostatecznie dobrze pozostawić wszystko w sferze zawodowej. Zresztą dzięki temu później nie było zbyt dziwnie i niezręcznie...
...przynajmniej aż do tej pory. Obecnie istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że mogło ulec to lekkiej zmianie, na którą niekoniecznie był przygotowany i do której nie podchodził zbyt ochoczo. To, z czym się tu pojawili było w końcu naprawdę prywatnymi sprawami. A on niekoniecznie zwykł wyciągać takie przed kimkolwiek.
No cóż.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down