15.02.2025, 23:42 ✶
- Przed chwilą sama podałaś mi swoje pobudki - przypomniał, biorąc głęboki wdech i wypuszczając powietrze przez nos, gdy niemal od razu przeszła do zadawania mu całkiem konkretnych, zdecydowanie retorycznych pytań, na które mimo wszystko i tak zamierzał odpowiedzieć. - Przede wszystkim? Żadna - gdyby mógł to wygodnie zrobić, pewnie wzruszyłby teraz ramionami. - Prawdę mówiąc, czarna magia bywa czystsza. Bardziej - nigdy nie sądził, że będzie z nią o tym rozmawiać, a jednak - finezyjna. Ale na kosę pod żebra też jest właściwa pora - skwitował prosto, wcale nie zamierzając udawać niewiniątka.
Zresztą to też już przecież o nim wiedziała, nieprawdaż? Oboje potrafili robić moralnie wątpliwe rzeczy. Mieli zresztą okazję przekonać się o tym na stosunkowo wczesnym etapie odnawianej relacji (wtedy uznawanej za całkiem nową i świeżą), gdy razem zajęli się przyniesieniem ulgi bądź co bądź i tak praktycznie martwemu człowiekowi.
Tego aspektu swojej kariery nigdy przed nią nie ukrywał. Otwarcie wspomniał jej przecież o błędzie, jaki popełnili puszczając wolno tamtych ludzi w magazynie. Wyłącznie ich ogłuszając i rozbrajając, gdy z pełną świadomością powinni skuteczniej pozbyć się zagrożenia, jakie od nich płynęło.
Później nie popełnił już podobnego błędu. O tym nigdy nie powiedział wprost. Nie użył tych konkretnych słów. Wyrażenia, które byłoby tak dosadne, że aż nazbyt jasne. A jednak o tym też rozmawiali. Nie mógł puścić tamtych ludzi z Doliny, ryzykując odwetem. Nie, toteż szybko zajął się sprawą.
Będąc przy tym świadomym, że nie musiał tego kryć przed Geraldine. Może nie zamierzał opowiadać jej o niektórych swoich metodach, jednak pod tym względem zgadzali się w większości kwestii. Mimo to, paradoksalnie, wciąż miał ją za lepszą osobę, nawet jeśli wcale nie uważał, że korzystanie z broni było bardziej moralne. Liczyły się głównie intencje. Tu poniekąd miała rację.
- A więc ja będę ci mówić, że nie będziesz mi mówić, co mam mówić... ...a czego... ... poczekaj... ...nie mam ci mówić, że nie masz mi mówić - pod sam koniec zdecydowanie nie zabrzmiał jak ktoś pewny sensu własnej wypowiedzi.
Wręcz przeciwnie. Skrzywił się, usiłując go odnaleźć, ale fakt faktem zaplątał się już na samym początku wypowiedzi. Mimo tego musiał mieć ostatnie zdanie. To było niepodważalne. Potrzebował postawić kropkę nad i czy tam na końcu zdania, nawet jeśli przez to ich rozmowa zaczynała brzmieć coraz bardziej absurdalnie. Kolejny, kolejny raz miała rację.
Parsknął pod nosem, mimo to lekko kiwając głową. Na tyle nieznacznie, by w żadnym wypadku nie strącić dłoni dziewczyny, która w naprawdę przyjemny sposób sunęła w tej chwili po jego karku. To było kolejne złudzenie. Jeszcze jeden gest zdecydowanie mieszający w ich życiu, ale było jednocześnie naprawdę cholernie miłe.
- No nie - przyznał i choć nie mogła tego dostrzec, nawet odrobinę uśmiechnął się przy tym pod nosem. - Choć w tym wypadku pewnie znaleźlibyśmy złoty środek - stwierdził wyłącznie, nie mówiąc o tym, co już między nimi padło.
Tym, że w jednej z kłótni dosyć brutalnie szczerze poinformowali siebie nawzajem, że już go poniekąd prawie mieli. Był czas, kiedy to nie brzmiało niczym absurd. Tyle tylko, że teraz ich sytuacja zaczynała nabierać tego absurdalnego dźwięku. Była skomplikowana, zagmatwana i chaotyczna. Chyba dokładnie tak jak oni sami. W końcu zawsze byli wyjątkowi.
No, właśnie. Zaczynała. Najwidoczniej czekało ich jeszcze całkiem sporo absurdów. Między innymi ten, który padł z ust Riny. Spojrzał na nią z niedowierzaniem, kilkukrotnie przy tym mrugając i poprawiając się na dywanie, bo nagle zrobiło mu się jakoś niekomfortowo.
- Florence - powtórzył po Yaxleyównie, bardzo powoli wypowiadając każde kolejne słowo - Florence. To. Zauważy. Najlepiej jutro, tak? - Nie trudno było dostrzec, że nie wierzył w to, o czym właśnie mówili; prawdopodobnie nawet nie musiał tego dodawać. - Jasne. To twoja przyjaciółka, Rina - tego nie dało się ukryć. - Ale nie zapominaj, że moja już nie. Ja z nią tylko pracuję. Oficjalnie pracuję. Nie pójdę do Bulstrode, żeby wywalić się przed nią z tego, że po godzinach trudnię się działalnością w półświatku - to brzmiało naprawdę nie do pomyślenia.
A przecież bez tego, co doskonale wiedział, nie dało się niczego potwierdzić ani wykluczyć. Osoby takie jak Florence czy on potrzebowały całego przekroju informacji. Jak najbardziej szczegółowego. Poza tym nie wątpił, że kobieta była po prostu kurewsko domyślna. Nie, to nie wchodziło w grę.
- Grozisz mi czy obiecujesz? - Spytał kolejny raz w przeciągu niecałych dwudziestu czterech godzin, podczas których zdążyli już chyba zaliczyć wszelkie możliwe stopnie rozmowy.
Od tych wściekłych i sfrustrowanych, poprzez żartobliwe, nostalgiczne, smutne, przykre, prowokacyjne na wiele różnorakich sposobów, ponownie złe i pozbawione łagodności...
...przeszli przez całą gamę emocji, zatrzymując się na czymś pośrednim pomiędzy tym, co mogło przypominać im obojgu dawne czasy a czymś zupełnie od nich innym. Już nigdy nie mogli wrócić do przeszłości. Oboje to przecież wiedzieli, ale jednocześnie nie byli w stanie odpuścić tego nowego czegoś. Czymkolwiek to było. Zdecydowanie nie sojuszu, nie przyjaźni, nie przelotnego romansu. Tym ostatnim też to nie było.
Zaczynał wątpić we wszystko, podważając kolejne określenia, które przychodziły mu na myśl. W tym wypadku jego słownik był wyjątkowo ubogi. Nie znajdowało się w nim określenie na coś, co z początku miało być wyłącznie pożegnaniem, ale w tym momencie trwało już ponad cztery dni i wcale nie wyglądało na coś, co zbliża się ku końcowi.
Wbrew tym wszystkim spięciom i kłótniom, tak nie zachowywali się ludzie, którzy zamierzali już wkrótce okryć wszystko zasłoną zapomnienia. Może nie chciał o tym mówić na głos, usiłując trwać przy swoim stanowisku, ale nieco zbyt łatwo było mu teraz przycisnąć zarośnięty policzek do dziewczęcych palców, przekrzywiając głowę tak, by go na nich oprzeć. Powoli muskając wargami wnętrze dłoni Yaxleyówny. Bez pośpiechu ogarniając je ciepłym oddechem i delikatnym dotykiem.
Kolejne gesty, nie słowa. Słowa potrafiły zawodzić. Prowadziły do niepotrzebnych kolejnych wypowiedzi. Gesty tego nie robiły. Były jasne i zrozumiałe. Czasami nawet aż nazbyt klarowne, potrafiły zbyt wiele wyrazić, ale w tym momencie chyba się tym nie przejmował.
- Nie wiem, jakie masz teraz problemy, ale zapewniam cię, że małym zdecydowanie nie jestem - ale to już wiedziała, prawda?
Dowiedziała się o tym wiele lat temu. Dosyć regularnie dowiadywała się przez cały czas, gdy ze sobą byli. W ostatnim czasie też miała ku temu niejedną okazję. Nie był tycim problemem. Nie można go było ot tak zbagatelizować. Zdecydowanie lubił robić wokół siebie wiele szumu. Poza tym, gdy o nią chodziło, zawsze był trochę bardziej zaborczy niż wypada. To wcale się nie zmieniło.
- Jeden taki problem ci nie wystarczy, Yaxley? - Tak, w tej wypowiedzi w istocie wybrzmiała groźba, jednak była ona raczej na popis.
Pokazowa, może trochę zbyt przerysowana, aby zabrzmieć w taki sposób, aby wywołać jakiekolwiek wrażenie niepokoju. A jednak kolejny raz tego wieczoru uniósł brwi, posyłając odrobinę bardziej błyszczące, nieco zaczepne spojrzenie w kierunku Geraldine. Czy to oznaczało, że w jej oczach powinien być jeszcze bardziej upierdliwy? Znacznie bardziej problematyczny? Zdecydowanie kłopotliwy? Tak, aby udowodnić, że on jeden w zupełności miał jej wystarczyć za ten główny problem, jaki miała teraz na swojej głowie? Bez wątpienia dało się to zrobić.
Zresztą to też już przecież o nim wiedziała, nieprawdaż? Oboje potrafili robić moralnie wątpliwe rzeczy. Mieli zresztą okazję przekonać się o tym na stosunkowo wczesnym etapie odnawianej relacji (wtedy uznawanej za całkiem nową i świeżą), gdy razem zajęli się przyniesieniem ulgi bądź co bądź i tak praktycznie martwemu człowiekowi.
Tego aspektu swojej kariery nigdy przed nią nie ukrywał. Otwarcie wspomniał jej przecież o błędzie, jaki popełnili puszczając wolno tamtych ludzi w magazynie. Wyłącznie ich ogłuszając i rozbrajając, gdy z pełną świadomością powinni skuteczniej pozbyć się zagrożenia, jakie od nich płynęło.
Później nie popełnił już podobnego błędu. O tym nigdy nie powiedział wprost. Nie użył tych konkretnych słów. Wyrażenia, które byłoby tak dosadne, że aż nazbyt jasne. A jednak o tym też rozmawiali. Nie mógł puścić tamtych ludzi z Doliny, ryzykując odwetem. Nie, toteż szybko zajął się sprawą.
Będąc przy tym świadomym, że nie musiał tego kryć przed Geraldine. Może nie zamierzał opowiadać jej o niektórych swoich metodach, jednak pod tym względem zgadzali się w większości kwestii. Mimo to, paradoksalnie, wciąż miał ją za lepszą osobę, nawet jeśli wcale nie uważał, że korzystanie z broni było bardziej moralne. Liczyły się głównie intencje. Tu poniekąd miała rację.
- A więc ja będę ci mówić, że nie będziesz mi mówić, co mam mówić... ...a czego... ... poczekaj... ...nie mam ci mówić, że nie masz mi mówić - pod sam koniec zdecydowanie nie zabrzmiał jak ktoś pewny sensu własnej wypowiedzi.
Wręcz przeciwnie. Skrzywił się, usiłując go odnaleźć, ale fakt faktem zaplątał się już na samym początku wypowiedzi. Mimo tego musiał mieć ostatnie zdanie. To było niepodważalne. Potrzebował postawić kropkę nad i czy tam na końcu zdania, nawet jeśli przez to ich rozmowa zaczynała brzmieć coraz bardziej absurdalnie. Kolejny, kolejny raz miała rację.
Parsknął pod nosem, mimo to lekko kiwając głową. Na tyle nieznacznie, by w żadnym wypadku nie strącić dłoni dziewczyny, która w naprawdę przyjemny sposób sunęła w tej chwili po jego karku. To było kolejne złudzenie. Jeszcze jeden gest zdecydowanie mieszający w ich życiu, ale było jednocześnie naprawdę cholernie miłe.
- No nie - przyznał i choć nie mogła tego dostrzec, nawet odrobinę uśmiechnął się przy tym pod nosem. - Choć w tym wypadku pewnie znaleźlibyśmy złoty środek - stwierdził wyłącznie, nie mówiąc o tym, co już między nimi padło.
Tym, że w jednej z kłótni dosyć brutalnie szczerze poinformowali siebie nawzajem, że już go poniekąd prawie mieli. Był czas, kiedy to nie brzmiało niczym absurd. Tyle tylko, że teraz ich sytuacja zaczynała nabierać tego absurdalnego dźwięku. Była skomplikowana, zagmatwana i chaotyczna. Chyba dokładnie tak jak oni sami. W końcu zawsze byli wyjątkowi.
No, właśnie. Zaczynała. Najwidoczniej czekało ich jeszcze całkiem sporo absurdów. Między innymi ten, który padł z ust Riny. Spojrzał na nią z niedowierzaniem, kilkukrotnie przy tym mrugając i poprawiając się na dywanie, bo nagle zrobiło mu się jakoś niekomfortowo.
- Florence - powtórzył po Yaxleyównie, bardzo powoli wypowiadając każde kolejne słowo - Florence. To. Zauważy. Najlepiej jutro, tak? - Nie trudno było dostrzec, że nie wierzył w to, o czym właśnie mówili; prawdopodobnie nawet nie musiał tego dodawać. - Jasne. To twoja przyjaciółka, Rina - tego nie dało się ukryć. - Ale nie zapominaj, że moja już nie. Ja z nią tylko pracuję. Oficjalnie pracuję. Nie pójdę do Bulstrode, żeby wywalić się przed nią z tego, że po godzinach trudnię się działalnością w półświatku - to brzmiało naprawdę nie do pomyślenia.
A przecież bez tego, co doskonale wiedział, nie dało się niczego potwierdzić ani wykluczyć. Osoby takie jak Florence czy on potrzebowały całego przekroju informacji. Jak najbardziej szczegółowego. Poza tym nie wątpił, że kobieta była po prostu kurewsko domyślna. Nie, to nie wchodziło w grę.
- Grozisz mi czy obiecujesz? - Spytał kolejny raz w przeciągu niecałych dwudziestu czterech godzin, podczas których zdążyli już chyba zaliczyć wszelkie możliwe stopnie rozmowy.
Od tych wściekłych i sfrustrowanych, poprzez żartobliwe, nostalgiczne, smutne, przykre, prowokacyjne na wiele różnorakich sposobów, ponownie złe i pozbawione łagodności...
...przeszli przez całą gamę emocji, zatrzymując się na czymś pośrednim pomiędzy tym, co mogło przypominać im obojgu dawne czasy a czymś zupełnie od nich innym. Już nigdy nie mogli wrócić do przeszłości. Oboje to przecież wiedzieli, ale jednocześnie nie byli w stanie odpuścić tego nowego czegoś. Czymkolwiek to było. Zdecydowanie nie sojuszu, nie przyjaźni, nie przelotnego romansu. Tym ostatnim też to nie było.
Zaczynał wątpić we wszystko, podważając kolejne określenia, które przychodziły mu na myśl. W tym wypadku jego słownik był wyjątkowo ubogi. Nie znajdowało się w nim określenie na coś, co z początku miało być wyłącznie pożegnaniem, ale w tym momencie trwało już ponad cztery dni i wcale nie wyglądało na coś, co zbliża się ku końcowi.
Wbrew tym wszystkim spięciom i kłótniom, tak nie zachowywali się ludzie, którzy zamierzali już wkrótce okryć wszystko zasłoną zapomnienia. Może nie chciał o tym mówić na głos, usiłując trwać przy swoim stanowisku, ale nieco zbyt łatwo było mu teraz przycisnąć zarośnięty policzek do dziewczęcych palców, przekrzywiając głowę tak, by go na nich oprzeć. Powoli muskając wargami wnętrze dłoni Yaxleyówny. Bez pośpiechu ogarniając je ciepłym oddechem i delikatnym dotykiem.
Kolejne gesty, nie słowa. Słowa potrafiły zawodzić. Prowadziły do niepotrzebnych kolejnych wypowiedzi. Gesty tego nie robiły. Były jasne i zrozumiałe. Czasami nawet aż nazbyt klarowne, potrafiły zbyt wiele wyrazić, ale w tym momencie chyba się tym nie przejmował.
- Nie wiem, jakie masz teraz problemy, ale zapewniam cię, że małym zdecydowanie nie jestem - ale to już wiedziała, prawda?
Dowiedziała się o tym wiele lat temu. Dosyć regularnie dowiadywała się przez cały czas, gdy ze sobą byli. W ostatnim czasie też miała ku temu niejedną okazję. Nie był tycim problemem. Nie można go było ot tak zbagatelizować. Zdecydowanie lubił robić wokół siebie wiele szumu. Poza tym, gdy o nią chodziło, zawsze był trochę bardziej zaborczy niż wypada. To wcale się nie zmieniło.
- Jeden taki problem ci nie wystarczy, Yaxley? - Tak, w tej wypowiedzi w istocie wybrzmiała groźba, jednak była ona raczej na popis.
Pokazowa, może trochę zbyt przerysowana, aby zabrzmieć w taki sposób, aby wywołać jakiekolwiek wrażenie niepokoju. A jednak kolejny raz tego wieczoru uniósł brwi, posyłając odrobinę bardziej błyszczące, nieco zaczepne spojrzenie w kierunku Geraldine. Czy to oznaczało, że w jej oczach powinien być jeszcze bardziej upierdliwy? Znacznie bardziej problematyczny? Zdecydowanie kłopotliwy? Tak, aby udowodnić, że on jeden w zupełności miał jej wystarczyć za ten główny problem, jaki miała teraz na swojej głowie? Bez wątpienia dało się to zrobić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down