16.02.2025, 00:11 ✶
Podobno pierwsze wrażenie było ważne, dlaczego więc nie pokazać na wejściu bolesnej prawdy o swoim upierdliwym charakterze? Dlaczego nie pokazać od razu, że bycie wyklętym przez świat od młodości kreowało cię na człowieka absolutnie antyspołecznego, unikającego niechcianych kontaktów takich jak ten z Basiliusem, nawet jeżeli wszyscy ludzie w tym pomieszczeniu życzyli mu jak najlepiej?
Laurent pokazywał mu dlaczego.
Łatwo odgrywało się takie teatrzyki. Jeżeli tego chciał, potrafił być do bólu irytujący. Robić rzeczy, od których innym wykręcało wnętrzności, bo dobrze wiedział, na jakich nutach grać, aby doprowadzać ich do istnego szaleństwa. Fajnych złoczynów zostawiał ekranom lokalnych kin - prawdziwe życie wywoływało... reakcje takie jak ta Laurenta, takie widziane teraz u blondyna i... ten teatrzyk mu umierał. Zwiędł nastrój Laurenta i proszę - zwiędł również i on. Zaklął w myślach, bo poczuł, jak w jego oczach uwydatnia się zniesmaczenie własnym zachowaniem. Było tak cholernie myśleć o New Forest jako o miejscu, które sobie wybrał z wygody i o Prewettcie, co go sobie urabiał, bo to taka śliczna dziewczynka, jak jakaś wiła albo coś... ktoś, kto go będzie swoją słodyczą, miłością i oddaniem urzekał jeszcze bardzo długo, ale on zawsze coś sobie myślał, a rzeczywistość stała przed drzwiami i waliła w nie pięścią. Miłość nie była czymś jednostronnym, oh nie. Miłość atakowała bezlitośnie z każdego frontu, a jeżeli ktoś na nią nie odpowiadał, nie wyglądała wcale jak to, co zaczynało ich łączyć.
Przed chwilą chciał go ukarać, a teraz czuł, jak od widoku jego twarzy wykręca mu się żołądek.
Zacisnął oczy, zaciągając się bardzo, bardzo mocno i wydmuchał to w sufit, do tego wyczarowanego klosza na dym. Zignorował tę kąśliwą uwagę o uporczywych symptomach, jakimi miało być emocjonalne zaangażowanie Prewetta w jego stan zdrowia. Widać po nim było, że robił to już nie raz i teraz przygotował tę scenę po to, żeby dać światu nauczkę i mieć do końca życia pewność o tym, że Laurent takiej wizyty-niespodzianki u lekarza nie powtórzy. Może nie był miły, mądry, wyrozumiały, rozsądny, ale o matko, za to jaki on był uparty! Tylko upartość chyba nie rekompensowała i tak okrojonego w celu nieprzedłużania narracji szeregu paskudnych wad wybijających się ponad śliczną twarz otoczoną puklami błyszczących, czarnych loków.
Bujał się na krześle, w jednej dłoni trzymając fajkę, drugą stukając o wyrzeźbiony brzuch.
- Ponad - poprawił go, obserwując jak Laurent idzie w kierunku łazienki - nie powiem ci ile, bo zawsze miałem to w dupie. Nie ma szans, że się rozczytasz. - Wciąż przesuwał za nim spojrzeniem, na moment odrywając dłoń od brzucha, żeby machnąć nią i cicho pstryknąć palcami. Rzucał zaklęcie mające uchronić blondyna przed zajebaniem głową o kafelki albo sedes, jeżeli znowu zamierzał zemdleć podczas rzygania do sedesu. - Mów, panie uzdrowicielu. - Coś w tym jak to powiedział, mogło stworzyć wrażenie, że do tego słowa nie przywykł, ale było mylące. On zawsze wymawiał je dziwnie, bo nabijał się z koleżanki pracującej w Mungu.
Laurent pokazywał mu dlaczego.
Łatwo odgrywało się takie teatrzyki. Jeżeli tego chciał, potrafił być do bólu irytujący. Robić rzeczy, od których innym wykręcało wnętrzności, bo dobrze wiedział, na jakich nutach grać, aby doprowadzać ich do istnego szaleństwa. Fajnych złoczynów zostawiał ekranom lokalnych kin - prawdziwe życie wywoływało... reakcje takie jak ta Laurenta, takie widziane teraz u blondyna i... ten teatrzyk mu umierał. Zwiędł nastrój Laurenta i proszę - zwiędł również i on. Zaklął w myślach, bo poczuł, jak w jego oczach uwydatnia się zniesmaczenie własnym zachowaniem. Było tak cholernie myśleć o New Forest jako o miejscu, które sobie wybrał z wygody i o Prewettcie, co go sobie urabiał, bo to taka śliczna dziewczynka, jak jakaś wiła albo coś... ktoś, kto go będzie swoją słodyczą, miłością i oddaniem urzekał jeszcze bardzo długo, ale on zawsze coś sobie myślał, a rzeczywistość stała przed drzwiami i waliła w nie pięścią. Miłość nie była czymś jednostronnym, oh nie. Miłość atakowała bezlitośnie z każdego frontu, a jeżeli ktoś na nią nie odpowiadał, nie wyglądała wcale jak to, co zaczynało ich łączyć.
Przed chwilą chciał go ukarać, a teraz czuł, jak od widoku jego twarzy wykręca mu się żołądek.
Zacisnął oczy, zaciągając się bardzo, bardzo mocno i wydmuchał to w sufit, do tego wyczarowanego klosza na dym. Zignorował tę kąśliwą uwagę o uporczywych symptomach, jakimi miało być emocjonalne zaangażowanie Prewetta w jego stan zdrowia. Widać po nim było, że robił to już nie raz i teraz przygotował tę scenę po to, żeby dać światu nauczkę i mieć do końca życia pewność o tym, że Laurent takiej wizyty-niespodzianki u lekarza nie powtórzy. Może nie był miły, mądry, wyrozumiały, rozsądny, ale o matko, za to jaki on był uparty! Tylko upartość chyba nie rekompensowała i tak okrojonego w celu nieprzedłużania narracji szeregu paskudnych wad wybijających się ponad śliczną twarz otoczoną puklami błyszczących, czarnych loków.
Bujał się na krześle, w jednej dłoni trzymając fajkę, drugą stukając o wyrzeźbiony brzuch.
- Ponad - poprawił go, obserwując jak Laurent idzie w kierunku łazienki - nie powiem ci ile, bo zawsze miałem to w dupie. Nie ma szans, że się rozczytasz. - Wciąż przesuwał za nim spojrzeniem, na moment odrywając dłoń od brzucha, żeby machnąć nią i cicho pstryknąć palcami. Rzucał zaklęcie mające uchronić blondyna przed zajebaniem głową o kafelki albo sedes, jeżeli znowu zamierzał zemdleć podczas rzygania do sedesu. - Mów, panie uzdrowicielu. - Coś w tym jak to powiedział, mogło stworzyć wrażenie, że do tego słowa nie przywykł, ale było mylące. On zawsze wymawiał je dziwnie, bo nabijał się z koleżanki pracującej w Mungu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.