30.01.2023, 00:23 ✶
Kiedy wśród zgromadzonych pojawiła się Sarah, zdawało się, że wszystkie prace chyliły się już ku końcowi. Wszystkie, tylko nie jej stoisko. Ilość zleceń, jakie otrzymała w ostatnim czasie, była zatrważająca i prawdopodobnie nikt o zdrowych zmysłach by się czegoś takiego nie podjął, ale panna Macmillan bardzo lubiła brać na siebie wiele więcej, niż powinna, o ile mogło to komukolwiek pomóc. Połączywszy wyjątkowo gorący okres pracy z szyciem strojów i przygotowaniami na tegoroczne Beltane, Sarah przynajmniej od tygodnia nie robiła w ciągu dnia nic, poza pracami manualnymi i przytakiwaniem głową.
Jak można się pewnie domyślić, nie czuła się przez to najlepiej.
Jakieś trzydzieści minut temu wpadła na genialny pomysł, aby rzucić zaklęcie na pięć skrzynek z ozdobami, które miały dzielnie podążać za jej krokiem. Kolejne trzy chwyciła w dłonie, ustawione jedne na drugiej niemal całkowicie zasłaniały jej widoczność. Nic więc dziwnego, że kiedy doszła do wyznaczonych wcześniej dla siebie stoisk, zamiast zatrzymać się w porę - jak gdyby nigdy nic przeszła obok. W wędrówce zatrzymała ją dopiero... Ula. Sarah wpadła na nią, po czym zaczęła automatycznie piszczeć:
- Przepraszam, najmocniej przepraszam, ja...!
Ja upadam!
Niezdarnie zachwiała się, po czym z wdziękiem słonicy przetoczyła się na bok, omal nie uderzając głową o kant stojącego nieopodal stołu. Leżała na trawie obolała i próbowała się podnieść, a wtedy szereg wspomnianych wcześniej skrzyń zaczął lądować na nią jedna po drugiej.
- Na szyszkę leszego... dobra kobieto pomóż mi...
Jedynie stęknięcia dobiegające spod bibelotów były jakimś świadectwem tego, że Sarah wciąż żyła.
Jak można się pewnie domyślić, nie czuła się przez to najlepiej.
Jakieś trzydzieści minut temu wpadła na genialny pomysł, aby rzucić zaklęcie na pięć skrzynek z ozdobami, które miały dzielnie podążać za jej krokiem. Kolejne trzy chwyciła w dłonie, ustawione jedne na drugiej niemal całkowicie zasłaniały jej widoczność. Nic więc dziwnego, że kiedy doszła do wyznaczonych wcześniej dla siebie stoisk, zamiast zatrzymać się w porę - jak gdyby nigdy nic przeszła obok. W wędrówce zatrzymała ją dopiero... Ula. Sarah wpadła na nią, po czym zaczęła automatycznie piszczeć:
- Przepraszam, najmocniej przepraszam, ja...!
Ja upadam!
Niezdarnie zachwiała się, po czym z wdziękiem słonicy przetoczyła się na bok, omal nie uderzając głową o kant stojącego nieopodal stołu. Leżała na trawie obolała i próbowała się podnieść, a wtedy szereg wspomnianych wcześniej skrzyń zaczął lądować na nią jedna po drugiej.
- Na szyszkę leszego... dobra kobieto pomóż mi...
Jedynie stęknięcia dobiegające spod bibelotów były jakimś świadectwem tego, że Sarah wciąż żyła.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.