16.02.2025, 02:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2025, 02:57 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Są też osoby, które bez chwili zastanowienia rozerwałyby szatę na piersi i błagały o rzucenie w nich Avadą, bo gdzieś na świecie jakiś mugolak uważa się za uciśnionego - odparł tylko po to, żeby dać Rinie do zrozumienia, że porównywanie się do innych osób było w jej przypadku całkowitym bezsensem.
On sam niemalże nigdy nie zwykł tego robić, chyba że po to, aby karmić swoje ego albo ciągnąć się w górę, nie równać w dół czy usiłować czymkolwiek się biczować. Zresztą dążył do tego sanego, gdy chodziło o Rinę. Raz za razem powtarzał jej swoje mądrości, aby i ona przestała zadręczać się swoimi rzekomymi słabościami. Nie miała ich. Nie tylu, ile usiłowała wyciągać.
A była w tym niewątpliwie wyjątkowo umiejętna. Tyle tylko, że on też miał swoje talenty. Szczególnie ten do podważania jej głupich słów.
- Uwierz mi. Wiem - odpowiedział, na moment wbijając wymowne spojrzenie w dziewczynę.
Czy musiał jej przypominać o jednym z pierwszych prezentów, jakie od niego kiedykolwiek dostała? Albo o tamtych chwilach spędzonych na podłodze w salonie przy Horyzontalnej, gdy prowadził jej dłoń po jego nagich mięśniach, wskazując, gdzie powinna wbijać ostrze, aby osiągnąć konkretny efekt? Bowiem zdecydowanie nie zamierzał uciekać się do roztaczania przed nią naprawdę graficznej wizji tego, co stało się z mordercą ich wspólnej przyjaciółki. Ani teraz, ani nigdy.
Nie dlatego, że czuł się z tym źle czy miał wyrzuty sumienia, ale jednocześnie zdecydowanie nie chciał, aby myśląc o nim, kojarzyła go od tej strony. Szczególnie, gdy już niedługo nie mieli tworzyć więcej wspólnych wspomnień. To nie powinno być jednym z ich ostatnich wspólnych momentów.
Mogła być świadoma tego, że zarówno on, jak i Cornelius bardzo dobrze znali się na ludzkiej anatomii a chęć odwetu wyłącznie napędzała porywy kreatywności. Wzbijała je na wyżyny objawiające się wieloma kolorami. Przede wszystkim krwistej czerwieni, choć i ona miała wiele odcieni w zależności od tego, z jakiego miejsca czy organu pochodziła.
Nie planował tego mówić, ale jego mina, zanim złożył głowę na kolanach dziewczyny, była na swój sposób wymowna. Nie musiał być łowcą, nie potrzebował łowieckiego przeszkolenia. Jego własne w zupełności mu wystarczało. Ewentualnie braki nadrabiał zaś zaciętością i tą wątpliwą moralnością, której kwestię wielokrotnie poruszali.
Pod tym względem rzeczywiście wyznawali podobne podejście. Sprawy komplikowały się na innym poziomie. Tam, gdzie należało wyczuć, kiedy powiedzieć stop. Żadne z nich nie było złym człowiekiem. Nie pogrążali się w destrukcyjnych zapędach, by siać zamęt i zniszczenie. Nie tam, gdzie nie było to konieczne.
A jednak Ambroise w dalszym ciągu uważał, że sięganie po przemoc fizyczną przychodziło mu znacznie łatwiej niż jej. To, że nie krzywdził niewinnych ludzi nie było tożsame z tym, że stawiał granicę w tym samym miejscu, co jego dziewczyna. Wręcz przeciwnie.
Dokładnie tak samo jak nie rzucał się w ogień dla ludzi, którzy nie byli dla niego istotni. Oczywiście, trudno mu było patrzeć na krzywdę niewinnych. Reagował na nią częściej niż byłby w stanie przyznać. Tamto nieszczęsne spotkanie z jej kuzynką, o którym mówił Yaxleyównie było jednym z dowodów na to, że miał bardziej miękkie serce niżeli był skłonny przyznać.
Mimo wszystko wolał jednak nie musieć mieć dupy z tytanu. Nie, jeśli mógł tego unikać, ograniczając się do niesienia pomocy w ramach pracy. Tej oficjalnej, może też po części w ramach pokątnych praktyk, bowiem i tam przecież świadczył usługi uzdrowicielskie dla mniej lub bardziej szemranych elementów.
Nie mógł kwestionować tego, że na pewnych płaszczyznach byli niemalże identyczni, ich podejście było do siebie niezmiernie podobne, ale tutaj występowały te różnice. Geraldine potrafiła działać idealistycznie. Reagować sercem, nie żelazną logiką, nawet jeśli jednocześnie po fakcie zarzekała się, że wcale tak nie było i że przekalkulowane ryzyko nie było tak duże jak twierdził. Jak mu się wydawało. Wykrzywiając rzeczywistość, w czym była...
...niemalże dobra. Gdy już sobie coś ubzdurała, naprawdę ciężko ją było od tego odwieść. Tak jak teraz, gdy kolejny raz usiłowała wymusić na nim oddanie wygranej i ostatniego zdania w rozmowie, która w cholera wie, którym momencie nagle zaczęła bardziej przypominać przepychankę słowną rodem z Hogwartu niżeli wcześniejszą kłótnię.
Zwłaszcza wtedy, kiedy dziewczyna zaczęła posuwać się do wyrzucania z siebie tych wszystkich słów w walijskim akcencie i niemalże z prędkością światła. Chyba zapominając przy tym, z kim ma do czynienia, bo przecież to wcale nie było jego pierwsze rodeo.
- Nie ma zasad - palnął odruchowo, instynktownie wystawiając język; może tego nie widziała, bo opierał się czołem o jej kolana, ale zdecydowanie nią nim musnął. - Będęcimówićczegoniemaszmimówićżemamniemówićżebyśminiemówiłażemamtegoniemówićbomogęmówićcomisiężywniepodobainiemaszprawamitegozabronićbotak... ...i chuj. Kurwa. Dupa. Kamieni kupa - tak, nie dość, że osiągali tu same szczyty błyskotliwości argumentów to jeszcze dodatkowo posunął się do ostatecznej formy mentalnego ciosu - zaczął ją przedrzeźniać.
Dojrzale. Naprawdę dorosłe zachowanie. Dokładnie takie, jakim powinien się wykazywać. Zarówno jako człowiek jego pokroju, klasy społecznej czy ostatecznie w jego wieku.
Znów zachowywali się jak za dawnych lat. Zupełnie tak, jakby ponownie byli tamtymi ludźmi. Nie do końca rozsądnymi, za to znacznie bardziej swobodnymi. Mającymi szansę jeszcze raz przeżyć swoje życie. Tym razem we właściwy sposób.
- Niemalże - machnął głową, chrząkając wymownie, choć bardziej do siebie samego niżeli do Riny; tak, niewątpliwie potrafili znaleźć ten złoty środek, przynajmniej, gdy nie chodziło o gubienie innych złotych rzeczy i tym samym pierdolenie wszystkiego innego... ...mhm. - Byliśmy niemożliwi - dodał jednak po chwili, uśmiechając się pod nosem, bo cóż, mieli być ze sobą szczerzy, nie?
Tak, potrafili znaleźć rozwiązanie praktycznie na wszystko. Lepsze czy gorsze, ale bez wątpienia umieli to zrobić. Cholernie dziwnie było nie móc do tego wrócić. Dostrzegać, że to gdzieś się rozmyło, podczas gdy tak wiele innych rzeczy nadal między nimi pozostało. To była kolejna kwestia, która mieszała mu w głowie.
A potem dołożyli do tego jeszcze kolejną i następną, i jeszcze jedną. Nie mieli już żadnego umiaru, prawda? Instynktownie się skrzywił.
- Nie wiem czy do końca zdajesz sobie sprawę z tego jak to działa - stwierdził tak po prostu, nie wahając się ani chwili przed wyrażeniem swoich wątpliwości... ...albo raczej całkowitych obiekcji niespecjalnie pozwalających mu przyjąć narrację Geraldine. - Może ciebie nigdy o nic nie pyta, ale ja to trochę inna para kaloszy. Jestem uzdrowicielem, Rina, wiem jak to powinno wyglądać - jak to działało, jak to nie działało, jak to ułatwiało i utrudniało ewentualne zebranie właściwego, pełnego wywiadu.
Z jego strony to wyglądało wyjątkowo jasno i aż nazbyt przejrzyście. Nie sądził, aby mogli pozostać w sferze półsłówek i półprawd, bowiem zawsze wtedy sprawy dodatkowo się komplikowały. Jako magomedyk musiał uciekać się wtedy do podstępów, do ciągnięcia pacjentów za język, do manipulowania ich słowami tak, aby w końcu i tak wypluli z siebie prawdę.
Nie chciał tłumić nadziei i planów Yaxleyówny w zarodku. Po prostu niespecjalnie wierzył w to, że miały pójść im aż tak prosto. Poza tym, nawet jeśli to nie chodziło tu o kwestię zaufania do Florence. Tylko również o fakt, że później, gdy on i Geraldine niechybnie i tak mieli pójść każde w swoją stronę (tu nadal trwał przy swoim niezależnie od pozostałych rozważań) miał mieć częste okazje, aby spotykać Bulstrode na gruncie zawodowym.
Nie zamierzał czuć się z tym źle. Nie wstydził się własnych wyborów. Mógł żałować ich gdzieś tam głęboko pod skórą, w głębi duszy, ale nie czuł zażenowania z powodu tego, że podążył taką a nie inną ścieżką. Nomen omen bardzo typową dla jego pochodzenia. Po prostu nie chciał musieć znosić wtedy dodatkowej dawki oziębłego dystansu od strony koleżanki z pracy.
Wystarczyło, że dotychczas byli wobec siebie profesjonalnie zdystansowani. Niby miał to głęboko gdzieś, ale nie lubił musieć tłumaczyć się ze swoich wyborów. Nawet na potrzeby rozwiązania problemów. Tym bardziej nazwanie tego obawami raczej nie spotkało się z jego aprobatą.
- Jak zatem zamierzasz wyjaśnić całą sytuację? - Tak, całkowicie celowo używał tej formy wypowiedzi.
Nie zamierzał mówić jej kategorycznego nie. Przynajmniej nie dopóki nie usłyszy wersji planu, jaki tworzył się teraz pod jej blond czupryną rozjaśnioną słońcem. Lubił ten widok. Zawsze odruchowo na nią spoglądał, gdy miał ku temu okazję. A gdy jej nie miał, wtedy niechybnie ją sobie tworzył. To wcale się nie zmieniło.
- To nie obawa. To obiekcje - dodał po chwili, lecz nie po to, by się tłumaczyć czy bronić, po prostu w celu wyjaśnienia swojego punktu widzenia; dawno nie rozmawiali tak poważnie i bez kolejnych spięć, ale nie uważał tego za powrót dobrej passy. - Znasz mnie - prawdopodobnie mógł tu dodać swoje standardowe jestem prostym człowiekiem, ale tym razem tego nie zrobił.
Postanowił zakończyć zdanie na tych dwóch słowach. Na prostym stwierdzeniu. Może nie byli już dłużej blisko. Nie widywali się ze sobą przez półtora roku, ale przez ten czas wcale aż tak bardzo się nie zmienił. Nie pod tym względem. W dalszym ciągu przede wszystkim cenił swoją prywatność. Wybiórczo dysponował publicznymi informacjami.
Parsknął cicho, łypiąc na Geraldine spod rzęs i kręcąc głową na jej kolanach.
- Chciałbym to zobaczyć - rzucił bez jakiejkolwiek powagi, być może będąc zbyt pewnym siebie, ale kompletnie nie wyobrażał sobie, aby mogła spełnić swe obietnice.
Nie chodziło już nawet o to, że wkrótce nie miała mieć okazji do tego dziamdziania. W tej chwili ponownie o tym nie myślał, całkiem wygodnie spychając to na peryferia świadomości. Chodziło o to, że tak jak i on, Rina nie była gadułą. Jasne, czasami zdarzało im się prowadzić tak zawiłe rozmowy jak ta dzisiejsza, ale przez większość czasu towarzyszyły im gesty, nie słowa.
Nie dało się dziamdziać rękami. No, o ile nie nauczyła się języka migowego, o czym miał prawo nie wiedzieć. Wtedy zaiste mógłby mieć przesrane.
- Zrobić listę aktualnych problemów? Tak, ale z zaznaczeniem, że sam się na niej umiejscowię - odrzekł gładko, lekko unosząc kąciki ust, którym dotykał ciepłej dłoni Geraldine. - Jestem samodzielnym, wielowymiarowym problemem - a takie zazwyczaj tworzyły się same od a do z.
Mógł zatem z powodzeniem odnaleźć swoje miejsce na przedstawionej mu liście czy tam na skali problemów, jakie miała obecnie jego dziewczyna. Była dziewczyna. Obecny, cóż, chyba w pewnym sensie, chcąc nie chcąc problem. Jeśli on nim dla niej był (a zdecydowanie się za taki uważał, nawet jeśli nadawał temu zadziwiająco żartobliwy ton) to ona bez wątpienia lustrzanie odbijała jego upierdliwość.
Inaczej by ich tu nie było. Nie siedzieliby w ten sposób. Nie opierałby głowy na jej kolanach. Nie patrzyłby na nią spod przymrużonych powiek. Nie posyłałby jej spojrzeń, których sam nie potrafił zdefiniować. Nie zachowywaliby się tak jak to robili w tej chwili, bowiem nie byłoby tej chwili.
Nie, gdyby poprzestali na tym układzie, który rozmył się gdzieś w ciemnych korytarzach snowdońskiej jaskini. Utrzymali go przez trzy wcześniejsze spotkania. Nie liczył tamtego czerwcowego, bo ono było inne. Później starali się podtrzymać szorstki dystans. Obecnie?
Tu tkwił problem. On nim był. Ona nim była. Oboje byli problemem a jednocześnie żadne z nich nim nie było. Nie w chwilach takich jak ta, gdy na powrót odnajdywali coś na kształt wspólnego pokrętnego języka. Innego od tego, którym posługiwali się przez wszystkie ostatnie lata, ale chyba najlepszego w sytuacji, w której się znajdowali.
- Huh? - Zamrugał, nie do końca rozumiejąc, o co jej teraz chodziło.
Odruchowo kolejny raz przyłasił się przy tym policzkiem do wnętrza dłoni dziewczyny, drapiąc ją krótkim zarostem i posyłając jej pytające spojrzenie.
- Czyim innym miałby być? - Zdecydowanie potrzebowała rozwinąć tę myśl, bo nie mogła tak tego po prostu teraz zostawić.
Jednocześnie on także nie mógł nie uświadomić jej o jeszcze jednej usilnie pomijanej rzeczy.
- Trochę eskalował - mruknął pozornie błahym, naprawdę lekkim tonem, nieznacznie wydymając przy tym wargi.
Zupełnie tak, jakby mówili o czymś innym. Czymś, co wcale nie było nim. Nie było problemem, który dla niej stanowił. Nie było koniecznością weryfikacji jej dotychczasowego doświadczenia. A desperacja? W tym momencie chyba wyjątkowo nie patrzył na to w tych kategoriach. Oboje zachowywali się chaotycznie. Bardziej niż zazwyczaj, bardziej niż kiedykolwiek.
To powoli stawało się ich nową rzeczywistością. Tą, która w teorii nie powinna istnieć i nie istniała, jednak teraz była wyjątkowo namacalna.
On sam niemalże nigdy nie zwykł tego robić, chyba że po to, aby karmić swoje ego albo ciągnąć się w górę, nie równać w dół czy usiłować czymkolwiek się biczować. Zresztą dążył do tego sanego, gdy chodziło o Rinę. Raz za razem powtarzał jej swoje mądrości, aby i ona przestała zadręczać się swoimi rzekomymi słabościami. Nie miała ich. Nie tylu, ile usiłowała wyciągać.
A była w tym niewątpliwie wyjątkowo umiejętna. Tyle tylko, że on też miał swoje talenty. Szczególnie ten do podważania jej głupich słów.
- Uwierz mi. Wiem - odpowiedział, na moment wbijając wymowne spojrzenie w dziewczynę.
Czy musiał jej przypominać o jednym z pierwszych prezentów, jakie od niego kiedykolwiek dostała? Albo o tamtych chwilach spędzonych na podłodze w salonie przy Horyzontalnej, gdy prowadził jej dłoń po jego nagich mięśniach, wskazując, gdzie powinna wbijać ostrze, aby osiągnąć konkretny efekt? Bowiem zdecydowanie nie zamierzał uciekać się do roztaczania przed nią naprawdę graficznej wizji tego, co stało się z mordercą ich wspólnej przyjaciółki. Ani teraz, ani nigdy.
Nie dlatego, że czuł się z tym źle czy miał wyrzuty sumienia, ale jednocześnie zdecydowanie nie chciał, aby myśląc o nim, kojarzyła go od tej strony. Szczególnie, gdy już niedługo nie mieli tworzyć więcej wspólnych wspomnień. To nie powinno być jednym z ich ostatnich wspólnych momentów.
Mogła być świadoma tego, że zarówno on, jak i Cornelius bardzo dobrze znali się na ludzkiej anatomii a chęć odwetu wyłącznie napędzała porywy kreatywności. Wzbijała je na wyżyny objawiające się wieloma kolorami. Przede wszystkim krwistej czerwieni, choć i ona miała wiele odcieni w zależności od tego, z jakiego miejsca czy organu pochodziła.
Nie planował tego mówić, ale jego mina, zanim złożył głowę na kolanach dziewczyny, była na swój sposób wymowna. Nie musiał być łowcą, nie potrzebował łowieckiego przeszkolenia. Jego własne w zupełności mu wystarczało. Ewentualnie braki nadrabiał zaś zaciętością i tą wątpliwą moralnością, której kwestię wielokrotnie poruszali.
Pod tym względem rzeczywiście wyznawali podobne podejście. Sprawy komplikowały się na innym poziomie. Tam, gdzie należało wyczuć, kiedy powiedzieć stop. Żadne z nich nie było złym człowiekiem. Nie pogrążali się w destrukcyjnych zapędach, by siać zamęt i zniszczenie. Nie tam, gdzie nie było to konieczne.
A jednak Ambroise w dalszym ciągu uważał, że sięganie po przemoc fizyczną przychodziło mu znacznie łatwiej niż jej. To, że nie krzywdził niewinnych ludzi nie było tożsame z tym, że stawiał granicę w tym samym miejscu, co jego dziewczyna. Wręcz przeciwnie.
Dokładnie tak samo jak nie rzucał się w ogień dla ludzi, którzy nie byli dla niego istotni. Oczywiście, trudno mu było patrzeć na krzywdę niewinnych. Reagował na nią częściej niż byłby w stanie przyznać. Tamto nieszczęsne spotkanie z jej kuzynką, o którym mówił Yaxleyównie było jednym z dowodów na to, że miał bardziej miękkie serce niżeli był skłonny przyznać.
Mimo wszystko wolał jednak nie musieć mieć dupy z tytanu. Nie, jeśli mógł tego unikać, ograniczając się do niesienia pomocy w ramach pracy. Tej oficjalnej, może też po części w ramach pokątnych praktyk, bowiem i tam przecież świadczył usługi uzdrowicielskie dla mniej lub bardziej szemranych elementów.
Nie mógł kwestionować tego, że na pewnych płaszczyznach byli niemalże identyczni, ich podejście było do siebie niezmiernie podobne, ale tutaj występowały te różnice. Geraldine potrafiła działać idealistycznie. Reagować sercem, nie żelazną logiką, nawet jeśli jednocześnie po fakcie zarzekała się, że wcale tak nie było i że przekalkulowane ryzyko nie było tak duże jak twierdził. Jak mu się wydawało. Wykrzywiając rzeczywistość, w czym była...
...niemalże dobra. Gdy już sobie coś ubzdurała, naprawdę ciężko ją było od tego odwieść. Tak jak teraz, gdy kolejny raz usiłowała wymusić na nim oddanie wygranej i ostatniego zdania w rozmowie, która w cholera wie, którym momencie nagle zaczęła bardziej przypominać przepychankę słowną rodem z Hogwartu niżeli wcześniejszą kłótnię.
Zwłaszcza wtedy, kiedy dziewczyna zaczęła posuwać się do wyrzucania z siebie tych wszystkich słów w walijskim akcencie i niemalże z prędkością światła. Chyba zapominając przy tym, z kim ma do czynienia, bo przecież to wcale nie było jego pierwsze rodeo.
- Nie ma zasad - palnął odruchowo, instynktownie wystawiając język; może tego nie widziała, bo opierał się czołem o jej kolana, ale zdecydowanie nią nim musnął. - Będęcimówićczegoniemaszmimówićżemamniemówićżebyśminiemówiłażemamtegoniemówićbomogęmówićcomisiężywniepodobainiemaszprawamitegozabronićbotak... ...i chuj. Kurwa. Dupa. Kamieni kupa - tak, nie dość, że osiągali tu same szczyty błyskotliwości argumentów to jeszcze dodatkowo posunął się do ostatecznej formy mentalnego ciosu - zaczął ją przedrzeźniać.
Dojrzale. Naprawdę dorosłe zachowanie. Dokładnie takie, jakim powinien się wykazywać. Zarówno jako człowiek jego pokroju, klasy społecznej czy ostatecznie w jego wieku.
Znów zachowywali się jak za dawnych lat. Zupełnie tak, jakby ponownie byli tamtymi ludźmi. Nie do końca rozsądnymi, za to znacznie bardziej swobodnymi. Mającymi szansę jeszcze raz przeżyć swoje życie. Tym razem we właściwy sposób.
- Niemalże - machnął głową, chrząkając wymownie, choć bardziej do siebie samego niżeli do Riny; tak, niewątpliwie potrafili znaleźć ten złoty środek, przynajmniej, gdy nie chodziło o gubienie innych złotych rzeczy i tym samym pierdolenie wszystkiego innego... ...mhm. - Byliśmy niemożliwi - dodał jednak po chwili, uśmiechając się pod nosem, bo cóż, mieli być ze sobą szczerzy, nie?
Tak, potrafili znaleźć rozwiązanie praktycznie na wszystko. Lepsze czy gorsze, ale bez wątpienia umieli to zrobić. Cholernie dziwnie było nie móc do tego wrócić. Dostrzegać, że to gdzieś się rozmyło, podczas gdy tak wiele innych rzeczy nadal między nimi pozostało. To była kolejna kwestia, która mieszała mu w głowie.
A potem dołożyli do tego jeszcze kolejną i następną, i jeszcze jedną. Nie mieli już żadnego umiaru, prawda? Instynktownie się skrzywił.
- Nie wiem czy do końca zdajesz sobie sprawę z tego jak to działa - stwierdził tak po prostu, nie wahając się ani chwili przed wyrażeniem swoich wątpliwości... ...albo raczej całkowitych obiekcji niespecjalnie pozwalających mu przyjąć narrację Geraldine. - Może ciebie nigdy o nic nie pyta, ale ja to trochę inna para kaloszy. Jestem uzdrowicielem, Rina, wiem jak to powinno wyglądać - jak to działało, jak to nie działało, jak to ułatwiało i utrudniało ewentualne zebranie właściwego, pełnego wywiadu.
Z jego strony to wyglądało wyjątkowo jasno i aż nazbyt przejrzyście. Nie sądził, aby mogli pozostać w sferze półsłówek i półprawd, bowiem zawsze wtedy sprawy dodatkowo się komplikowały. Jako magomedyk musiał uciekać się wtedy do podstępów, do ciągnięcia pacjentów za język, do manipulowania ich słowami tak, aby w końcu i tak wypluli z siebie prawdę.
Nie chciał tłumić nadziei i planów Yaxleyówny w zarodku. Po prostu niespecjalnie wierzył w to, że miały pójść im aż tak prosto. Poza tym, nawet jeśli to nie chodziło tu o kwestię zaufania do Florence. Tylko również o fakt, że później, gdy on i Geraldine niechybnie i tak mieli pójść każde w swoją stronę (tu nadal trwał przy swoim niezależnie od pozostałych rozważań) miał mieć częste okazje, aby spotykać Bulstrode na gruncie zawodowym.
Nie zamierzał czuć się z tym źle. Nie wstydził się własnych wyborów. Mógł żałować ich gdzieś tam głęboko pod skórą, w głębi duszy, ale nie czuł zażenowania z powodu tego, że podążył taką a nie inną ścieżką. Nomen omen bardzo typową dla jego pochodzenia. Po prostu nie chciał musieć znosić wtedy dodatkowej dawki oziębłego dystansu od strony koleżanki z pracy.
Wystarczyło, że dotychczas byli wobec siebie profesjonalnie zdystansowani. Niby miał to głęboko gdzieś, ale nie lubił musieć tłumaczyć się ze swoich wyborów. Nawet na potrzeby rozwiązania problemów. Tym bardziej nazwanie tego obawami raczej nie spotkało się z jego aprobatą.
- Jak zatem zamierzasz wyjaśnić całą sytuację? - Tak, całkowicie celowo używał tej formy wypowiedzi.
Nie zamierzał mówić jej kategorycznego nie. Przynajmniej nie dopóki nie usłyszy wersji planu, jaki tworzył się teraz pod jej blond czupryną rozjaśnioną słońcem. Lubił ten widok. Zawsze odruchowo na nią spoglądał, gdy miał ku temu okazję. A gdy jej nie miał, wtedy niechybnie ją sobie tworzył. To wcale się nie zmieniło.
- To nie obawa. To obiekcje - dodał po chwili, lecz nie po to, by się tłumaczyć czy bronić, po prostu w celu wyjaśnienia swojego punktu widzenia; dawno nie rozmawiali tak poważnie i bez kolejnych spięć, ale nie uważał tego za powrót dobrej passy. - Znasz mnie - prawdopodobnie mógł tu dodać swoje standardowe jestem prostym człowiekiem, ale tym razem tego nie zrobił.
Postanowił zakończyć zdanie na tych dwóch słowach. Na prostym stwierdzeniu. Może nie byli już dłużej blisko. Nie widywali się ze sobą przez półtora roku, ale przez ten czas wcale aż tak bardzo się nie zmienił. Nie pod tym względem. W dalszym ciągu przede wszystkim cenił swoją prywatność. Wybiórczo dysponował publicznymi informacjami.
Parsknął cicho, łypiąc na Geraldine spod rzęs i kręcąc głową na jej kolanach.
- Chciałbym to zobaczyć - rzucił bez jakiejkolwiek powagi, być może będąc zbyt pewnym siebie, ale kompletnie nie wyobrażał sobie, aby mogła spełnić swe obietnice.
Nie chodziło już nawet o to, że wkrótce nie miała mieć okazji do tego dziamdziania. W tej chwili ponownie o tym nie myślał, całkiem wygodnie spychając to na peryferia świadomości. Chodziło o to, że tak jak i on, Rina nie była gadułą. Jasne, czasami zdarzało im się prowadzić tak zawiłe rozmowy jak ta dzisiejsza, ale przez większość czasu towarzyszyły im gesty, nie słowa.
Nie dało się dziamdziać rękami. No, o ile nie nauczyła się języka migowego, o czym miał prawo nie wiedzieć. Wtedy zaiste mógłby mieć przesrane.
- Zrobić listę aktualnych problemów? Tak, ale z zaznaczeniem, że sam się na niej umiejscowię - odrzekł gładko, lekko unosząc kąciki ust, którym dotykał ciepłej dłoni Geraldine. - Jestem samodzielnym, wielowymiarowym problemem - a takie zazwyczaj tworzyły się same od a do z.
Mógł zatem z powodzeniem odnaleźć swoje miejsce na przedstawionej mu liście czy tam na skali problemów, jakie miała obecnie jego dziewczyna. Była dziewczyna. Obecny, cóż, chyba w pewnym sensie, chcąc nie chcąc problem. Jeśli on nim dla niej był (a zdecydowanie się za taki uważał, nawet jeśli nadawał temu zadziwiająco żartobliwy ton) to ona bez wątpienia lustrzanie odbijała jego upierdliwość.
Inaczej by ich tu nie było. Nie siedzieliby w ten sposób. Nie opierałby głowy na jej kolanach. Nie patrzyłby na nią spod przymrużonych powiek. Nie posyłałby jej spojrzeń, których sam nie potrafił zdefiniować. Nie zachowywaliby się tak jak to robili w tej chwili, bowiem nie byłoby tej chwili.
Nie, gdyby poprzestali na tym układzie, który rozmył się gdzieś w ciemnych korytarzach snowdońskiej jaskini. Utrzymali go przez trzy wcześniejsze spotkania. Nie liczył tamtego czerwcowego, bo ono było inne. Później starali się podtrzymać szorstki dystans. Obecnie?
Tu tkwił problem. On nim był. Ona nim była. Oboje byli problemem a jednocześnie żadne z nich nim nie było. Nie w chwilach takich jak ta, gdy na powrót odnajdywali coś na kształt wspólnego pokrętnego języka. Innego od tego, którym posługiwali się przez wszystkie ostatnie lata, ale chyba najlepszego w sytuacji, w której się znajdowali.
- Huh? - Zamrugał, nie do końca rozumiejąc, o co jej teraz chodziło.
Odruchowo kolejny raz przyłasił się przy tym policzkiem do wnętrza dłoni dziewczyny, drapiąc ją krótkim zarostem i posyłając jej pytające spojrzenie.
- Czyim innym miałby być? - Zdecydowanie potrzebowała rozwinąć tę myśl, bo nie mogła tak tego po prostu teraz zostawić.
Jednocześnie on także nie mógł nie uświadomić jej o jeszcze jednej usilnie pomijanej rzeczy.
- Trochę eskalował - mruknął pozornie błahym, naprawdę lekkim tonem, nieznacznie wydymając przy tym wargi.
Zupełnie tak, jakby mówili o czymś innym. Czymś, co wcale nie było nim. Nie było problemem, który dla niej stanowił. Nie było koniecznością weryfikacji jej dotychczasowego doświadczenia. A desperacja? W tym momencie chyba wyjątkowo nie patrzył na to w tych kategoriach. Oboje zachowywali się chaotycznie. Bardziej niż zazwyczaj, bardziej niż kiedykolwiek.
To powoli stawało się ich nową rzeczywistością. Tą, która w teorii nie powinna istnieć i nie istniała, jednak teraz była wyjątkowo namacalna.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down