16.02.2025, 13:43 ✶
keswick w nocy z 2 na 3 września
laurent & fleamont
laurent & fleamont
Po Ścieżkach krążyła niegdyś taka bajka opowiadana szeptem w ciemnych zakamarkach niedoświetlonych korytarzy i pełnych hałasu oraz muzyki łazienkach Krzywego Zwierciadła. To nie był ten typ bajki, od których dzieci ściskają w strachu dłonie rodziców - to była bajka dla dorosłych, mówiąca o czarnym jak smoła ptaku będącym obrońcą Pani Podziemi. Crow lubił narzekać na pompatyczność, na ujmowanie rzeczywistości w zbyt wzniosłe i poetyckie słowa, a jednak lubił ją - tę opowieść o tym, że jeśli ktoś śmie podnieść rękę na władztwo Madame Fontaine, pewnej nocy jego dom odwiedzi kruk. I nie będzie to zwykły kruk. W jego czarnych oczach, w jego pięknych piórach, we wszystkim, co robił, będzie lśniła pustka zaświatów, był jak taka czarna perła - nadchodząca kara nie była człowiekiem, tylko jakimś boskim bytem zasiadającym cicho na parapecie, jak cień nierzucający żadnego echa idealnie wyważonych ruchów. Ludzie szybko rozumieli, że to koniec. Było coś w takich legendach, było coś w nożach, było też coś w ciele wyćwiczonym do zabijania, aby ten kruk mógł odbierać ostatnie tchnienie momentami bez walki, krzyku - śmierć mogła trwać tyle, co mrugnięcie. Tych detali się nie opowiadało - nie pasowało, żeby w te głębokie noce mówić: a wiesz, on nie lubi, kiedy inni cierpią, więc uspokaja ich w ostatnich chwilach. Poza tym to nie miało znaczenia. Królestwo Fontaine rozciągało się wszędzie tam, gdzie nie sięgało światło, a on wypełniał jej szaloną wolę - żeby ktoś, kto nie powinien dostawać do swoich pełnych okrucieństwa rąk władzy, mógł zasypiać spokojnie. By nikt nigdy nie podniósł na nią ręki.
Ludzie pamiętający te bajki widząc czarną jak smoła postać, której kurtka i spodnie błyszczały w świetle księżyca, wkradającą się do ich sypialni przez okno, zamarliby w bezruchu albo krzyczeli, głęboko świadomi o losie, jaki ich czekał jeżeli nie uda im się pokonać nadchodzącego upiora. Dla Laurenta to również musiał być szok - dźwięk otwieranej okiennicy poniósł się po pomieszczeniu w akompaniamencie dźwięku przekręcającego się w drzwiach zamka i blokowanej klamki. Crow musiał rzucić na nie jakieś zaklęcie, żeby nikt nie wkradł się do środka, a do tego... zapewne wspiął się po gzymsie, po obserwowaniu budynku z zewnątrz, żeby upewnić się, w którym oknie powinien się pojawić. Zeskoczył z parapetu, okiennica zamknęła się cicho, a on wykonał kilka chwiejnych kroków w kierunku łóżka, z głową opuszczoną w dół, kaskadą loków zasłaniającą twarz. Nie miał na sobie koszulki, ani swojej kurtki, narzucił na siebie sweter czarodziejskiego kroju i materiałowe spodnie, które zapewne niesamowicie go irytowały, ale skoro stał tutaj, w Keswick (chociaż mieli się spotkać dopiero po weekendzie!), to coś się stało i ubiór miał tu najmniejsze znaczenie.
Miał zajebiście dużo godzin na to, żeby przygotować sobie jakieś słowa, które mógłby powiedzieć na wejściu, ale teraz nie próbował wydusić z siebie choćby jednego. Żadne słowa by go uspokoiły, nie istniało nic, czym mógłby zmyć z siebie ciężar olbrzymiego poczucia winy i głębokiego żalu. Nie istniało nic, co pozwoliłoby mu naprawić błędy ostatnich tygodni. Nawet gdyby z desperacji wynalazł wehikuł czasu, stworzyłby gigantyczny paradoks gwarantujący to, że nie uratuje ani Caina, ani siebie.
Jeszcze kilka smętnych kroków. Żadnego noża w dłoni, żadnej krwi na rękach. Crow pachniał czystością, lekami, maścią na rany. Miał z boku szyi świeży opatrunek. Wyglądało na to, że umył się i ktoś obejrzał go po walce, która wyciągnęła go pod koniec sierpnia z New Forest. Przeczesał te loki palcami, spojrzał na blondyna z góry. Światło księżyca bijące w jego plecy sprawiało, że twarz wydawała się wyjątkowo niewyraźna, ale i tak widać było brak łez spływających po policzkach, nie było nawet tych tlących się w kącikach oczu. A jednak ściągnął buty i bez słowa wpakował mu się w pościel, żeby się przytulić do jego brzucha, objąć go tymi silnymi rękoma w pasie i zamrzeć tak. Oddech mu drżał, poza tym nic.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.