Nie lubił Keswick. Wielki, pusty zamek, po którym ludzie krzątali się jak cienie, zajęci zawsze swoimi sprawami, pośpiesznie chodzili po korytarzach i znikali w przepastnym ciągu drzwi. Gdyby piekło miało wygląd to pewnie miałoby wyraz jednego z korytarzy zamku. Długi, niekończący się korytarz, a w nim drzwi, drzwi, drzwi, drzwi za kolejnymi drzwiami. Korytarze byłyby tak samo wymuskane, tak samo jasne, raziłyby w oczy, ale niektóre przechodziłyby w otchłań całkowitej czerni i były zakończone tymi jedynymi, złotymi drzwiami, które prowadziłyby do gabinetu jego ojca. Nigdy nie spał tutaj dobrze. Przytłaczała go ta cisza. Nie słyszał morza, wrzasku mew. Przytłaczało go to, że nie budziło go poranne słońce o godzinie czwartej, czy piątej rano. Nie wstawał rano i nie witał go Migotek zapachem kawy, którą tak lubił, a nogi nie prowadziły go niemal od razu na taras po wyjściu z sypialni. Świeży podmuch powietrza, zapach jodu i od razu było jakoś lżej. Potem można usiąść od razu na fotelu, wyciągnąć nogi i ogrzać je na... Flynnie? Tutaj wstawał - było cicho. Otwierał okno - śpiewały ptaki. Przechodził przez długie korytarze i nie mógł sobie pozwolić na to, by iść w pidżamie i szlafroku. Musiał się ubrać i wyglądać jak najlepiej. Prostować się. Więc szedł i szedł, i szedł... w końcu po schodach mógł dostać się do jadalni, gdzie wszystko było wymuskane i lokaj podawał przygotowane przez skrzaty, albo kucharza - ciężko powiedzieć, kto grasował po kuchni w danej chwili - śniadanie. Wypadało przyjść na to śniadanie, kiedy matka i ojciec byli przy stole. Atmosfera, którą można było kroić nożem, więc nożem kroiłeś samego siebie. Mimo tego wszystkiego nadal było tutaj lepiej niż samotność w New Forest. Jakoś ostatnio tak tego nie odczuł - teraz naprawdę nie chciał tam siedzieć w samotności, chociaż nie bardzo wiedział, co się zmieniło. Może to te świeże odczucia po zamianie ciał. Wiedział za to na pewno jedno - jutro rano wraca do domu, nawet jeśli Flynn nadal nie wrócił. Ale może już tam był. Czekał. Wrócił z cyrku, czy z tych rzeczy, które miał robić razem z... nią. Upiorzycą imieniem Geraldine. Morderczynią bez żadnych skrupułów. Rzeczywistość weryfikowała wyobrażenia, jakie mieliśmy o ludziach.
Kiepsko spał. Śniły mu się kruki. Kruki krążące nad spalonym New Forest, głodne i hałaśliwe, kiedy on klęczał na mokrej od deszczu ziemi. Albo od krwi. Martwe ciała abraksanów leżały dookoła, a ich pióra pochłaniało błoto. Płakał. Płakał, bo nie mógł krzyczeć, a ręce miał całe we krwi - i deszcz ich nie zmywał. Nagle pojawiła się burza. Albo była tam od początku, tego nie wiedział. Piorun zagłuszył kruczy śpiew i sprawił, że poderwałeś głowę. Stał tam - wielki mężczyzna z nożem. Odróżnić sen od jawy? Nie sposób. Podrywasz się i biegniesz ile sił, ślizgasz, upadasz, podnosisz znów i oglądasz za siebie. Mężczyzna nie biegł - on szedł dalej. Chłodny, nocny wiatr prześlizgnął się po karku, nawet kołdra w łóżku nie dała rady przed tym uchronić. Trzask. To chyba gałąź pod twoimi nogami, ale kiedy spoglądasz przed siebie uzmysławiasz sobie - to nie kołdra. To drzwi tuż przed tobą. Na drodze ucieczki. Nie ma wyjścia. Uderzasz w nie dłońmi i wołasz ojcze! Ojcze! Te wielkie, złote drzwi, w których przekręcił się zamek. Proszę..! Pomóż mi! Przecież nigdy nie pomagał. Odwracasz się przodem do oprawy, unosi nóż.
Laurent zerwał się z łóżka z głośnym haustem powietrza, a sylwetka zbliżająca się do jego łóżka sprawiła, że krzyknął. Panika, przerażanie. Gwałtownie przesunął się na łóżku, przebierając nogami, sprawiając, że ta kołdra się zsunęła i pozostawiła go obnażonym - tylko w tej koszuli nocnej, której perłowy odcień wyznaczał szarość w oczach Flynna. Już sięgnął po różdżkę na stoliku, ale nigdy jej nie uniósł i do końca nie zacisnął na niej palców, bo ta sylwetka wcale nie była taka obca, jaką się wydawała z początku. Nie była nieznajoma. Nie było też noża, burzy, kruków... był jeden Kruk.
- F-flynn..? - Wydławił z zaciśniętego gardła, zastanawiając się, czy to jakaś dalsza część kuriozalnego snu, bo dlaczego niby Flynn miałby tutaj przyjść? Sięgnął do lampki i zapalił ją - wcale nie wierzył rozmytym cieniom w pierzynie nocy. - Co ty... co się... - Mężczyzna opadł na łóżko i wtulił się w niego. Uniósł ręce, zdekoncentrowany, ale w końcu je położył na nim, na jego plecach. Ostrożnie. Nieufnie. Nie do końca ufał temu, czy to, co widzi, jest realne i prawdziwe.
Pukanie do drzwi. Pukanie? bardziej jak - walenie.
- Paniczu Prewett! Wszystko w porządku? - Rozbrzmiał męski głos z drugiej strony.
- Tak! Tak, dziękuję... to tylko zły sen. - Zawołał od razu, chociaż wcale nie miał pewności, czy wszystko jest w porządku. Właściwie to wiedział, że nie jest w porządku. Nawet nie zastanowił się nad tym, co mówił.
- W razie potrzeby proszę wołać, paniczu. - Męskie kroki oddaliły się od drzwi, a Laurent znów spojrzał na Flynna. Flynna z białym bandażem na szyi, pachnącego medykamentami. Co się stało? Nie miał pojęcia. Zamiast jednak pytać pozwalał mu tak trwać. Głaskał go tylko czule po głowie, przesuwał delikatnie jego loki, muskał palcami jego twarz. I nucił cicho jedną z piosenek, która stworzyła wokół nich iluzję. Iluzję przesiadywania na plaży - tej, gdzie miał zostać wybudowany jego nowy dom. Szumiało morze. Słońce nie raziło, ale powoli chciało chować się za horyzont. Zamiast piasku pod sobą mieli miękki dywan ze stokrotek, a barwy stały się grą kontrastów - tylko tego Flynn widzieć nie mógł. Że trawa była czerwona, by białe kwiaty były bardziej wyraźne, że morze morze miało barwę zieleni, aby odbijające się na nim słońce i jego tarcza stała się bardziej wyrazista. Ale niektóre rzeczy w pamięci mogły być dokładnie takie, jakimi jawiły się w chwili ich zobaczenia.