16.02.2025, 20:31 ✶
Przy stoliku z kartami zebrał się całkiem niezły tłumek. Nie przeszkadzało jej to, bo po prawdzie - jak często miała okazję spotkać się z nimi wszystkimi w tak miłej atmosferze?
- Pandora, mia cara. Czuję jakbyśmy się wieki nie widziały...- Nadstawiła delikatnie policzek do ucałowania, delikatnie łapiąc przy tym Pandorę za rękę. Tylko po to, żeby wręczyć jej niepostrzeżenie jednego z asów.- Przepiękna sukienka to nowa kolekcja od Rosierów? Przysięgam już dawno nie widziałam, żeby aż tak się postarali. Zwłaszcza z czerwieniami. Te atłasy…- Mówiła łagodnie, próbując zwyczajną babską paplaniną przykryć wszystkie roszady z zaginionymi kartami.
Przesunęła się robiąc miejsca kuzynce jeśli ta miała ochotę usiąść i pooglądać narastający chaos. Nawet chciała się w pewnej chwili zlitować, kiedy Basilius zaczął przeszukiwać talię, ale przerwało jej nadejście demona lub jak Lorien lubiła szanowną ciotkę określać (zawsze w myślach, nigdy na głos) przypudrowanego demenotra. W każdej rodzinie była taka istota - owiana legendami, postrach niegrzecznych dzieci, które nie chciały jeść ładnie kolacji i zmawiać paciorka w imię Pani Księżyca.
Ciotka Ethel.
Czymże byłoby Yule bez obecności tej kobiety? Ze wszystkich ćwiczeń na uspokojenie jakie Lorien musiała wykonywać, żeby nie dać się ponieść emocjom i uniknąć przemiany w wilgowrona - coroczne spotkania z Ethel stanowiy jedne z najtrudniejszych. Test dla pokładów cierpliwości jakie nosiła w sobie ta drobna sędzia.
- Ciociu. Nie wyobrażam sobie wyglądać w połowie tak dobrze jak ty w cieplejszych kolorach.- Odpowiedziała miękko, odsuwając się na tyle ostrożnie by zrobić miejsca wielkiej sukni ciotki. Ślub? Dzieci? Powieka jej delikatnie drgnęła, ale dobrze wyćwiczony uśmiech nawet na moment nie opuścił oblicza panny Crouch. Docisnęła lekko dłoń do serca, jakby nie mogła wprost się doczekać wystawnego wesela (którego nie planowała), gdzie mogłaby przedstawić wszystkim bardziej i mniej zainteresowanym swojego męża (tego zresztą też nie planowała), któremu miałaby urodzić całą gromadkę dzieci (nawet jednego nie miała ochoty i zamiarów urodzić).- Postaram się byś na przyszłe Yule mogła bawić wnuki cioteczne.
Tak. Z pewnością zrobi wszystko co w jej mocy. O ile znajdzie czas w kalendarzu Wizengmotu na poślubne randez-vous, bo na razie zapowiadało się, że własny miesiąc miodowy będzie musiała przesunąć na co najmniej sierpień przyszłego roku.
Z każdym kolejnym słowem, aż ją w środeczku skręcało, ale cóż mogła innego zrobić. Skończyła mówić, po czym wetknęła za to nieco mocniej nos w kieliszek wina licząc, że przepłuka usta, albo chociaż się szybko upije zbawiennym trunkiem i obecność cioteczki będzie nieco znośniejsza. Zresztą ta znalazła sobie nową ofiarę.
Czarownica była dziś w wyjątkowo dobrej formie. I może dlatego picie w tym samym czasie co słuchanie Ethel nie należało do najlepszych pomysłów, Na komentarz o zwinnych palcach Basiliusa Lorien niemal zachłysnęła się winem. Zatrzymała na ułamek sekundy wzrok na lekarzu, kiedy gdzieś pomiędzy jednym urwanym oddechem, a drugim przeszła ją myśl - “czy leczenie maledictusów to już weterynaria?” Intrygujące pytanie, będzie musiała się zastanowić jak już przestanie umierać.
-B-Bardzo… skromny…- Wydukała z trudem, starając się zachować resztkę godności i powagi. Kaszlnęła cicho.- Electra, kochanie jak tam ta twoja praca? Dalej z tymi... niemagicznie urodzonymi od mody?- Zagadała Prewettównę, która raczyła do nich dołączyć.
Czuła się odrobinę źle z faktem, że wpycha słodką, biedną Electrę wprost w pazury Ethel, ale tylko odrobinkę - takie prawo rodzinnych spotkań.
Na komplement kuzyna odpowiedziała uśmiechem. Machnęła przy tym ręką jakby chciała rzucić coś w stylu “oj daj spokój, nie czaruj nie czaruj”. A że machnęła nieco zbyt energicznie to ostatni as, który miała w rękawie wypadł na stolik. Spojrzała na kartonik niemal z wyrzutem. Tylko po to by zaraz postukać w niego umalowanym na czerwono pazurem.
- Tego szukasz, mio caro?
- Pandora, mia cara. Czuję jakbyśmy się wieki nie widziały...- Nadstawiła delikatnie policzek do ucałowania, delikatnie łapiąc przy tym Pandorę za rękę. Tylko po to, żeby wręczyć jej niepostrzeżenie jednego z asów.- Przepiękna sukienka to nowa kolekcja od Rosierów? Przysięgam już dawno nie widziałam, żeby aż tak się postarali. Zwłaszcza z czerwieniami. Te atłasy…- Mówiła łagodnie, próbując zwyczajną babską paplaniną przykryć wszystkie roszady z zaginionymi kartami.
Przesunęła się robiąc miejsca kuzynce jeśli ta miała ochotę usiąść i pooglądać narastający chaos. Nawet chciała się w pewnej chwili zlitować, kiedy Basilius zaczął przeszukiwać talię, ale przerwało jej nadejście demona lub jak Lorien lubiła szanowną ciotkę określać (zawsze w myślach, nigdy na głos) przypudrowanego demenotra. W każdej rodzinie była taka istota - owiana legendami, postrach niegrzecznych dzieci, które nie chciały jeść ładnie kolacji i zmawiać paciorka w imię Pani Księżyca.
Ciotka Ethel.
Czymże byłoby Yule bez obecności tej kobiety? Ze wszystkich ćwiczeń na uspokojenie jakie Lorien musiała wykonywać, żeby nie dać się ponieść emocjom i uniknąć przemiany w wilgowrona - coroczne spotkania z Ethel stanowiy jedne z najtrudniejszych. Test dla pokładów cierpliwości jakie nosiła w sobie ta drobna sędzia.
- Ciociu. Nie wyobrażam sobie wyglądać w połowie tak dobrze jak ty w cieplejszych kolorach.- Odpowiedziała miękko, odsuwając się na tyle ostrożnie by zrobić miejsca wielkiej sukni ciotki. Ślub? Dzieci? Powieka jej delikatnie drgnęła, ale dobrze wyćwiczony uśmiech nawet na moment nie opuścił oblicza panny Crouch. Docisnęła lekko dłoń do serca, jakby nie mogła wprost się doczekać wystawnego wesela (którego nie planowała), gdzie mogłaby przedstawić wszystkim bardziej i mniej zainteresowanym swojego męża (tego zresztą też nie planowała), któremu miałaby urodzić całą gromadkę dzieci (nawet jednego nie miała ochoty i zamiarów urodzić).- Postaram się byś na przyszłe Yule mogła bawić wnuki cioteczne.
Tak. Z pewnością zrobi wszystko co w jej mocy. O ile znajdzie czas w kalendarzu Wizengmotu na poślubne randez-vous, bo na razie zapowiadało się, że własny miesiąc miodowy będzie musiała przesunąć na co najmniej sierpień przyszłego roku.
Z każdym kolejnym słowem, aż ją w środeczku skręcało, ale cóż mogła innego zrobić. Skończyła mówić, po czym wetknęła za to nieco mocniej nos w kieliszek wina licząc, że przepłuka usta, albo chociaż się szybko upije zbawiennym trunkiem i obecność cioteczki będzie nieco znośniejsza. Zresztą ta znalazła sobie nową ofiarę.
Czarownica była dziś w wyjątkowo dobrej formie. I może dlatego picie w tym samym czasie co słuchanie Ethel nie należało do najlepszych pomysłów, Na komentarz o zwinnych palcach Basiliusa Lorien niemal zachłysnęła się winem. Zatrzymała na ułamek sekundy wzrok na lekarzu, kiedy gdzieś pomiędzy jednym urwanym oddechem, a drugim przeszła ją myśl - “czy leczenie maledictusów to już weterynaria?” Intrygujące pytanie, będzie musiała się zastanowić jak już przestanie umierać.
-B-Bardzo… skromny…- Wydukała z trudem, starając się zachować resztkę godności i powagi. Kaszlnęła cicho.- Electra, kochanie jak tam ta twoja praca? Dalej z tymi... niemagicznie urodzonymi od mody?- Zagadała Prewettównę, która raczyła do nich dołączyć.
Czuła się odrobinę źle z faktem, że wpycha słodką, biedną Electrę wprost w pazury Ethel, ale tylko odrobinkę - takie prawo rodzinnych spotkań.
Na komplement kuzyna odpowiedziała uśmiechem. Machnęła przy tym ręką jakby chciała rzucić coś w stylu “oj daj spokój, nie czaruj nie czaruj”. A że machnęła nieco zbyt energicznie to ostatni as, który miała w rękawie wypadł na stolik. Spojrzała na kartonik niemal z wyrzutem. Tylko po to by zaraz postukać w niego umalowanym na czerwono pazurem.
- Tego szukasz, mio caro?