16.02.2025, 20:33 ✶
Oddychał spokojnie i milczał, słysząc pukanie do drzwi. Mógł nie wiedzieć co mówić, ale całkiem dobrze ułożył plan na wypadek wtargnięcia do sypialni osoby nieproszonej, nawet jeżeli nie przewidział tego, że Laurent zacznie krzyczeć na jego widok. Nie próbował głęboko analizować tego jak głupie i niebezpieczne dla niego było włamywanie się do tak dużego obiektu po natrętnym wypatrywaniu w oknie niepasującej do reszty, blond czupryny - zrobił to automatycznie. Bał się go zobaczyć i potrzebował go zobaczyć. Przerażała go wizja przekazania mu prawdy o tym co zrobił i jednocześnie rozumiał, że jeżeli tego nie powie, sytuacja stanie się o wiele gorsza.
Trzy lata. W Fantasmagorii, kiedy jeszcze podróżowali po Anglii, zdążył zapomnieć, jak to jest codziennie ocierać się o śmierć. Rutyna mu pomagała. Ustabilizował się, zdziadział, wszystko po to, żeby to wszystko wróciło do niego wraz z nadejściem tegorocznego lata i nie puszczało. Zawsze po zmierzeniu się z czymś takim potrzebował... ulgi. I tak naprawdę powinien udać się w podróż do Keswick już tych kilka dni temu, zanim targnął się na swoje życie, ale niestety nawet mimo pięknych słów, jakimi karmił Prewetta od połowy sierpnia, wciąż pozostawał sobą. Słabym, bezużytecznym sobą. Okropnym sobą. To było oczywiste, dlaczego po powrocie z jaskini tego potwora, udał się do Islington - bo Cain nie zadawał pytań, Cain zwyczajnie rozumiał i zwykle dawał ze sobą robić co tylko Crow zechciał, albo sam wykorzystywał sytuację do tego, żeby sobie ulżyć. Z Laurentem nigdy nie łączyła go taka relacja. Zrobił mu to... raz. Tych pierwszych kilka razy... było przyjemnych, ale to, w jaki sposób Laurent o tym mówił, jak komentował różne pełne napięcia zbliżenia ze swojej przeszłości, nie mówiło mu, że powinien to powtarzać. Nie mogło tak być, tak? To był człowiek cieszący się z tego, że zapytano go o możliwość pocałunku, a on miałby go... Nie. Po prostu nie. Chciał, żeby Laurent czuł się kochany, próbował wymuskiwać z siebie to, co najlepsze. Ciągnąć go w górę, a nie w dół. Fakt, że czasami potrzebował czegoś innego niż słodkiego seksu, strzelania majtkami, mówienia sobie czułych słówek - to nie było coś, z czego był dumny, burzyło cały ten piękny świat, któremu udało mu się wylać już fundamenty.
Wcisnął pod niego rękę, żeby go bardzo szczelnie oplatać. Nie przesunął twarzy, bo to było najlepsze miejsce do tego, żeby czuć czyjś oddech. Przestrzeń pod żebrami unosiła się i opadała przy każdym, nawet najmniejszych westchnieniu. Jednocześnie nie musiał na niego patrzeć, bać się oceniającego, przerażonego albo zdenerwowanego spojrzenia. Kawałek ciała, palce na lędźwiach. A później poczuł jego dłonie na swoich włosach, skórze. Wydawał się oddychać stabilniej, ale nie stracił tego, z czym tutaj przyszedł.
Ciężkości. Często o tym mówił. O tym, że Laurent był sztywny, że potrzebował coś z tym robić, zachęcał go do ruchu, a teraz sam taki był - tak zastały, jakby miał nie zgiąć pleców w tył bez bolesnego stęknięcia, nawet jeżeli potrafił zrobić na zawołanie mostek ze stania. To było napięcie. Zimno wody, do której wpadł przeszywające go na wskroś. Stres, rozpacz. To było przerażenie, które wrosło w niego w jaskini Doppelgangera i najwyraźniej nie zamierzało dać za wygraną. Absurd na absurdzie - wtulić się w kogoś i trzymać go tak, wsłuchiwać się w melodię i czerpać z czyjejś czułości, być świadomym jego oddania i jednocześnie nie być w stanie poprosić go o więcej, nawet jeżeli ten ktoś wielokrotnie mówił, że pragnął czasem uczynić cię najważniejszym. Mylił się przecież - wcale na to bycie najważniejszym nie zasługiwał.
Był absolutnie, niezaprzeczalnie bezużyteczny.
Z pewnością zabiła go Fontaine. Czy Laurenta też zabije? Może... prawdziwym zawodem było to, że jeszcze żył. Że oddychał i mógł widzieć kolejne omamy, jakimi karmiła go śpiewająca selkie. Jak na złość samobójczym myślom, idylliczna scena była absolutnie wszystkim, czego mógł zapragnąć. Dom, do którego mógł wracać i w którym pierwszy raz w życiu czuł się jak u siebie, otoczony tym wszystkim, czego podświadomie pragnął, ale nie potrafił o to zadbać. Chciał mieć ładne firanki, czystą pościel, meble ustawione w jakimś porządku. Chciał mieć te wszystkie pierdoły na półkach, ozdoby. Chciał mieć ładny widok za oknem. Chciał mieć te wszystkie kwiaty, zwierzaki. I chciał mieć kogoś, kto o to dbał i cieszył się z tego, że to ma - te wszystkie piękne rzeczy i jego, który mógł się tym cieszyć. Ale on sam nie potrafił sobie tego zbudować. Ciągnęło go do Londynu, bo to przecież miasto możliwości, ale z tymi możliwościami była taka śmieszna sprawa - ludzi ciągnęły do nich perspektywy zmiany swojego życia na lepsze, a on poza pracą życia nie miał - atrakcyjne nie było to, co mogły mu te lepsze perspektywy dać. Atrakcyjne było to, że dawały mu jakieś zajęcie. Chyba dlatego przez tyle lat jego pracą było egzystowanie jako czyjaś własność.
- La... - zaczął cichutko, po czym kaszlnął jeszcze ciszej. - Ja... Czy mógłbyś... wrócić szybciej - do domu. Jeżeli tylko śmiał zabrać z niego te palce badające znane mu tereny, Crow napiął się jeszcze mocniej, jak pies, którego przestawało się głaskać.
Trzy lata. W Fantasmagorii, kiedy jeszcze podróżowali po Anglii, zdążył zapomnieć, jak to jest codziennie ocierać się o śmierć. Rutyna mu pomagała. Ustabilizował się, zdziadział, wszystko po to, żeby to wszystko wróciło do niego wraz z nadejściem tegorocznego lata i nie puszczało. Zawsze po zmierzeniu się z czymś takim potrzebował... ulgi. I tak naprawdę powinien udać się w podróż do Keswick już tych kilka dni temu, zanim targnął się na swoje życie, ale niestety nawet mimo pięknych słów, jakimi karmił Prewetta od połowy sierpnia, wciąż pozostawał sobą. Słabym, bezużytecznym sobą. Okropnym sobą. To było oczywiste, dlaczego po powrocie z jaskini tego potwora, udał się do Islington - bo Cain nie zadawał pytań, Cain zwyczajnie rozumiał i zwykle dawał ze sobą robić co tylko Crow zechciał, albo sam wykorzystywał sytuację do tego, żeby sobie ulżyć. Z Laurentem nigdy nie łączyła go taka relacja. Zrobił mu to... raz. Tych pierwszych kilka razy... było przyjemnych, ale to, w jaki sposób Laurent o tym mówił, jak komentował różne pełne napięcia zbliżenia ze swojej przeszłości, nie mówiło mu, że powinien to powtarzać. Nie mogło tak być, tak? To był człowiek cieszący się z tego, że zapytano go o możliwość pocałunku, a on miałby go... Nie. Po prostu nie. Chciał, żeby Laurent czuł się kochany, próbował wymuskiwać z siebie to, co najlepsze. Ciągnąć go w górę, a nie w dół. Fakt, że czasami potrzebował czegoś innego niż słodkiego seksu, strzelania majtkami, mówienia sobie czułych słówek - to nie było coś, z czego był dumny, burzyło cały ten piękny świat, któremu udało mu się wylać już fundamenty.
Wcisnął pod niego rękę, żeby go bardzo szczelnie oplatać. Nie przesunął twarzy, bo to było najlepsze miejsce do tego, żeby czuć czyjś oddech. Przestrzeń pod żebrami unosiła się i opadała przy każdym, nawet najmniejszych westchnieniu. Jednocześnie nie musiał na niego patrzeć, bać się oceniającego, przerażonego albo zdenerwowanego spojrzenia. Kawałek ciała, palce na lędźwiach. A później poczuł jego dłonie na swoich włosach, skórze. Wydawał się oddychać stabilniej, ale nie stracił tego, z czym tutaj przyszedł.
Ciężkości. Często o tym mówił. O tym, że Laurent był sztywny, że potrzebował coś z tym robić, zachęcał go do ruchu, a teraz sam taki był - tak zastały, jakby miał nie zgiąć pleców w tył bez bolesnego stęknięcia, nawet jeżeli potrafił zrobić na zawołanie mostek ze stania. To było napięcie. Zimno wody, do której wpadł przeszywające go na wskroś. Stres, rozpacz. To było przerażenie, które wrosło w niego w jaskini Doppelgangera i najwyraźniej nie zamierzało dać za wygraną. Absurd na absurdzie - wtulić się w kogoś i trzymać go tak, wsłuchiwać się w melodię i czerpać z czyjejś czułości, być świadomym jego oddania i jednocześnie nie być w stanie poprosić go o więcej, nawet jeżeli ten ktoś wielokrotnie mówił, że pragnął czasem uczynić cię najważniejszym. Mylił się przecież - wcale na to bycie najważniejszym nie zasługiwał.
Był absolutnie, niezaprzeczalnie bezużyteczny.
Z pewnością zabiła go Fontaine. Czy Laurenta też zabije? Może... prawdziwym zawodem było to, że jeszcze żył. Że oddychał i mógł widzieć kolejne omamy, jakimi karmiła go śpiewająca selkie. Jak na złość samobójczym myślom, idylliczna scena była absolutnie wszystkim, czego mógł zapragnąć. Dom, do którego mógł wracać i w którym pierwszy raz w życiu czuł się jak u siebie, otoczony tym wszystkim, czego podświadomie pragnął, ale nie potrafił o to zadbać. Chciał mieć ładne firanki, czystą pościel, meble ustawione w jakimś porządku. Chciał mieć te wszystkie pierdoły na półkach, ozdoby. Chciał mieć ładny widok za oknem. Chciał mieć te wszystkie kwiaty, zwierzaki. I chciał mieć kogoś, kto o to dbał i cieszył się z tego, że to ma - te wszystkie piękne rzeczy i jego, który mógł się tym cieszyć. Ale on sam nie potrafił sobie tego zbudować. Ciągnęło go do Londynu, bo to przecież miasto możliwości, ale z tymi możliwościami była taka śmieszna sprawa - ludzi ciągnęły do nich perspektywy zmiany swojego życia na lepsze, a on poza pracą życia nie miał - atrakcyjne nie było to, co mogły mu te lepsze perspektywy dać. Atrakcyjne było to, że dawały mu jakieś zajęcie. Chyba dlatego przez tyle lat jego pracą było egzystowanie jako czyjaś własność.
- La... - zaczął cichutko, po czym kaszlnął jeszcze ciszej. - Ja... Czy mógłbyś... wrócić szybciej - do domu. Jeżeli tylko śmiał zabrać z niego te palce badające znane mu tereny, Crow napiął się jeszcze mocniej, jak pies, którego przestawało się głaskać.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.