Czy mógł właśnie trzymać w swoich rękach jakiegoś Śmierciożercę, który przybrał wygląd Flynna? Albo po prostu kogoś... kogoś od Fontaine? O zgrozo, byłaby do tego zdolna. Kogoś od Dante? Byłby do tego zdolny. Jakąś podróbkę tej osoby, którą kochał. Ta myśl wydawała się mieć więcej sensu, dopóki Flynn nie runął na to łóżku i nie wtulił się w niego tak, jakby miało nie być jutro. A miało być. Słońce się miało obudzić, ptaki zaśpiewać, okno w tym pokoju, w najwyższej komnacie, w najwyższej wieży, znów zostanie otworzone. Rozmyje się granat i ustąpi miejsca błękitowi.
Nie bardzo wiedział, co się stało, ale widok tego bandaża i zapach wcale nie były obiecujące. Ostatnim, co przyszłoby mu na myśl, to to, że Flynn próbował odebrać sobie życie. Nie popychał go, nie popędzał. Lekko bujał się, tak bez zastanowienia, nucąc tą samą piosenkę, którą śpiewał mu, kiedy tak bardzo pijany trafił do jego łóżka. Nawet nie zakładał, że ją pamiętał, że ją kojarzył. Był przecież wtedy ledwo przytomny. Rytm tej piosenki pozwalał się nieco uspokoić nawet jemu samemu - lecz tylko nieco. Co się stało? Dlaczego przyszedł aż tutaj? Co, jeśli ktoś wejdzie? Nawet domowy skrzat? Zobaczy ich tutaj? Nie wstydził się Flynna - za to bał się cholernie reakcji Edwarda. Nie był gotów na konfrontację z nim, popłakałby się i wpadł w panikę od razu. Wystarczyła ta wojna z nim po jego powrocie. O New Forest, o siostrę i jej... romanse. Z jakiegoś powodu był na siebie tak zły, że się w to wplątał, jak wiedział, że nie wybrałby inaczej. Przecież chciał pomóc Pandorze. Zawsze chciał jej pomagać. Zawsze... chciał wszystkim pomagać. I w końcu - chciał przede wszystkim pomóc sobie. Chciał się skupić na sobie. To chyba już najwyższy czas...
Flynn zawsze był ciężki, ale dzisiaj chyba ważył jeszcze więcej. Chwilowe uspokojenie? Ha, dobre sobie... było w ogóle takie? Niepewność była jeszcze mocniej rozbrajająca. Ktoś go musiał zranić, to oczywiste - tylko kto? I co oni robili z Geraldine? Czuł, że tak, jak nie pytał wtedy, tak nie powinien o to pytać teraz. Czy to tak działa? "Powie mi, jeśli sam zechce". Laurent bardzo chciał, żeby Flynn go pytał, bo wykrztuszenie samemu niektórych rzeczy wydawało się niemożliwe. Ale on... nie pytał. Chyba nigdy nie pytał o te rzeczy, o które powinien pytać najbardziej.
- Ciii... - Przerwał melodię, a krajobraz rozpadł się. Znów byli w ciemnym pokoju oświetlonym tylko księżycem i mdłym światłem nocnej lampki, która nie miała razić w oczy - miała pozwolić podnieść się późną porą i bezpiecznie trafić na korytarz. - Tak, Myszko, wracam jutro z samego rana. - Zapewnił go cichym, ciepłym głosem. Nie może tutaj zostać. Flynn nie mógł tutaj zostać, ale zupełnie nie miał serca go teraz wygonić. Nie mógł też tak po prostu stąd uciec razem z nim, bo ojciec wpadłby pewnie w furię. Obraziłby się, a Aydaya tylko potem docisnęłaby mocniej obcasem do ziemi. Miał ochotę zaproponować Flynnowi, żeby jednak tu został. Już chyba wolał w tę stronę niż uciekanie. Zabrał te dłonie od niego - ale tylko na moment. - Ciii... jestem tutaj, Słońce. Tylko poprawiam poduszkę, wiesz, że zaraz zdrętwieję. - Słychać było uśmiech w jego głosie. Chciał bardzo zapytać, co się stało, ale czy to było dobre pytanie? W momencie, kiedy Flynn czuł się... tak? Poprawił sobie poduszki, żeby mógł półleżeć, wyciągnął nogi i okrył ich kołdrą. A potem znów ułożył dłonie na jego ciele. Wyjątkowo Flynn wcale nie był rozgrzany. Był zadziwiająco chłodny jak na siebie. - Kiedy ciebie nie ma, wcale nie idzie mi tak dobrze jedzenie. Powinienem popracować nad samodyscypliną. - Właściwie to mówił, żeby mówić teraz cokolwiek. - Nie mówiłem ci tego, mam nadzieję, że nie będziesz zły, ale trochę czytałem o tej fizyce. Chyba nie jestem tak bystry, za jakiego chciałabym uchodzić, bo na razie energie kin...kine...tcznee... - Przymrużył jedno oko, ale jego miny pełnej zwątpienia Flynn i tak nie mógł widzieć. - Te energie, prace i wektory mnie przytłaczają. To brzmi jak jakaś starożytna dziedzina magii. - I w ogóle to po co to im było? Do czego oni to niby wykorzystywali? - Ach, wiesz, zapomniałem ci podarować lusterko dwukierunkowe. To przez tamtego poltergeista... wybił mnie. Chciałem ci je dać tego dnia. Powiedziałeś ostatnio, że bardzo tęskniłeś po tym weekendzie... to może dzięki lusterku tęskniłbyś trochę mniej? - Znów się uśmiechnął. Proszę, Flynn, powiedz, co się stało. Drżało to w jego wnętrzu.