16.02.2025, 21:36 ✶
Los nie dopisywał Jego Lordowskiej Mości, Laurentowi Prewettowi.
Zastał mnie, rzecz oczywista, za biurkiem – na prewettowym tronie. Nie byłem sam. Po drugiej stronie siedział Winston, któremu właśnie przedstawiałem powody i konsekwencje mojej nieplanowanej delegacji. W gabinecie panowała atmosfera ciężka jak przed burzą, napięcie wisiało w powietrzu. Ale czyż to kogokolwiek dziwiło? Nieczęsto zdarzało się, bym fatygował się osobiście.
Gdybym został zdradzony przez Winstona czy Laurenta... Cóż, również pofatygowałbym się osobiście. I co z tego, że osobie w moim położeniu nie przystoi brudzić sobie rąk? Nie wszystko można delegować. Niektóre sprawy wymagają osobistej ręki i osobistego spojrzenia w oczy winnego. I miałem przeogromną nadzieję, że ani jeden, ani drugi nie waży się zrobić tego, co śmieli Edgar Fitzroy z Selimem Darzi. Obaj panowie byli skończeni.
Westchnąłem ciężko. Przede mną stała szklanka alkoholu. Dawno nie pozwalałem sobie na podobne słabości o tej porze dnia. To musiało o czymś świadczyć. Takie przyjemności pozostawiłem w czasach młodości – ale to były opowieści na inną, lżejszą okazję.
— Witaj, Laurencie. — Podniosłem wzrok, przywdziewając lżejszy wyraz twarzy, choć napięcie nie znikało. Relacje z synem wymagały odbudowy, ale byliśmy na dobrej drodze. Odwiedzał mnie częściej. Częściej też zwracał się do mnie po radę. To dobrze. Rodzina powinna trzymać się razem, a ja pragnąłem mieć zarówno Pandorę, jak i syna na oku.
Nie mogłem wyjść z podziwu. Ładnie wyszło mu z tym listem. Jeszcze ładniej, że zastałem go w Keswick tuż po swoim przyjeździe.
Winston zdradził mi, że sprawa za wiele nie ruszyła. Ludzie zostali rozesłani, ale wciąż nie było odpowiedzi. Niepojęte, że ktoś pozwolił sobie na podobne bestialstwo na naszych angielskich ziemiach. Rozważałem audiencję u Królowej, ale coś mówiło mi, że to robota Śmierciożerców, szczególnie po rozmowie z Brenną Longbottom. A tutaj? Królowa nie pomoże. Minister Magii tym bardziej. Ta sprawa należała do Oka. Mieliśmy sposoby na radzenie sobie z takimi szumowinami.
— Winston, napisz niezwłocznie do Manchesteru, Birmingham i Londynu. Niech roześlą informację dalej— poinstruowałem go, dając mu tym samym znać, że zamierzałem porozmawiać z Laurentem na osobności. Winston skinął głową, uśmiechnął się lekko, bo rozumiał mnie jak mało kto. Wstał i wymaszerował bez pośpiechu. Oczywiście nie unikał obecności Laurenta. Odnosił się do niego z należytym szacunkiem.
— Siadaj, Laurencie. — Wskazałem fotel naprzeciwko, lekko odchylając się w swoim. — Zgrzebek zaraz przyniesie ci herbatę. Pozwoliłem sobie wybrać dla ciebie zieloną z odrobiną lawendy - dodałem, wracając spojrzeniem do dokumentów przed sobą. Ich treść sprawiła, że uniosłem szklankę i wychyliłem do dna. Przepłynęło mi przez gardło, jakby było szklanką wody. Magią nalałem kolejną porcję trunku. Byłem pewien, że się nie zmarnuje. Nie proponowałem nic mocnego Laurentowi, bo wiedziałem, w jaki sposób na niego wpływał.
— Winston uruchomił organizację, ale w sprawie ataku na New Forest nadal nie mamy odpowiedzi — podjąłem, kiedy Laurent już wygodnie zasiadł na fotelu. Wiedziałem o tym, bo podniosłem na niego spojrzenie, możliwie jak najbardziej łagodne spojrzenie. — Zastanawia mnie cykliczność ataków na ciebie, podczas gdy inne nasze stajnie pozostają nietknięte.
Pozwoliłem, by cisza zawisła w powietrzu. Nie spieszyłem się.
— Chciałbyś się czymś ze mną podzielić...? — Zapytałem łagodnie, rzeczowo, ale uważnie, jak ktoś, kto zna odpowiedź, zanim jeszcze ją usłyszy.
Nie miałem zamiaru go spłoszyć. Byłem cierpliwy. Ale oczekiwałem prawdy.
Zastał mnie, rzecz oczywista, za biurkiem – na prewettowym tronie. Nie byłem sam. Po drugiej stronie siedział Winston, któremu właśnie przedstawiałem powody i konsekwencje mojej nieplanowanej delegacji. W gabinecie panowała atmosfera ciężka jak przed burzą, napięcie wisiało w powietrzu. Ale czyż to kogokolwiek dziwiło? Nieczęsto zdarzało się, bym fatygował się osobiście.
Gdybym został zdradzony przez Winstona czy Laurenta... Cóż, również pofatygowałbym się osobiście. I co z tego, że osobie w moim położeniu nie przystoi brudzić sobie rąk? Nie wszystko można delegować. Niektóre sprawy wymagają osobistej ręki i osobistego spojrzenia w oczy winnego. I miałem przeogromną nadzieję, że ani jeden, ani drugi nie waży się zrobić tego, co śmieli Edgar Fitzroy z Selimem Darzi. Obaj panowie byli skończeni.
Westchnąłem ciężko. Przede mną stała szklanka alkoholu. Dawno nie pozwalałem sobie na podobne słabości o tej porze dnia. To musiało o czymś świadczyć. Takie przyjemności pozostawiłem w czasach młodości – ale to były opowieści na inną, lżejszą okazję.
— Witaj, Laurencie. — Podniosłem wzrok, przywdziewając lżejszy wyraz twarzy, choć napięcie nie znikało. Relacje z synem wymagały odbudowy, ale byliśmy na dobrej drodze. Odwiedzał mnie częściej. Częściej też zwracał się do mnie po radę. To dobrze. Rodzina powinna trzymać się razem, a ja pragnąłem mieć zarówno Pandorę, jak i syna na oku.
Nie mogłem wyjść z podziwu. Ładnie wyszło mu z tym listem. Jeszcze ładniej, że zastałem go w Keswick tuż po swoim przyjeździe.
Winston zdradził mi, że sprawa za wiele nie ruszyła. Ludzie zostali rozesłani, ale wciąż nie było odpowiedzi. Niepojęte, że ktoś pozwolił sobie na podobne bestialstwo na naszych angielskich ziemiach. Rozważałem audiencję u Królowej, ale coś mówiło mi, że to robota Śmierciożerców, szczególnie po rozmowie z Brenną Longbottom. A tutaj? Królowa nie pomoże. Minister Magii tym bardziej. Ta sprawa należała do Oka. Mieliśmy sposoby na radzenie sobie z takimi szumowinami.
— Winston, napisz niezwłocznie do Manchesteru, Birmingham i Londynu. Niech roześlą informację dalej— poinstruowałem go, dając mu tym samym znać, że zamierzałem porozmawiać z Laurentem na osobności. Winston skinął głową, uśmiechnął się lekko, bo rozumiał mnie jak mało kto. Wstał i wymaszerował bez pośpiechu. Oczywiście nie unikał obecności Laurenta. Odnosił się do niego z należytym szacunkiem.
— Siadaj, Laurencie. — Wskazałem fotel naprzeciwko, lekko odchylając się w swoim. — Zgrzebek zaraz przyniesie ci herbatę. Pozwoliłem sobie wybrać dla ciebie zieloną z odrobiną lawendy - dodałem, wracając spojrzeniem do dokumentów przed sobą. Ich treść sprawiła, że uniosłem szklankę i wychyliłem do dna. Przepłynęło mi przez gardło, jakby było szklanką wody. Magią nalałem kolejną porcję trunku. Byłem pewien, że się nie zmarnuje. Nie proponowałem nic mocnego Laurentowi, bo wiedziałem, w jaki sposób na niego wpływał.
— Winston uruchomił organizację, ale w sprawie ataku na New Forest nadal nie mamy odpowiedzi — podjąłem, kiedy Laurent już wygodnie zasiadł na fotelu. Wiedziałem o tym, bo podniosłem na niego spojrzenie, możliwie jak najbardziej łagodne spojrzenie. — Zastanawia mnie cykliczność ataków na ciebie, podczas gdy inne nasze stajnie pozostają nietknięte.
Pozwoliłem, by cisza zawisła w powietrzu. Nie spieszyłem się.
— Chciałbyś się czymś ze mną podzielić...? — Zapytałem łagodnie, rzeczowo, ale uważnie, jak ktoś, kto zna odpowiedź, zanim jeszcze ją usłyszy.
Nie miałem zamiaru go spłoszyć. Byłem cierpliwy. Ale oczekiwałem prawdy.