16.02.2025, 22:05 ✶
Bycie nazwanym w tak słodki i niewinny sposób wywołało w nim okropnie dziwne uczucie, od którego aż skręcił mu się żołądek. Tak, Laurentowi bardzo łatwo przychodziło przypominanie o tym, dlaczego tak bardzo go pragnął. Nie istniała, przynajmniej zdaniem Crowa, osoba mająca czuć się źle w uścisku tych delikatnych dłoni. Nie istniał piękniejszy głos nucący melodie i plotący jakieś głupoty, żeby tylko w pomieszczeniu nie było cicho, bo cisza w takich chwilach przerażała.
Nie wierzył w bogów i miał nadzieję, że śmierć była ostatecznym końcem, a jednak w zetknięciu z tą delikatnością muskającego jego duszę tak, jak chmury muskały swoim jestestwem ostrze szczyty gór, miał wrażenie, jakby świat musiał być nieskończony. Bo ta energia zawsze będzie go przyciągać. Zawsze będzie pragnął tych palców sunących pomiędzy posklejanymi lokami, tych historyjek, wspólnie spędzonych chwil w fotelu na tarasie. Może gdyby się jednak zabił, to by wrócił, tak jak wracały niektóre upiory. Doczołgał się do Keswick choćby i poderżniętym gardłem i bez cienia życia w smutnych oczach, żeby zobaczyć go ten ostatni raz.
Cain tego nie zrobił.
Nie powinien myśleć o tym w ten sposób, a jednak...
- Chcę - wymruczał cicho, próbując jakoś zamaskować obecne w głosie rozedrganie. Jak niemal zawsze - bezskutecznie. - To lusterko - doprecyzował, nieszczególnie głośniej, a później bardzo głęboko odetchnął, w dokładnie taki sposób, w jaki robił to zawsze, próbując zebrać się na odwagę. Tą odwagą nie była fala wyznań, ani wyjaśnień, ale... ułatwienie mu tego wszystkiego. Podciągnął się wreszcie do góry, położył swoją głowę na poduszkę i wyciągnął własną rękę tak, żeby on mógł położyć się na niej. Przysunął do siebie jego ciało, sam wsadził drugą rękę pod jego kolano i położył na sobie nogę Laurenta tak, jak sam lubił to robić. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nie jego oczy, tylko ten cholerny opatrunek przyciągną teraz największą uwagę, ale przecież nie mógł zniknąć na tydzień, żeby tylko nie pokazać mu rany na gardle. - Spałem w... Norze... U Nory Figg... I muszę tam wrócić, bo ona nawet nie wie, że wyszedłem, ale ja... Nie mogłem. Nie mogłem tam zasnąć, póki nie zobaczyłem, że jesteś cały. Jesteś bezpieczny w Keswick? Wszystko w porządku? - Szeptał. Przeniósł tę rękę z nogi na kołdrę, żeby go w nowej pozycji przykryć szczelniej i delikatnie odgarniał z jego twarzy pojedyncze kosmyki włosów. - Czytasz tu sobie książki i... - Znów odetchnął, ale to nie było to odetchnięcie przynoszące mu ulgę - on się jeszcze bardziej napiął. - Wszystko jest takie samo jak dawniej, nikt nie opowiada żadnych bredni o tym, że... Pojawił się ktoś jeszcze. - Nie podobało mu się, jak to brzmiało. Upiorność tych słów była jeszcze gorsza, niż myślał, bo przywracała najgorsze ze wspomnień, jakie sięgały go z czeluści dnia tej jaskini z... pierdolonego piekła, w którym widział jak trzech czarodziejów cenionych przez społeczeństwo i uchodzących może nie za wzór cnót, ale z pewnością za poczciwych ludzi... mordujących to coś z zimną krwią i robiących rzeczy tak dziwaczne, aby nie uchodziło jego wątpliwości ich głębokie szaleństwo. Niby to coś spłonęło, ale wciąż je pamiętał. Pamiętał dobre chwile spędzone z tym czymś na Ścieżkach, najpewniej fałszywe, ale niesamowicie rzeczywiste, gorące, słodkie jak miód. Pamiętał próbę gwałtu w Dziurawym Kotle, pamiętał to, w jaki sposób to coś pastwiło się nad nim, przypominając mu to w podziemiach i robiło mu się niedobrze na myśl o tym, jak bardzo chciało to urzeczywistnić. To nie był człowiek. Nie duch. Co to niby było?
Nie wierzył w bogów i miał nadzieję, że śmierć była ostatecznym końcem, a jednak w zetknięciu z tą delikatnością muskającego jego duszę tak, jak chmury muskały swoim jestestwem ostrze szczyty gór, miał wrażenie, jakby świat musiał być nieskończony. Bo ta energia zawsze będzie go przyciągać. Zawsze będzie pragnął tych palców sunących pomiędzy posklejanymi lokami, tych historyjek, wspólnie spędzonych chwil w fotelu na tarasie. Może gdyby się jednak zabił, to by wrócił, tak jak wracały niektóre upiory. Doczołgał się do Keswick choćby i poderżniętym gardłem i bez cienia życia w smutnych oczach, żeby zobaczyć go ten ostatni raz.
Cain tego nie zrobił.
Nie powinien myśleć o tym w ten sposób, a jednak...
- Chcę - wymruczał cicho, próbując jakoś zamaskować obecne w głosie rozedrganie. Jak niemal zawsze - bezskutecznie. - To lusterko - doprecyzował, nieszczególnie głośniej, a później bardzo głęboko odetchnął, w dokładnie taki sposób, w jaki robił to zawsze, próbując zebrać się na odwagę. Tą odwagą nie była fala wyznań, ani wyjaśnień, ale... ułatwienie mu tego wszystkiego. Podciągnął się wreszcie do góry, położył swoją głowę na poduszkę i wyciągnął własną rękę tak, żeby on mógł położyć się na niej. Przysunął do siebie jego ciało, sam wsadził drugą rękę pod jego kolano i położył na sobie nogę Laurenta tak, jak sam lubił to robić. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nie jego oczy, tylko ten cholerny opatrunek przyciągną teraz największą uwagę, ale przecież nie mógł zniknąć na tydzień, żeby tylko nie pokazać mu rany na gardle. - Spałem w... Norze... U Nory Figg... I muszę tam wrócić, bo ona nawet nie wie, że wyszedłem, ale ja... Nie mogłem. Nie mogłem tam zasnąć, póki nie zobaczyłem, że jesteś cały. Jesteś bezpieczny w Keswick? Wszystko w porządku? - Szeptał. Przeniósł tę rękę z nogi na kołdrę, żeby go w nowej pozycji przykryć szczelniej i delikatnie odgarniał z jego twarzy pojedyncze kosmyki włosów. - Czytasz tu sobie książki i... - Znów odetchnął, ale to nie było to odetchnięcie przynoszące mu ulgę - on się jeszcze bardziej napiął. - Wszystko jest takie samo jak dawniej, nikt nie opowiada żadnych bredni o tym, że... Pojawił się ktoś jeszcze. - Nie podobało mu się, jak to brzmiało. Upiorność tych słów była jeszcze gorsza, niż myślał, bo przywracała najgorsze ze wspomnień, jakie sięgały go z czeluści dnia tej jaskini z... pierdolonego piekła, w którym widział jak trzech czarodziejów cenionych przez społeczeństwo i uchodzących może nie za wzór cnót, ale z pewnością za poczciwych ludzi... mordujących to coś z zimną krwią i robiących rzeczy tak dziwaczne, aby nie uchodziło jego wątpliwości ich głębokie szaleństwo. Niby to coś spłonęło, ale wciąż je pamiętał. Pamiętał dobre chwile spędzone z tym czymś na Ścieżkach, najpewniej fałszywe, ale niesamowicie rzeczywiste, gorące, słodkie jak miód. Pamiętał próbę gwałtu w Dziurawym Kotle, pamiętał to, w jaki sposób to coś pastwiło się nad nim, przypominając mu to w podziemiach i robiło mu się niedobrze na myśl o tym, jak bardzo chciało to urzeczywistnić. To nie był człowiek. Nie duch. Co to niby było?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.