Nazywali go Trucizną, ale niektóre trucizny, w odpowiednich dawkach, potrafiły również leczyć. Mówili bajki o Kruku, który przychodził jak cień czający się w końcu oka, za którym nie chcesz się odwracać. Wtedy ciemność mogłaby spojrzeć prosto w Ciebie. Jak cieszyć musiała się Czarna Wiedźma, że ten Kruk przysiadał właśnie na jej ramieniu - i zlatywał z niego również na jej skinienie. Skrzywdzony przez życie mężczyzna, który nauczył się krzywdzić na proste rozwiązanie - wtedy sam skrzywdzony nie zostanie. Działało? Chyba nie. Chyba przybywało tylko ran, a te historią były płótnem jego ciała. Najgroźniejsze były te rany, których nie było widać. Te, które tkwiły głęboko w duszy.
- Zapakuję ci je w piękne wstążeczki i udekoruje kwiatkami, żebyś nie mógł się do niego dostać, bo będzie mi przykro, że burzysz dekorację. - Zażartował sobie z tego, chociaż akurat piękne opakowania były częścią prezentów. Nawet takich. Nie zawsze jednak poświęcał temu czas - co było widać, bo tego, co mu kupił i zostawił na stole, nie zapakował. Lusterka też nie zamierzał - chociaż zamierzał go przewiązać wstążką... miała być różowa. Wyglądałaby idealnie. Tylko co z tego, skoro Flynn nie widział kolorów? - Któregoś dnia usiądziemy i pozaplatam ci wstążki we włosach. Udekoruje je kwiatkami. Białymi - stworzą kontrast do czerni twoich włosów. - Peplał dalej, chociaż to akurat naprawdę chciał zrobić. Kiedy usłyszał ten charakterystyczny wdech - zamilkł. Pozwolił mu spokojnie znaleźć swój czas, swoją przestrzeń, do tego, żeby zacząć mówić. Naprawdę chciał go pogonić. Naprawdę chciał zadać to pytanie, a ten niepokój - cóż, mimo, że ukrywał go w głosie i mimice, był wyczuwalny w jego ciele. Napiętym ciele. W tym, jak nieco zmieniał się oddech.
- Oooch, Myszeczko... jesteś taki kochany. - Rozczulony głos można było przyrównać do miodu. Do mleka z miodem na obolałe gardło. Tego samego leku, którego Laurent naprawdę nie lubił, a jakoś nie miał wątpliwości, że Flynn był z niego zadowolony. - Nie ma chyba bardziej bezpieczniejszego miejsca niż Keswick - przynajmniej dla mojego ciała. - Bo z duchem i psychiką... już gorzej. - Nic niepokojącego się nie dzieje, jeśli o to pytasz. Nie przepadam za tym miejscem, źle na mnie działa. Tutaj muszę być... tym idealnym Laurentem. - A z tym wiązało się bardzo wiele przykrych rzeczy. Nie wspominając o tym, że przecież miał konfrontację z Edwardem - ale to nie był czas na to, żeby o tym opowiadać, takie miał wrażenie. Albo był? Może? Tylko nie w tym momencie? - Och... cóż... - Nie bardzo wiedział, jak zinterpretować słowa Flynna. Zabrzmiało to bardzo niepokojąco - szczególnie, kiedy łączył go z tym, że był robić coś z Geraldine, a miał już o niej bardzo mroczne mniemanie, a przechodząc przez fakt, że się tutaj włamał (kto, jak nie on, miał obejść ochronę tego miejsca), to, że miał ranę na szyi i jeszcze że w ogóle o to pytał. Co się stało? - Mam dużą rodzinę, przez Keswick zawsze przewijało się sporo osób. Nikt jednak niepokojący? Najbardziej straszną osobą tutaj jest mój ojciec, gwarantuję ci, że tylko samobójca chciałby tutaj zrobić mi jakąś krzywdę... z bardzo wielu powodów. - Hej, Flynn, a mówiłem ci, że mój ojciec jest szefem jednej z największym mafii Anglii? Nie? A widzisz, taka sytuacja... i co z tego, skoro Dante siedział tam, gdzie siedział. To zdenerwowanie tylko bardziej urosło. Przytulił się do niego bardzo chętnie i sam odetchnął. Chciał poczuć przez to ulgę - nie udało się. Serce już mu biło niespokojnie, już nieco zmarszczył brwi, spoglądając na ten sweter na klatce piersioej Flynna, na ten bandaż, potem patrząc w jego oczy. - Lubię Norę. To dobra kobieta. Tylko... dlaczego u niej spałeś? Czemu nie przyszedłeś? Przecież bym wrócił.