Patrzyła to na jednego, to na drugiego. Najwyraźniej ta tarcza pomiędzy nimi zadziałała odpowiedni – tak magicznie, jak i psychologicznie, bo żaden już nie rzucił się na drugiego. Było jak konieczna bariera pomiędzy nimi? Element w układance, który kazał się zatrzymać i zastanowić, co najlepszego wyprawiają? Nic się jednak nie stało, Astaroth leżał na zimnej posadzce i tylko rzucał pełne nienawiści spojrzenie do Sauriela, który nic sobie z tego nie robił. Byli jak mały kociak i starszy kot, który właśnie dał w czambo maluchowi, za zbytnie wierzganie, a wierzcie mi, znała to z pierwszej ręki: mała czarna Luna co chwila w ten sposób zaczepiała Błękitnego Kwiatuszka (które chyba uciekły spod drzwi, za dużo nieprzyjemnych hałasów stąd musiało docierać).
Głośniej wypuściła powietrze – cokolwiek działo się pomiędzy Astarothem a Saurielem, nie rozumiała tego, to musiały być jakieś samcze walki o teren, czy cholera wie co. Zmarszczyła więc tylko brwi, ale wyłapała też spojrzenie Sauriela, które jej rzucił. W odpowiedzi nieznacznie uniosła kąciki ust – nic jej nie było. Całą akcję stała sobie bezpiecznie za zajebiście wytrzymałą ścianą własnego autorstwa i patrzyła sobie na nich, jak walczą w bardzo kontrolowanych warunkach. Mogła z pierwszej ręki i całkiem bezpiecznie obserwować, jak wygląda szał nienasyconego głodu. Nie przeszkadzało jej, że Sauriel tak protekcjonalnie ją czasami traktuje – owszem, umiała o siebie zadbać, ale to nie było przecież nic złego martwić się o bliską osobę, albo chcieć ją ochronić, tak? Ona przecież robiła w stosunku do niego dokładnie to samo, kiedy mogła, a wiedziała doskonale, że Czarny Kot umiał o siebie zadbać.
Ale co było z Astarothem? Czy i on umiał? Nie chciała go teraz zostawiać samemu sobie.
– Za co przepraszasz? – ryzyko było wkalkulowane w całą akcję i Victoria liczyła się z tym od samiutkiego początku. Brała to wszystko pod uwagę, dlatego poprosiła Sauriela, by był tutaj dzisiaj z nimi – właśnie na taką okazję. Ufała w jego zdolności. Pokładała w nim wiarę. A Astarothowi bardzo chciała pomóc, niestety bez prób i błędów nie dało się tego osiągnąć.
Słuchała go, ale sama podeszła do jednego z regałów, które miała po swojej stronie wytworzonej ścianki i sięgnęła po eliksir wiggenowy, po czym wypiła go duszkiem, ignorując na razie wampiry w klateczce za ścianą. Po czym sięgnęła po jeszcze jedną fiolkę, by kilka kropel wylać sobie bezpośrednio na ranę, którą sama sobie zadała. Później wsmaruje sobie w to maść, ale póki co musiało wystarczyć. Dotknęła znowu swoją różdżkę i machnęła nią, chcąc rozproszyć zaklęcie, które sama rzuciła.
– Możesz wstać? – zapytała leżącego na ziemi Astarotha. – Siadaj – wskazała brodą na fotel, który zajmował do niedawna. Oczywiście, jeśli nie był w stanie się podnieść, albo zaczęłoby mu się kręcić w głowie, to by go zatrzymała. Sięgnęła po jeszcze dwie fiolki eliksiru wiggenowego i zbliżyła się do Yaxleya, bo on wyglądał znacznie gorzej. Sauriel sprał go na kwaśne jabłko. – To eliksir wiggenowy, zrobi ci się lepiej – jeśli potrzebował pomocy w wypiciu tego, to mogła mu pomóc. Podała mu jedną fiolkę. Drugą wręczyła Saurielowi, na moment dając trochę przestrzeni Astarothowi. – Ty też – dodała i szybko omiotła Rookwooda spojrzeniem, notując jego siniaki. Tak, jasne, już to wiele razy słyszała – nic mu nie będzie. Ale to, że nic mu nie będzie, nie znaczyło, ze go nie boli. To samo tyczyło się Aska. – Sprawdzę teraz twoje reakcje oczu, dobra? Chcę mieć pewność, że nic złego się nie dzieje. Czujesz się dobrze, poza tym nagłym uczuciem… niczego? – wróciła do blondyna i trochę się nad nim nachyliła. Krew już jej nie leciała z rany na ręce, za to miała zaschniętą na nadgarstku. – Teraz już dokładnie wiem, z czym się mierzymy, ale dobrze wiedzieć, że w razie wypadku ten eliksir działa nawet w trakcie tego szału. U ciebie też to tak wyglądało? – odwróciła się na moment, spoglądając na Sauriela.