Uśmiechnął się delikatnie i to chyba było błędem. Bo pojawił się pomiędzy nimi uśmiech, który nie powinien zaistnieć. Uśmiechy rodziły się w różnych sytuacjach, niekoniecznie radosnych. Ten co prawda nie zawierał w sobie nic głębszego od smutku - żadnej rezygnacji, głębokiej rozpaczy ani strachu, ale sam ten smutek sprawiał, że Crow wyglądał przez moment, jakby chciał oszukać samego siebie. To nie była prawda. Nikogo nie oszukiwał - jego śliczna śnieżynka mówiąca kolejne głupotki o wstążkach, o ozdóbkach, o kwiatkach, chociaż oboje byli już tak naprawdę dorosłymi facetami, to była maść na całe cierpienie, jakie w sobie nosił. A jednak to nie był uśmiech pełen życia, ociekający ciepłem, ograny blaskiem jego serca. Stanowił cień - pusty gest, co osiadł na twarzy jak irytująca mucha, bo tak nakazywał instynkt. Laurent też to przecież znał. Zadrzyj podbródek, unieś kąciki ust, pokaż rząd białych zębów. Spraw, aby każdy wokół myślał, że wszystko jest w porządku. Tylko że Prewett potrafił udawać, a Crow niekoniecznie. Oczy mu się wreszcie zeszkliły. Nie popłakał się, daleko mu było do płaczu, ale oczy go zdradzały - w bezsilności wobec oczu ukochanego, który obserwował, patrzył, widział i domyślał się wszystkiego - niedopowiedzeń, którymi był teraz przepełniony, tajemnicami znajdującego ujście jedynie w słonej łzie w kąciku niżej ułożonego względem poduszki oka.
Oczy Crowa i to, co w nich błyszczało, dopełniały szereg niepokojących pytań i domysłów. Spotkało go tam coś strasznego. Coś, czego nie zmywały ciepła woda, opatrunki i eliksiry jednej z najlepszych alchemiczek, jaka mogła pomóc mu w takiej sytuacji.
- Kocham cię - szepnął do niego, w reakcji na te żarciki, których nie traktował do końca jak żarty. Chciał, żeby Laurent bawił się wszystkim, czego dotykał.
Pociągnął nosem.
- Nie niepokojący. Inny. Nowy. Ja... Zapisałem wszystko, co wiem o rodzinie Prewett na kartkach dziennika i wsadziłem go do mojej wsiąkiewki, żeby nikt nie miał do tego dostępu. To nie jest dużo, ale nie mogłem ryzykować. Laurencie, przynajmniej jeden z braci Geraldine nie jest człowiekiem. To potwór. To... ja... - zamarł, jakby zabrakło mu słów i powietrza. Sprytnie omijał odpowiedź na zadane mu pytanie, częstując go najpierw inną częścią opowieści, ale przecież kiedyś będą musieli do tego dojść. Tak, Nora była dobrą kobietą i dlatego wiedział, że nie zanurzy się z nim w żadną sieć kłamstw. Nawet gdyby namówił ją do tego w jakiś sposób, któregoś dnia by pękła. Nie kładło się takich ciężarów na ludziach niemogących ich udźwignąć.
Chwycił jego dłoń, zacisnął na niej palce zimnych rąk i obrócił palcami znajdujący się na niej pierścionek, następnie zbliżył ją do swoich warg i pocałował delikatnie zgięte knykcie.
- On nie istnieje, Laurencie. Nigdy nie istniał. Jest albo jakimś naszym urojeniem, bo nasze mózgi nie potrafią poradzić sobie z tym co widzą i muszą to jakoś... zinterpretować, albo... - Zacisnął usta w charakterystyczny dla siebie sposób - w wąską linię, pojawiającą się zawsze kiedy jego nastrój dominowały stres i zastanowienie. - Wrzyna się do nich i zostawia po sobie ślad. Nie wiem, ale wiem, że Geraldine od tego oszalała. - Wydał z siebie naprawdę nietypowy dźwięk, trochę jakby chciał się zaśmiać, ale zdusił to w sobie, żeby tylko nie przebić tonem granicy szeptu. - Kompletnie ją popierdoliło, prawie zabiła mnie, brata Nory i... - Tego trzeciego.
Oczy Crowa i to, co w nich błyszczało, dopełniały szereg niepokojących pytań i domysłów. Spotkało go tam coś strasznego. Coś, czego nie zmywały ciepła woda, opatrunki i eliksiry jednej z najlepszych alchemiczek, jaka mogła pomóc mu w takiej sytuacji.
- Kocham cię - szepnął do niego, w reakcji na te żarciki, których nie traktował do końca jak żarty. Chciał, żeby Laurent bawił się wszystkim, czego dotykał.
Pociągnął nosem.
- Nie niepokojący. Inny. Nowy. Ja... Zapisałem wszystko, co wiem o rodzinie Prewett na kartkach dziennika i wsadziłem go do mojej wsiąkiewki, żeby nikt nie miał do tego dostępu. To nie jest dużo, ale nie mogłem ryzykować. Laurencie, przynajmniej jeden z braci Geraldine nie jest człowiekiem. To potwór. To... ja... - zamarł, jakby zabrakło mu słów i powietrza. Sprytnie omijał odpowiedź na zadane mu pytanie, częstując go najpierw inną częścią opowieści, ale przecież kiedyś będą musieli do tego dojść. Tak, Nora była dobrą kobietą i dlatego wiedział, że nie zanurzy się z nim w żadną sieć kłamstw. Nawet gdyby namówił ją do tego w jakiś sposób, któregoś dnia by pękła. Nie kładło się takich ciężarów na ludziach niemogących ich udźwignąć.
Chwycił jego dłoń, zacisnął na niej palce zimnych rąk i obrócił palcami znajdujący się na niej pierścionek, następnie zbliżył ją do swoich warg i pocałował delikatnie zgięte knykcie.
- On nie istnieje, Laurencie. Nigdy nie istniał. Jest albo jakimś naszym urojeniem, bo nasze mózgi nie potrafią poradzić sobie z tym co widzą i muszą to jakoś... zinterpretować, albo... - Zacisnął usta w charakterystyczny dla siebie sposób - w wąską linię, pojawiającą się zawsze kiedy jego nastrój dominowały stres i zastanowienie. - Wrzyna się do nich i zostawia po sobie ślad. Nie wiem, ale wiem, że Geraldine od tego oszalała. - Wydał z siebie naprawdę nietypowy dźwięk, trochę jakby chciał się zaśmiać, ale zdusił to w sobie, żeby tylko nie przebić tonem granicy szeptu. - Kompletnie ją popierdoliło, prawie zabiła mnie, brata Nory i... - Tego trzeciego.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.