17.02.2025, 05:43 ✶
Gdyby ktoś ich teraz dostrzegł naprawdę trudno byłoby mu powiedzieć, że jeszcze niespełna kilkanaście godzin wcześniej walczyli z wymuszaną na sobie koniecznością zachowywania dystansu czy z narastającymi wątpliwościami. Nie. Nie, gdy zachowywali się niczym zupełnie inni ludzie. Tak, jakby nie mogli do końca nacieszyć się swoją obecnością, więc starali się czerpać przyjemność z każdej wspólnie spędzonej chwili.
Bowiem czy w istocie nie było w ten sposób? I czy nie tak wyglądały te wszystkie prawdziwe randki? Te, które już kiedyś mieli okazję odbywać, choć nigdy we właściwy sposób (choć czym on niby był i kto o tym decydował). Teraz też zresztą nie do końca podążali za utartymi schematami. Razem spędzili wieczór, razem wstali nad ranem, razem wyszli z domu. Nawet jeśli na chwilę się rozdzielając to wciąż razem wchodząc na teren ogrodów i zamierzając go razem opuścić. Razem było naprawdę miłym, wdzięcznym słowem. Przyjemnym akcentem w zazwyczaj tak szarej i ponurej rzeczywistości, z której objęć obecnie się wyrwali. Zachowując się inaczej niż zwykle, ale niezupełnie obco. Po prostu tak, jakby na kilka chwil przestali być ludźmi po przejściach a stali się tymi, którzy nie musieli szukać drogi (przejścia?), bo przyszłość malowała się przed nimi w naprawdę pięknych barwach. Nie w kolorze czerni, nawet jeśli to z jego powodu się tu znaleźli.
- Róże, panienko Yaxley, róże, ale nie takie zwykłe - odparł równie cichym, niemalże konspiracyjnie brzmiącym tonem głosu, dając pociągnąć się za rękę.
Chwilę wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo ekscytujące mogły być te drobne gesty, więc teraz nie mógł nic na to poradzić, że mimowolnie szeroko się uśmiechnął. Spacerowali po ogrodzie, tak po prostu splatając palce, ale było w tym coś przyprawiającego o szybsze bicie serca. Niemalże oscylującego na cienkiej granicy pomiędzy zwykłą przechadzką bez żadnych niewłaściwych czy zdrożnych gestów a potajemną schadzką w ogrodzie wciąż jeszcze pełnym zielonych i kwitnących roślin.
Jesień jeszcze nie wdarła się do Londynu. Przynajmniej niezupełnie. Było chłodno, gdy przemierzali ulice w drodze do tego miejsca, jednak tu w gąszczu krzewów i za wysokimi żywopłotami było znacznie mniej rześko. Choć nie całe to przyjemne ciepło było zasługą naturalnych osłon przed wiatrem, czyż nie? Nie dało się tego ukryć.
Nie przy częstotliwości raczej mniej niż bardziej ukradkowych zerknięć słanych przez niego ku jego towarzyszce. Nie, gdy co najmniej kilkukrotnie ich spojrzenia spotkały się na sekundę lub dwie. Zaraz odwracane w ten ponownie dziwnie figlarny sposób. Trudno byłoby mu powiedzieć, czemu tak się działo, ale w tym momencie miał jeszcze mocniejsze wrażenie, jakby w którymś momencie postanowili całkowicie cofnąć się w czasie.
Może nie do końca tak winny wyglądać standardowe początki damsko-męskich relacji. Nie w ich świecie. Już to, że znaleźli się tu całkowicie sami byłoby uznane za pewne przekroczenie granicy dobrego smaku. Na tyle subtelne, że większość osób z pewnością nic by sobie z tego nie zrobiła, ale jednak bez wątpienia.
Kolejnym (już bardziej znaczącym, choć z pozoru niewiele większym) naruszeniem konwenansów był sposób, w jaki odruchowo zareagował na to pociągnięcie go za rękę. Nie w ten prowokacyjny, ale ze wszech miar fałszywy sposób, jaki zazwyczaj towarzyszył ruchom tego typu. Nie.
Nie grali. To było szelmowskie, nie wymuszenie kokieteryjne, zaś on sam także odpowiedział na to w bardzo prosty sposób: zamieniając splatanie palców na objęcie dziewczyny w talii. Na ukradkowe rozejrzenie się dookoła (ono było już raczej teatralne), przyciągnięcie jej do siebie i jeden przelotny skradziony pocałunek.
Trwający ułamek sekundy. Nie dłużej niż mrugnięcie oka, za to całkiem słodki. Uśmiechnął się pod nosem, wyciągając ramię ku dziewczynie. W przeciągu niecałych kilku minut trzy razy przesunęli granicę. Już teraz nosiło to raczej znamiona całkiem udanej pierwszej randki, jeśli patrzyliby na to w tych kategoriach.
A chyba powinni, prawda? Nieważne jak to wyglądało. Czym tak właściwie to było i do czego zmierzali, skoro nic między sobą nie ustalili. W dalszym ciągu błądzili w gęstej mgle, tyle tylko, że teraz na krótki moment dostrzegli w niej całkiem ładnie błyszczące ogniki. Chyba nie błędne, choć ani myślał się nad tym zastanawiać.
Tym razem przyjął dokładnie tę samą narrację, co jego prześliczna towarzyszka (tak, w istocie wyglądała dziś przepięknie, lśniąc na tle ogrodu) stając z nią na jednym gruncie i bynajmniej nie miał przy tym na myśli wyłącznie terenów rosarium Lestrange'ów. Dziś nie było między nimi przepaści. Tego dnia nie stali po przeciwnych stronach barykady.
Trzymali się za ręce, obejmował ją w talii, zaraz kulturalnie, choć bez słowa proponując jej jego ramię. Za minutę bądź dwie mogąc kolejny raz zmienić zdanie, co było po prostu przyjemną częścią ich dnia. Elementem atmosfery, jaka panowała między nimi od rana. Nie musieli przesadnie się starać, aby nie zniknęła zastąpiona przez coś dużo bardziej niechcianego...
...a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie teraz. Dziś było inne. Słodsze. Pachniało bukietem lilii subtelnie oplątanych rafią, trzymanym w dłoniach Geraldine. I różami kwitnącymi w ogrodzie, choć na ten moment nie przyszło im jeszcze dostrzec żadnej z czarnych, które rzekomo miały przejmować tereny. Nie przeszli jednak jeszcze zbyt daleko. Ich kroki były powolne. Niespieszne. Spacerowe.
- Te mają być czarne - stwierdził tym samym cichym głosem, dopiero po chwili rozwijając wcześniejszą wypowiedź. - Aż dziw, że nie przyciągają tu zastępów zranionych romantyków - tym razem już tylko się uśmiechnął.
To zdecydowanie był inny, lepszy dzień. Taki powinien pozostać.
Bowiem czy w istocie nie było w ten sposób? I czy nie tak wyglądały te wszystkie prawdziwe randki? Te, które już kiedyś mieli okazję odbywać, choć nigdy we właściwy sposób (choć czym on niby był i kto o tym decydował). Teraz też zresztą nie do końca podążali za utartymi schematami. Razem spędzili wieczór, razem wstali nad ranem, razem wyszli z domu. Nawet jeśli na chwilę się rozdzielając to wciąż razem wchodząc na teren ogrodów i zamierzając go razem opuścić. Razem było naprawdę miłym, wdzięcznym słowem. Przyjemnym akcentem w zazwyczaj tak szarej i ponurej rzeczywistości, z której objęć obecnie się wyrwali. Zachowując się inaczej niż zwykle, ale niezupełnie obco. Po prostu tak, jakby na kilka chwil przestali być ludźmi po przejściach a stali się tymi, którzy nie musieli szukać drogi (przejścia?), bo przyszłość malowała się przed nimi w naprawdę pięknych barwach. Nie w kolorze czerni, nawet jeśli to z jego powodu się tu znaleźli.
- Róże, panienko Yaxley, róże, ale nie takie zwykłe - odparł równie cichym, niemalże konspiracyjnie brzmiącym tonem głosu, dając pociągnąć się za rękę.
Chwilę wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo ekscytujące mogły być te drobne gesty, więc teraz nie mógł nic na to poradzić, że mimowolnie szeroko się uśmiechnął. Spacerowali po ogrodzie, tak po prostu splatając palce, ale było w tym coś przyprawiającego o szybsze bicie serca. Niemalże oscylującego na cienkiej granicy pomiędzy zwykłą przechadzką bez żadnych niewłaściwych czy zdrożnych gestów a potajemną schadzką w ogrodzie wciąż jeszcze pełnym zielonych i kwitnących roślin.
Jesień jeszcze nie wdarła się do Londynu. Przynajmniej niezupełnie. Było chłodno, gdy przemierzali ulice w drodze do tego miejsca, jednak tu w gąszczu krzewów i za wysokimi żywopłotami było znacznie mniej rześko. Choć nie całe to przyjemne ciepło było zasługą naturalnych osłon przed wiatrem, czyż nie? Nie dało się tego ukryć.
Nie przy częstotliwości raczej mniej niż bardziej ukradkowych zerknięć słanych przez niego ku jego towarzyszce. Nie, gdy co najmniej kilkukrotnie ich spojrzenia spotkały się na sekundę lub dwie. Zaraz odwracane w ten ponownie dziwnie figlarny sposób. Trudno byłoby mu powiedzieć, czemu tak się działo, ale w tym momencie miał jeszcze mocniejsze wrażenie, jakby w którymś momencie postanowili całkowicie cofnąć się w czasie.
Może nie do końca tak winny wyglądać standardowe początki damsko-męskich relacji. Nie w ich świecie. Już to, że znaleźli się tu całkowicie sami byłoby uznane za pewne przekroczenie granicy dobrego smaku. Na tyle subtelne, że większość osób z pewnością nic by sobie z tego nie zrobiła, ale jednak bez wątpienia.
Kolejnym (już bardziej znaczącym, choć z pozoru niewiele większym) naruszeniem konwenansów był sposób, w jaki odruchowo zareagował na to pociągnięcie go za rękę. Nie w ten prowokacyjny, ale ze wszech miar fałszywy sposób, jaki zazwyczaj towarzyszył ruchom tego typu. Nie.
Nie grali. To było szelmowskie, nie wymuszenie kokieteryjne, zaś on sam także odpowiedział na to w bardzo prosty sposób: zamieniając splatanie palców na objęcie dziewczyny w talii. Na ukradkowe rozejrzenie się dookoła (ono było już raczej teatralne), przyciągnięcie jej do siebie i jeden przelotny skradziony pocałunek.
Trwający ułamek sekundy. Nie dłużej niż mrugnięcie oka, za to całkiem słodki. Uśmiechnął się pod nosem, wyciągając ramię ku dziewczynie. W przeciągu niecałych kilku minut trzy razy przesunęli granicę. Już teraz nosiło to raczej znamiona całkiem udanej pierwszej randki, jeśli patrzyliby na to w tych kategoriach.
A chyba powinni, prawda? Nieważne jak to wyglądało. Czym tak właściwie to było i do czego zmierzali, skoro nic między sobą nie ustalili. W dalszym ciągu błądzili w gęstej mgle, tyle tylko, że teraz na krótki moment dostrzegli w niej całkiem ładnie błyszczące ogniki. Chyba nie błędne, choć ani myślał się nad tym zastanawiać.
Tym razem przyjął dokładnie tę samą narrację, co jego prześliczna towarzyszka (tak, w istocie wyglądała dziś przepięknie, lśniąc na tle ogrodu) stając z nią na jednym gruncie i bynajmniej nie miał przy tym na myśli wyłącznie terenów rosarium Lestrange'ów. Dziś nie było między nimi przepaści. Tego dnia nie stali po przeciwnych stronach barykady.
Trzymali się za ręce, obejmował ją w talii, zaraz kulturalnie, choć bez słowa proponując jej jego ramię. Za minutę bądź dwie mogąc kolejny raz zmienić zdanie, co było po prostu przyjemną częścią ich dnia. Elementem atmosfery, jaka panowała między nimi od rana. Nie musieli przesadnie się starać, aby nie zniknęła zastąpiona przez coś dużo bardziej niechcianego...
...a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie teraz. Dziś było inne. Słodsze. Pachniało bukietem lilii subtelnie oplątanych rafią, trzymanym w dłoniach Geraldine. I różami kwitnącymi w ogrodzie, choć na ten moment nie przyszło im jeszcze dostrzec żadnej z czarnych, które rzekomo miały przejmować tereny. Nie przeszli jednak jeszcze zbyt daleko. Ich kroki były powolne. Niespieszne. Spacerowe.
- Te mają być czarne - stwierdził tym samym cichym głosem, dopiero po chwili rozwijając wcześniejszą wypowiedź. - Aż dziw, że nie przyciągają tu zastępów zranionych romantyków - tym razem już tylko się uśmiechnął.
To zdecydowanie był inny, lepszy dzień. Taki powinien pozostać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down