Widział różne miny, które strzelał Flynn. Były pejzażem malowanym pędzlem szaleńca, były delikatnym wyszywaniem bawełnianą nicą, były miękkością marmuru, z którego rzeźbiarz próbował coś stworzyć i pomnikiem ze spiżu, w którym nie dało się już niczego zmienić. Wszystkie te obrazy, cała kolekcja przeróżnych mimik, a ciągle pokazywał, że miał coś w zanadrzu. To był najsmutniejszy uśmiech, jaki u niego widział, bo był jak cios w policzek. Dokładnie tak - coś, co nie powinno się pojawić między nimi. Wyciągnął swoją dłoń do jego ust i nakrył je swoimi palcami, lekko pokręcił głową. Nieme nie rób tak wyrysowało się w powietrzu. Zamarło na jego własnych wargach, nigdy niewypowiedziane. Nie musiał udawać. Mógł próbować - ale oczy go zdradzały. Pewnie zawsze będą to robiły. Ciepłe, pieskie oczy, które teraz były jak studnie. Prowadziły prosto do Piekła. Do tej jaskini, gdzie drzemał brat Geraldine. Gdzie pochowane zostały horrory, które zostały z uczestnikami tej historii na zawsze.
- Tak? A bardzo mocno? - Powiedział to tym trochę zaczepnym głosem, ale miał wrażenie, że jeszcze chwila i przegra z maskaradą, robiąc dokładnie to, czego miał nie robić Flynn - udając. Ktoś musiał trzymać fason, kiedy ta druga strona chwiała się w całych swoich posadach. Choć... Flynn chyba już nawet się nie chwiał. Chyba i na to nie było sił - więc po prostu leżał. Ociężały, w bezruchu, zupełnie jak nie on. Serce Laurenta z minuty na minutę przyśpieszało swojego tępa i zaczynało go już kłuć w klatce piersiowej. Zadziwiające, że emocje mogą przysparzać fizycznego bólu.
Kochał niewystarczająco mocno, żeby jedynym wyjściem z rozpaczy nie wydała się śmierć.
- Jaki... inny i nowy? - Niewiele z tego rozumiał. Nie bardzo to rozumiał. Tajemnica rosła i przybierała na sile. Ugniecione ciasto drożdżowe pozostawione przy odpowiednim cieple, które miało zamienić się w coś słodkiego, stawało się nagle obrzydliwe, zgniłe i nienadające się do spożycia. Lecz rosło. Zielono-biały meszek porastał je coraz szczelniej, a ciasto wylewało się z misy na blat. Śmierdziało. W zupełnym kontraście do tego, że Flynn nie śmierdział nawet fajkami. - I... jakie informacje, czemu zbierasz informacje o mojej rodzinie? - To też go zaniepokoiło. Szczególnie, że było wypowiadane tutaj - w tym domu. Miał pewność, że gdyby ktoś tu wpadł i przyłapał Flynna... to nie obyłoby się bez przemocy. Wcale nie miał pewności, czy jego wyjaśnienia i wstawiennictwo cokolwiek by zmieniły. W końcu Edward zawsze wiedział wszystko najlepiej. - Jaki potwór? Potwór to ty? - Podniósł się, żeby móc z góry spojrzeć w jego oczy. Nie krył już niepokoju. Nie potrafił go ukryć. - Flynn, zaczynam się bać. Co się stało? - Zadał to pytanie, którego próbował unikać, albo przynajmniej trochę je odsuwać, by nie zetknęło się z czarnowłosym od razu po jego pojawieniu się. Obserwował, jak całuje jego dłoń. Jakby chciał się upewnić, że ten pierścionek był na swoim miejscu. Był. - Co ty opowiadasz? Geraldine jest... brutalna... ale nie zabiłaby... - Człowieka? Na pewno? Kogo dalej - znajomego? Nie zaprzeczał dalej. Nie bardzo rozumiał, o co chodzi. Co się dzieje. Brat Geraldine - na pewno nie Astaroth, on był prawdziwy i realny. - Thoran? Mówisz o Thoranie? - Tym samym, który mu narobił paskudnych szkód w New Forest?