17.02.2025, 15:43 ✶
To było miłe. Naprawdę miłe uczucie. Coś, co obecnie praktycznie im się nie zdarzało. Coś nieoczekiwanego, nawet jeśli padło z jego własnych ust. Nie zastanawiał się zbyt długo nad złożeniem Rinie propozycji i nie żałował tego ani przez chwilę, całkiem umiejętnie wypierając jakiekolwiek zdroworozsądkowe myśli. Nie były im teraz potrzebne.
- Nie, nie jest - przytaknął, wbijając wzrok w dosyć odległe drzewo majaczące w oddali, wokół pnia którego oplatały się obiecująco wyglądające pnącza.
Byli jednak jeszcze stanowczo zbyt daleko, aby móc dojrzeć coś bardziej znaczącego, toteż Ambroise nie wskazał tego Geraldine. Nie przyspieszył też kroku. W końcu znaleźli się tu na spacer, nie w celu sycenia jego badawczych skłonności. Jasne, cholernie go to interesowało, nie mógł tego ukryć, ale jednocześnie nie chciał, żeby jego dziewczyna doznała wrażenia, że zabrał ją tu wyłącznie z łaski. Czy z przymusu, bo przecież tak też to mogło wyglądać.
Odkąd opuścili leże dopplegangera nie rozdzielali się na dłużej niż na kilka godzin. A i wtedy on sam instynktownie myślał o konieczności powrotu do domu, czując ten nieokreślony niepokój władający jego umysłem. Tak, być może to był wynik tamtych wydarzeń. Na pewno był to wynik tamtych wydarzeń. Coś na kształt paranoi, może skrzętnie wypieranej traumy. Czegoś, czego nawet nie chciał ani nie próbował nazwać.
Liczył się tylko fakt, że spędzili ze sobą niemalże tydzień. Praktycznie cały jego urlop wzięty na okoliczność polowania na demona. Zadania, z którego co prawda mógł nie wrócić (więc papierologia powinna być ostatnią rzeczą, jaką należało się zajmować), ale i tak zadbał o to, aby mieć czysto w papierach. Pierwszy dyżur czekał go dopiero za dwa dni i to wieczorem.
Do tego czasu mogli...
...no, właśnie. Niby mogli, niby nie mogli. Nie powinni, ale jednocześnie raz po raz szukali wzajemnego dotyku i kontaktu. W przypływie emocji i szoku pojawili się w ich dawnym nadmorskim domu, nie tylko zostając tam wtedy na noc, lecz po kilku dniach uświadamiając sobie, że zaczęli zachowywać się tak, jakby faktycznie planowali tam wrócić na dłużej. Być może ostatnią noc spędzili w jego mieszkaniu przy Horyzontalnej, ale to do Whitby sprowadzili swoje zwierzęta. To o konieczności dokonywania napraw w tamtym miejscu już parokrotnie rozmawiali. To ono przyciągało ich uwagę.
No, jeśli ta nie była skupiona na sobie nawzajem, a jednak nie dało się ukryć, że przez większość czasu właśnie tak było. Posyłali sobie mniej lub bardziej ostrożne spojrzenia. Z chwili na chwilę coraz bardziej odruchowo przychodziło im robienie tych wszystkich małych rzeczy. Nieduże, całkiem słodkie i czułe gesty. Kosmyk włosów wsunięty za ucho, przelotny pocałunek, nieco tłumiony uśmiech.
Gdyby nie to, że nie dało się ukryć tego, kim w istocie byli, z zewnątrz naprawdę mogli sprawiać wrażenie po prostu jednej z tych kolejnych par. Młodych i zakochanych. Dopiero rozpoczynających ostrożne zaloty. Dyskretne obdarzanie się dotykiem, ukradkowe kradnięcie pocałunków, skryte, na swój sposób konspiracyjne uśmiechy. Prowadzili cichą rozmowę, nachylając się ku sobie, nie stroniąc od kontaktu, jednak jak na nich całkiem niewinnego.
Prawdopodobnie nigdy nie byli jeszcze tak blisko dawania złudzenia całkowicie normalnej pary. No, poza tym drobnym faktem, że mało która całkowicie standardowa para mogła pozwolić sobie na prywatne spotkanie w środowy poranek. Takie spacery były zazwyczaj rezerwowane na popołudnia czy też wczesne wieczory. Nawet pośród ludzi z ich środowiska. Przynajmniej tego społecznego, bo zawodowo oboje raczej wyłamywali się ze standardowych ram.
Tych, w których nigdy nie lubili być, niemal zawsze podążając za swoimi oczekiwaniami i planami. Całe szczęście nikt nie usiłował narzucać im stylu życia. Szczególnie wtedy wiele lat wstecz, gdy znaleźli się pośród tłumu innych ludzi. Kiedy podjęli decyzję o tym, że chcą należeć do siebie nawzajem i do nikogo innego. Ich rodziny były raczej na tyle zadowolone z faktu, że oboje nareszcie zdecydowali się na wejście w stały związek z kimś o właściwym statusie, że nie musieli słuchać narzekań na nieco niestandardowe postępowanie.
Może na samym początku usiłowali sprawiać pozory. Przynajmniej podczas tych pierwszych spotkań z członkami rodów. Jednak bardzo szybko przestali kryć się ze wspólnym mieszkaniem. Po tygodniu czy dwóch dostał od swoich teściów pierwszy list adresowany na mieszkanie Geraldine. Później kolejne. Jego własna rodzina również bez zbędnych pytań przeszła z tym do porządku dziennego.
Po prostu ze sobą zamieszkali. Z dnia na dzień, nawet bez zbyt wielu rozmów i rozważań. Niby nigdy nie mówiąc wprost o innych sprawach idących w parze z tą zmianą, ale nie trudno było domyślić się, że nie byli współlokatorami z osobnymi pokojami. Ani tym bardziej, że nie czekali do ślubu ze skonsumowaniem swojego związku.
- Wtedy pewnie je zamkną - stwierdził całkiem realistycznie jak na to, że w tym momencie ani trochę nie zachowywał się jak ta racjonalna wersja siebie. - Wiesz jak to jest, mało kto potrafi szanować naturę - to mówiąc, lekko wzruszył ramionami.
Randkowali, tak. Robili to w przeszłości, ale czy kiedykolwiek mieli okazję tak naprawdę się ze sobą spotykać? Nie jako przyjaciele plączący się w uczuciach. Nie jako ludzie nie do końca wiedzący, gdzie leżą granice ich oczekiwań. Jako młoda, zakochana para prowadząca osobne życia, ale skłonna ku temu, by powoli zacząć je ze sobą łączyć. Splatać jak to teraz robili ze swoimi ramionami.
Nie. To było na swój sposób całkiem nowe. Myśl o tym, że randkowali, jakby byli kimś zupełnie innym. Szczęśliwym i beztroskim. Choć przecież tego dnia kolejny raz obudzili się tuż obok siebie, wcześniejsze dni spędzali w jednym domu i wielokrotnie rozmawiali o rzeczach typowych raczej dla starego małżeństwa.
Momentami bardzo zgryźliwego, bo nie dało się ukryć, że było między nimi naprawdę dużo niedopowiedzeń, różnic w opiniach i gorzkich słów. Te jednak zostały gdzieś daleko za nimi. Przynajmniej chwilowo.
- Właściwie to nawet nie tyle nie są szczególnie częste, co same z siebie w ogóle nie występują w naturze. Nie takie, wiesz - jego głos był cichy i spokojny, głęboki i opanowany, bez dwóch zdań wskazując na to, że szykował się do co najmniej krótkiego wykładu na temat tego fenomenu. - Są wspominane w książkach, fakt, ale bardziej w formie motywu literackiego, metafory, elementu dodającego dramatyzmu czy czegoś w ten deseń. We właściwych księgach, tych naukowych, występują raczej jako ciekawostka. Mit, legenda, coś, gdzieś, kiedyś. Większość czarnych róż, jakie widzisz na straganach, w kwiaciarniach czy o których słyszysz w opowieściach... ...na przykład tych rzekomo rosnących w Turcji... ...w rzeczywistości jest albo sztucznie barwiona, albo zaczarowana, albo w istocie po prostu bardzo, bardzo ciemnobordowa. Technicznie rzecz biorąc, nie ma czegoś takiego jak naturalne czarne róże. Nawet w naszym świecie - tu rzecz jasna miał na myśli czarodziejów - albo przynajmniej nie było... ...jak do tej pory - stwierdził z zamyśleniem, nie zatrzymując się ani na moment, tylko niespiesznym krokiem podążając w obranym kierunku.
- Nie, nie jest - przytaknął, wbijając wzrok w dosyć odległe drzewo majaczące w oddali, wokół pnia którego oplatały się obiecująco wyglądające pnącza.
Byli jednak jeszcze stanowczo zbyt daleko, aby móc dojrzeć coś bardziej znaczącego, toteż Ambroise nie wskazał tego Geraldine. Nie przyspieszył też kroku. W końcu znaleźli się tu na spacer, nie w celu sycenia jego badawczych skłonności. Jasne, cholernie go to interesowało, nie mógł tego ukryć, ale jednocześnie nie chciał, żeby jego dziewczyna doznała wrażenia, że zabrał ją tu wyłącznie z łaski. Czy z przymusu, bo przecież tak też to mogło wyglądać.
Odkąd opuścili leże dopplegangera nie rozdzielali się na dłużej niż na kilka godzin. A i wtedy on sam instynktownie myślał o konieczności powrotu do domu, czując ten nieokreślony niepokój władający jego umysłem. Tak, być może to był wynik tamtych wydarzeń. Na pewno był to wynik tamtych wydarzeń. Coś na kształt paranoi, może skrzętnie wypieranej traumy. Czegoś, czego nawet nie chciał ani nie próbował nazwać.
Liczył się tylko fakt, że spędzili ze sobą niemalże tydzień. Praktycznie cały jego urlop wzięty na okoliczność polowania na demona. Zadania, z którego co prawda mógł nie wrócić (więc papierologia powinna być ostatnią rzeczą, jaką należało się zajmować), ale i tak zadbał o to, aby mieć czysto w papierach. Pierwszy dyżur czekał go dopiero za dwa dni i to wieczorem.
Do tego czasu mogli...
...no, właśnie. Niby mogli, niby nie mogli. Nie powinni, ale jednocześnie raz po raz szukali wzajemnego dotyku i kontaktu. W przypływie emocji i szoku pojawili się w ich dawnym nadmorskim domu, nie tylko zostając tam wtedy na noc, lecz po kilku dniach uświadamiając sobie, że zaczęli zachowywać się tak, jakby faktycznie planowali tam wrócić na dłużej. Być może ostatnią noc spędzili w jego mieszkaniu przy Horyzontalnej, ale to do Whitby sprowadzili swoje zwierzęta. To o konieczności dokonywania napraw w tamtym miejscu już parokrotnie rozmawiali. To ono przyciągało ich uwagę.
No, jeśli ta nie była skupiona na sobie nawzajem, a jednak nie dało się ukryć, że przez większość czasu właśnie tak było. Posyłali sobie mniej lub bardziej ostrożne spojrzenia. Z chwili na chwilę coraz bardziej odruchowo przychodziło im robienie tych wszystkich małych rzeczy. Nieduże, całkiem słodkie i czułe gesty. Kosmyk włosów wsunięty za ucho, przelotny pocałunek, nieco tłumiony uśmiech.
Gdyby nie to, że nie dało się ukryć tego, kim w istocie byli, z zewnątrz naprawdę mogli sprawiać wrażenie po prostu jednej z tych kolejnych par. Młodych i zakochanych. Dopiero rozpoczynających ostrożne zaloty. Dyskretne obdarzanie się dotykiem, ukradkowe kradnięcie pocałunków, skryte, na swój sposób konspiracyjne uśmiechy. Prowadzili cichą rozmowę, nachylając się ku sobie, nie stroniąc od kontaktu, jednak jak na nich całkiem niewinnego.
Prawdopodobnie nigdy nie byli jeszcze tak blisko dawania złudzenia całkowicie normalnej pary. No, poza tym drobnym faktem, że mało która całkowicie standardowa para mogła pozwolić sobie na prywatne spotkanie w środowy poranek. Takie spacery były zazwyczaj rezerwowane na popołudnia czy też wczesne wieczory. Nawet pośród ludzi z ich środowiska. Przynajmniej tego społecznego, bo zawodowo oboje raczej wyłamywali się ze standardowych ram.
Tych, w których nigdy nie lubili być, niemal zawsze podążając za swoimi oczekiwaniami i planami. Całe szczęście nikt nie usiłował narzucać im stylu życia. Szczególnie wtedy wiele lat wstecz, gdy znaleźli się pośród tłumu innych ludzi. Kiedy podjęli decyzję o tym, że chcą należeć do siebie nawzajem i do nikogo innego. Ich rodziny były raczej na tyle zadowolone z faktu, że oboje nareszcie zdecydowali się na wejście w stały związek z kimś o właściwym statusie, że nie musieli słuchać narzekań na nieco niestandardowe postępowanie.
Może na samym początku usiłowali sprawiać pozory. Przynajmniej podczas tych pierwszych spotkań z członkami rodów. Jednak bardzo szybko przestali kryć się ze wspólnym mieszkaniem. Po tygodniu czy dwóch dostał od swoich teściów pierwszy list adresowany na mieszkanie Geraldine. Później kolejne. Jego własna rodzina również bez zbędnych pytań przeszła z tym do porządku dziennego.
Po prostu ze sobą zamieszkali. Z dnia na dzień, nawet bez zbyt wielu rozmów i rozważań. Niby nigdy nie mówiąc wprost o innych sprawach idących w parze z tą zmianą, ale nie trudno było domyślić się, że nie byli współlokatorami z osobnymi pokojami. Ani tym bardziej, że nie czekali do ślubu ze skonsumowaniem swojego związku.
- Wtedy pewnie je zamkną - stwierdził całkiem realistycznie jak na to, że w tym momencie ani trochę nie zachowywał się jak ta racjonalna wersja siebie. - Wiesz jak to jest, mało kto potrafi szanować naturę - to mówiąc, lekko wzruszył ramionami.
Randkowali, tak. Robili to w przeszłości, ale czy kiedykolwiek mieli okazję tak naprawdę się ze sobą spotykać? Nie jako przyjaciele plączący się w uczuciach. Nie jako ludzie nie do końca wiedzący, gdzie leżą granice ich oczekiwań. Jako młoda, zakochana para prowadząca osobne życia, ale skłonna ku temu, by powoli zacząć je ze sobą łączyć. Splatać jak to teraz robili ze swoimi ramionami.
Nie. To było na swój sposób całkiem nowe. Myśl o tym, że randkowali, jakby byli kimś zupełnie innym. Szczęśliwym i beztroskim. Choć przecież tego dnia kolejny raz obudzili się tuż obok siebie, wcześniejsze dni spędzali w jednym domu i wielokrotnie rozmawiali o rzeczach typowych raczej dla starego małżeństwa.
Momentami bardzo zgryźliwego, bo nie dało się ukryć, że było między nimi naprawdę dużo niedopowiedzeń, różnic w opiniach i gorzkich słów. Te jednak zostały gdzieś daleko za nimi. Przynajmniej chwilowo.
- Właściwie to nawet nie tyle nie są szczególnie częste, co same z siebie w ogóle nie występują w naturze. Nie takie, wiesz - jego głos był cichy i spokojny, głęboki i opanowany, bez dwóch zdań wskazując na to, że szykował się do co najmniej krótkiego wykładu na temat tego fenomenu. - Są wspominane w książkach, fakt, ale bardziej w formie motywu literackiego, metafory, elementu dodającego dramatyzmu czy czegoś w ten deseń. We właściwych księgach, tych naukowych, występują raczej jako ciekawostka. Mit, legenda, coś, gdzieś, kiedyś. Większość czarnych róż, jakie widzisz na straganach, w kwiaciarniach czy o których słyszysz w opowieściach... ...na przykład tych rzekomo rosnących w Turcji... ...w rzeczywistości jest albo sztucznie barwiona, albo zaczarowana, albo w istocie po prostu bardzo, bardzo ciemnobordowa. Technicznie rzecz biorąc, nie ma czegoś takiego jak naturalne czarne róże. Nawet w naszym świecie - tu rzecz jasna miał na myśli czarodziejów - albo przynajmniej nie było... ...jak do tej pory - stwierdził z zamyśleniem, nie zatrzymując się ani na moment, tylko niespiesznym krokiem podążając w obranym kierunku.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down