- Wysłałem jej ten list, ona mi odpisała, że przeprasza i nadal zadawała głupie pytania... Serio, wszystko wydawało się być z nią okej. Ty mi później powiedziałeś, że zachowała się okrutnie, ja niczego dziwnego od niej nie zauważyłem. Wysłała mi masę kasy w ramach „rekompensaty”. - Znowu wyglądał, jakby miał się zaśmiać, ale to zdusił. Tym razem przyznał się dlaczego. - Za mało mnie zna, żeby wiedzieć, że takim ludziom nie daje się pieniędzy. Pod koniec sierpnia był kolejny list. Brzmiał już agresywniej, ale ja też jestem czasem agresywny. Zgodziłem się pomóc i zabrała mnie spod The Loft, a to... cokolwiek to było, nazwała Doppelgangerem. Teleportowała nas chuj wie gdzie, namierzyła go w jakiejś pieprzonej jaskini i to było już jasne, dlaczego w ogóle mnie tam ze sobą chciała, przynajmniej tak mi się wydawało... Mówiła jakieś jebane kocopoły. Jest przebiegły i zna wiele sztuczek. Jakich? Nie wiem kurwa, nie wiem co ona sobie myślała. Wydaje mi się, że nic, że ona oszalała. Byłem ja, ona, Thomas Figg czyli brat Nory i... koleś, którego nie kojarzę tak naprawdę, Ambroise. Wysoki, tak na metr dziewięćdziesiąt, bo był wzrostu Thomasa. Z długimi blond... znaczy jasnymi włosami. Zjarany od słońca. Figg mówił, że to coś chce zająć jej miejsce i chciał to zapieczętować, ale ona nie chciała go słuchać. Drwiła z niego, gadała o tym, że nie przyszła go zapieczętować tylko rozpierdolić i nie pytaj mnie w takim razie, po co go ze sobą zabrała. Wejście było zbudowane przez ludzi, to musiała być jakaś pułapka albo grobowiec, bo nie dało się stamtąd teleportować. Ja też z niej drwiłem, nie rozumiałem kompletnie, po co mamy się wpierdalać w jakieś siedlisko pod ziemią, zamiast poczekać, aż on przyjdzie do niej. A ona była niesamowicie skupiona na tej misji. Jakaś jej koleżanka, Florence, gadała z nią przez lusterka i dawała jej dodatkowe informacje, potwierdzając kurwa to, że nigdy nie powinniśmy tam schodzić. Ona się uparła, że schodzimy, tylko narysujemy sobie na czole jakieś runy. - Streszczanie tego było absurdalne - nie czuł się z tym dobrze, w ogóle nie leżała mu ta tematyka i plątały mu się gdzieniegdzie słowa, czasem musiał się zatrzymać i wziąć jeszcze kilka wdechów. On był wynalazcą, człowiekiem z miasta, kimś zatopionym w mugolskim świecie jak w bursztynie. Ta historia w ogóle do niego nie pasowała. Wyprawa w nieznane, do gęstego lasu, gdzie biegał po jaskiniach w poszukiwaniu demona? Jego jaskiniami były Ścieżki. Korytarze stworzone przez ludzi, bez których całe istnienie wydawało się bezsensem. Wrogami Crowa też byli ludzie. Tak wiele czytał, tak wiele potrafił, ale wciąż... wiele aspektów świata czarodziejskiego wydawała mu się obca. - Znasz mnie, wiesz, że nie mówiłem wiele. Oni gadali ze sobą jak przyjaciele. Przedrzeźniali się, gadali o córce Nory. I to wszystko po to, żeby... Kurwa, szliśmy przez ten korytarz, Laurent, ciemno tam było jak w dupie, możesz to sobie wyobrazić. Ja szedłem pierwszy i nagle okazało się, że Thomasa z nami nie ma. Było tak ciasno, że musieliśmy przeciskać się gęsiego i oni go zgubili, zorientowaliśmy się dopiero na końcu korytarza. Masa rozwidleń, dziur tam było jak w serze. No to zacząłem się cofać, przecież nie było mowy, żeby iść dalej bez niego, a oni się zachowywali, jakby robił im tym na złość i ich spowalniał. Rzucali jakimiś tekstami, że wiedział, na co się pisze i nie chcieli iść go ratować. Musiałem im na środku tego chujostwa zrobić przemowę, żeby się cofnęli, to było jak... karykatura świata. Jak ich do tego zmusiłem, to okazało się, że ten potwór cały czas z nim był. Próbował go tam zabić. I Laurent... ja tak sobie po czasie myślę, że może to ma jakieś wytłumaczenie - bo Thomas doznał tam omamów i tak sobie myślałem, że może oni też. Ale w mój umysł też się wdarł. Pokazywał mi sceny z Kotła, to co się tam stało, co mogło się stać. To było obrzydliwe. Jednocześnie potrafiłem odróżnić to od rzeczywistości, a Geraldine... Jak gdyby nigdy nic świsnęła w to takim zaklęciem, które gdyby nie trafiła, zabiłoby mnie i Figga, bo staliśmy tuż obok. Naoglądałem się w życiu wystarczająco czarnoksiężników, żeby wiedzieć, co tam się stało. A później... To chyba było najgłupsze. Jak to zarżnęli i zobaczyli, jak wypływa z tego czarna ciecz jebiąca siarką, to polali to jeszcze jakąś substancją i rzucili na to zapalniczkę. Byliśmy... w chuj stóp pod ziemią, a oni rozpalili tam ognisko. Figg tam zbierał jakiś garnek, bo chciał to zapieczętować, a ona wyczarowywała w tej jaskini pierdolony huragan, który jeszcze bardziej podsycał ten ogień i dusiliśmy się od dymu. Czołgałem się z nim do góry przy ziemi jak pod koniec poprzedniej dekady, jak spierdoliłem na Dantego cały sufit korytarza. Kurwa mać, ona chyba wierzy, że to coś zabiła, ale ja nie wierzę już w nic, wyszedłem stamtąd, pożegnałem się z Figgiem i poszedłem do... - zamarł. Nagle zdał sobie sprawę z tego, że to było całkiem logiczne - iść do Raziela, bo przecież Raziel był częścią tego już wcześniej. Ta logika całkiem zgrabnie przykrywała paskudną prawdę o tym, że bardzo potrzebował tego, co działo się po najgorszych sytuacjach ze Ścieżek. Szybkie obmycie go z krwi. Seks, po którym zapominało się o całym tym stresie. Pójście spać po dużej dawce czegoś, co mugolowi pewnie pomogłoby co najwyżej w uduszeniu się w nocy. - Poszedłem znowu do Raziela i... Mieszkanie było puste i... - Bardzo go ta próba zdrady bolała, nawet jeżeli dostał na nią przyzwolenie, ale... Nie miał pojęcia, że będzie tak ciężko to powiedzieć. - Nekrolog... - Zaszlochał. - Wisiał... - Odebrało mu całą odwagę do dokończenia tej opowieści. Pstryknął palcami. Żaden dźwięk nie mógł wydostać się poza obręb tej sypialni, żadna cząstka nie miała prawa przelecieć przez te drzwi. Za bardzo bał się, że nagłe wybuchnięcie płaczem naruszy niepisaną granicę, ponad którą nie było wolno unosić tutaj głosu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.