17.02.2025, 23:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2025, 23:13 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie miał w zwyczaju ignorować stukania do drzwi, gdy je słyszał i nie był akurat zajęty czymś, co i tak sprawiało, że musiałby ruszyć się w kierunku wejścia do pomieszczenia albo co najmniej machnąć różdżką, aby przekręcić zamek. W momencie, w którym nie potrzebował odgradzać się od otoczenia na korytarzu zamykaniem drzwi na klucz, raczej zwracał uwagę na pukanie. Nawet tak osobliwe jak jednokrotne uderzenie o drewno.
- Proszę - rzucił całkiem głośno i wyraźnie, na pewno na tyle, aby zostać usłyszanym, choć prawdę mówiąc wolałby w tej chwili nie musieć odpowiadać na wezwania.
Ledwo co usiadł przy biurku, racząc się już dawno wystygniętą herbatą i co jakiś czas wrzucając sobie czekoladowego cukierka do ust, bo chociaż nie był fanem słodyczy, tego wieczoru zdecydowanie nimi nie pogardzał. To był raczej trudny dyżur. Zwłaszcza po tylu dniach spędzonych w innym otoczeniu, powroty do rzeczywistości bywały trudne.
Pikuś w tym, że Ambroise nijak nie spodziewał się unieść spojrzenia na tę konkretną osobę, która przeszła przez próg jego gabinetu. Zresztą nie od razu podniósł wzrok znad sterty papierów do pilnego uzupełnienia po powrocie z urlopu i kolejnej czekającej na niego w związku z naprawdę chaotycznym wczesnym wieczorem. Obecnie rozgardiasz trochę się uspokoił. Oddział ucichł, stało się niemal sennie, całkiem błogo jak na standardy szpitala.
Ciemność panującą za oknami rozpraszały latarnie uliczne, których światła odbijały się od kropel deszczu na oknie. Drgały w mżawce wiszącej w powietrzu, której wilgoć dało się wyczuć nawet wewnątrz pomieszczenia. Jedno z trzech okien za plecami Greengrassa było bowiem nieznacznie uchylone górą, wpuszczając do środka chłodnawy powiew jesiennego wiatru.
Nie uwzględniając turkotania żaluzji poruszanej przez podmuch powietrza i skrobania pióra po pergaminie, nic ani nikt dotychczas nie przerywał ciszy panującej w gabinecie. Zadziwiająco posprzątanym jak na fakt, że w domu zazwyczaj robił wokół siebie spory bałagan. Tu wszystko sprawiało wrażenie poukładanego, mającego swoje własne miejsce, ale niekoniecznie przesadnie sterylnego czy pedantycznego.
Gdzieniegdzie bez wątpienia dało się dostrzec osobiste akcenty. Małe szczegóły świadczące o charakterze osoby spędzającej tu mimo wszystko większą część swojego życia. Być może na długim biurku nie stały żadne zdjęcia. Nie wisiały również na ścianach obok całkiem pokaźnej kolekcji oprawionych dyplomów i certyfikatów. Szczególnie wiele z nich było datowane na ostatnie dwa lata, kiedy to zupełnie wsiąkł w szukanie sobie zajęcia i celu na każdy dzień tygodnia, którego nie spędzał na dyżurze. Miał jednak też kilka kwiatków doniczkowych poustawianych na parapecie i szafach, na wieszaki na ubrania wisiał zapomniany szalik a za kolejnymi teczkami i bukietem kwiatów w wazonie, na tacce leżała obecnie zdjęta biżuteria.
Kończąc linijkę tekstu zamaszystym podpisem, odchrzaknął na dźwięk butów stukających o podłogę i wreszcie wyrwał się z zamyślenia. Unosząc wzrok i...
...blednąc. Tak samo jak nie zwrócił uwagi na to, że odruchowo rozszerzyły mu się powieki a puls przyspieszył. Nie spostrzegł tego, ale zdecydowanie pobladł. Nie mógł nic na to poradzić. Nie spodziewał się zobaczyć u siebie Geraldine. Zwłaszcza, że doskonale znał jej podejście do szpitali, toteż mimowolnie przez głowę przepłynęły mu same niepokojące myśli.
- Rina - mruknął po części zdziwiony, nie do końca wierzący w widok przed jego oczami, po części zaś momentalnie brzmiąc na zaniepokojonego. - Co się stało? Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Potrzebujesz pomocy? - Te wszystkie pytania nie padły, skondensowanego do jednego, bardzo prostego. - Jak źle? - Oczekiwał jasnej odpowiedzi, choć i tak zaczął już podnosić się z miejsca, żeby do niej podejść.
Wystarczyło, że zamknęły się za nią drzwi.
- Proszę - rzucił całkiem głośno i wyraźnie, na pewno na tyle, aby zostać usłyszanym, choć prawdę mówiąc wolałby w tej chwili nie musieć odpowiadać na wezwania.
Ledwo co usiadł przy biurku, racząc się już dawno wystygniętą herbatą i co jakiś czas wrzucając sobie czekoladowego cukierka do ust, bo chociaż nie był fanem słodyczy, tego wieczoru zdecydowanie nimi nie pogardzał. To był raczej trudny dyżur. Zwłaszcza po tylu dniach spędzonych w innym otoczeniu, powroty do rzeczywistości bywały trudne.
Pikuś w tym, że Ambroise nijak nie spodziewał się unieść spojrzenia na tę konkretną osobę, która przeszła przez próg jego gabinetu. Zresztą nie od razu podniósł wzrok znad sterty papierów do pilnego uzupełnienia po powrocie z urlopu i kolejnej czekającej na niego w związku z naprawdę chaotycznym wczesnym wieczorem. Obecnie rozgardiasz trochę się uspokoił. Oddział ucichł, stało się niemal sennie, całkiem błogo jak na standardy szpitala.
Ciemność panującą za oknami rozpraszały latarnie uliczne, których światła odbijały się od kropel deszczu na oknie. Drgały w mżawce wiszącej w powietrzu, której wilgoć dało się wyczuć nawet wewnątrz pomieszczenia. Jedno z trzech okien za plecami Greengrassa było bowiem nieznacznie uchylone górą, wpuszczając do środka chłodnawy powiew jesiennego wiatru.
Nie uwzględniając turkotania żaluzji poruszanej przez podmuch powietrza i skrobania pióra po pergaminie, nic ani nikt dotychczas nie przerywał ciszy panującej w gabinecie. Zadziwiająco posprzątanym jak na fakt, że w domu zazwyczaj robił wokół siebie spory bałagan. Tu wszystko sprawiało wrażenie poukładanego, mającego swoje własne miejsce, ale niekoniecznie przesadnie sterylnego czy pedantycznego.
Gdzieniegdzie bez wątpienia dało się dostrzec osobiste akcenty. Małe szczegóły świadczące o charakterze osoby spędzającej tu mimo wszystko większą część swojego życia. Być może na długim biurku nie stały żadne zdjęcia. Nie wisiały również na ścianach obok całkiem pokaźnej kolekcji oprawionych dyplomów i certyfikatów. Szczególnie wiele z nich było datowane na ostatnie dwa lata, kiedy to zupełnie wsiąkł w szukanie sobie zajęcia i celu na każdy dzień tygodnia, którego nie spędzał na dyżurze. Miał jednak też kilka kwiatków doniczkowych poustawianych na parapecie i szafach, na wieszaki na ubrania wisiał zapomniany szalik a za kolejnymi teczkami i bukietem kwiatów w wazonie, na tacce leżała obecnie zdjęta biżuteria.
Kończąc linijkę tekstu zamaszystym podpisem, odchrzaknął na dźwięk butów stukających o podłogę i wreszcie wyrwał się z zamyślenia. Unosząc wzrok i...
...blednąc. Tak samo jak nie zwrócił uwagi na to, że odruchowo rozszerzyły mu się powieki a puls przyspieszył. Nie spostrzegł tego, ale zdecydowanie pobladł. Nie mógł nic na to poradzić. Nie spodziewał się zobaczyć u siebie Geraldine. Zwłaszcza, że doskonale znał jej podejście do szpitali, toteż mimowolnie przez głowę przepłynęły mu same niepokojące myśli.
- Rina - mruknął po części zdziwiony, nie do końca wierzący w widok przed jego oczami, po części zaś momentalnie brzmiąc na zaniepokojonego. - Co się stało? Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Potrzebujesz pomocy? - Te wszystkie pytania nie padły, skondensowanego do jednego, bardzo prostego. - Jak źle? - Oczekiwał jasnej odpowiedzi, choć i tak zaczął już podnosić się z miejsca, żeby do niej podejść.
Wystarczyło, że zamknęły się za nią drzwi.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down