18.02.2025, 05:02 ✶
Nie można było ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że gdyby Ambroise zdawał sobie sprawę z bardzo konkretnego, specyficznego i raczej niestandardowego (całkiem ironicznie pozytywnie) podejścia jego dziewczyny do kwestii bycia w związku z kimś kto raczej luźno interpretował pojęcie skrupułów, ich życie nie potoczyłoby się w ten sposób. Tak naprawdę zapewne w dalszym ciągu wykazywałby obiekcje wobec mieszania jej w swoje interesy i trwałby przy postanowieniu rozgraniczania przestrzeni domowej od tej okołozawodowej. Miał raczej ugruntowane poglądy na ten temat.
Szczególnie ostrożnie myśląc niegdyś o tym, aby stworzyć wspólnie dom z prawdziwego zdarzenia. Nie to, aby nie mieli go razem przez wiele lat. Cenił to wszystko, co udało im się wtedy osiągnąć. Chodziło raczej o dom w tym bardziej tradycyjnym ujęciu. Rodzinę z dziećmi, psy na podwórku, sowy na poddaszu. Nie myślał wtedy, że mógłby kiedykolwiek wziąć kota (a tym bardziej nie różowego), ale teraz Lilia pewnie znalazłaby miejsce w tej wizji.
Gdyby tylko było to możliwe. A przecież wielokrotnie poruszali już temat tego, że jakakolwiek wspólna przyszłość po prostu dla nich nie istniała. Nie było w niej przestrzeni na ich dwoje razem, co dopiero mówić o całej reszcie tej idyllicznej otoczki. Nie. Nawet, gdyby cholernie starali się przywrócić wszystko, co utracili, nie mieliby szansy tego udźwignąć.
Staraliby się. Nawet nie znając myśli Riny, Roise podświadomie wiedział, że oboje naprawdę mocno by próbowali. Daliby z siebie jak najwięcej. Prawdopodobnie do cna wysysając się przy tym z siły czy energii, dając z siebie resztki wszystkiego, co jeszcze mieli. Możliwe, że przez pewien czas by to działało, ale potem?
Nie było dla nich przyszłości. Nie było nadziei. Nie wierzył w to, by jeszcze kiedykolwiek mogli tak po prostu usiąść na kocu na swoim wrzosowisku, patrząc na niebo zachodzące burzowymi chmurami i bardzo powoli otwierając usta. Po to, aby tym razem nie nazwać się sentymentalnymi tylko rzeczywiście powiedzieć to, co leży im na sercu. Wyrazić najskrytsze pragnienia.
Postarać się o tą szczególną oprawę. O wszystkie detale. To było poza ich zasięgiem, udowadniając im, że wbrew temu co mówili, wcale nie byli normalni. Nie wszędzie tam, gdzie najbardziej tego potrzebowali. Mimo to nieznacznie się uśmiechnął, kiwając głową. Ta rozmowa zrobiła się zbyt absurdalna, by tego nie uczynił.
- Wyjątkowo fajne - odruchowo kląsnął językiem o podniebienie.
Nie, nadal nie wierzył w to, w jaki sposób prowadzili tę rozmowę i przez jakie tematy tak płynnie przechodzili.
- Tak właściwie to mój mokry sen - nie zastanawiał się ani sekundy zanim to chlapnął, nawet jeśli w rzeczywistości było zupełnie inaczej i Geraldine raczej to wiedziała. - Miła, grzeczna, posłuszna, kulturalna, wyrozumiała, cicha panienka czystej krwi o klasycznej, niewyzywającej urodzie i nieskalanym statusie społecznym? Zgadzająca się ze mną we wszystkim? Wyborna wizja, wyśmienita - jeśli wcześniej nie wyłapała jego ironii to w tym momencie nie było możliwości, aby tego nie zrobiła.
Nie, gdy skorzystał z jej ulubionego określenia. Tego, którego zdecydowanie sobie nie szczędził, gdy chodziło o wyrażenie tysiąca słów. Wszystkich co do jednego negatywnych. Jego wyśmienicie prawdopodobnie nigdy nie było całkowicie wyśmienite. Prawdę mówiąc bardzo mgliście pamiętał jakiejkolwiek momenty, w których nie używał go w ramach wyrażenia dezaprobaty. Tak już miał.
- Grabisz tym sobie, panienko Yaxley, oj, grabisz - mruknął po prostu, nawet nie łudząc się, że nie miał zaraz usłyszeć tego jakże typowego pytania o to, czy groził, czy obiecywał.
Odpowiedź również standardowo brzmiałaby coś jak domyśl się z bardzo wyraźną sugestią, że zdecydowanie chodziło o jedno i drugie. W końcu w ich przypadku nie trudno było jednocześnie spełniać zarówno groźbę, jak i obietnicę. Z doświadczenia wiedzieli, że niekiedy granice między tymi pojęciami dosyć mocno i kreatywnie się zacierały.
W ten dobry sposób. Nie tak jak teraz, gdy nieustannie niszczyli je niezgodą i niemożnością dojścia do porozumienia nawet w pozornie najprostszych kwestiach.
- Nie zamierzam unikać Florence. Kiedykolwiek - powtórzył, dodatkowo uściślając wcześniej wypowiedziane słowa. - Zresztą nie wątpię, że już zdaje sobie sprawę z tego - tak, spodziewał się pytania tego czego?, zdając sobie przy tym sprawę z niemożności odpowiedzi.
Nie miał żadnych właściwych określeń na to, co działo się między nimi przez ostatnie tygodnie. Wcześniej zdecydowanie łatwiej było mu to wszystko nazwać. Odkąd wyjaśnili sobie najbardziej naglące kwestie, ich status nie pozostawiał nawet najmniejszych wątpliwości. A później wszystko spektakularnie się spierdoliło.
Mimo to wiedział jedno: Bulstrode miała oczy. Te oczy towarzyszyły im w Snowdonii. Najpierw z wioski podczas korzystania z dwukierunkowych lusterek, w które on się nie mieszał. Później jednak stając z nimi twarzą w twarz. W momencie, w którym już trzymali się za ręce, splatając palce i będąc tuż obok siebie. Bardzo blisko, praktycznie przez cały czas dotykając się ramionami.
Z tej jednej kwestii na pewno zdawała sobie sprawę. Nie musiała jednak poznawać całej istoty problemu. Znać każdego prywatnego szczegółu. Być kolejnym świadkiem i uczestnikiem procesu rozdrapywania nawet najdrobniejszych ran i posypywania ich solą, żeby bardziej piekły. Cudem nie taką pochodzącą z wylanych łez.
A niestety, jeśli jeszcze czegoś był boleśnie pewien to właśnie tego, że dałoby się z nich pozyskać jej naprawdę dużo. Tak. Mógł być niereformowalny w swoim podejściu do kwestii moralności czy skrupułów, ale nie był taki, gdy chodziło o Geraldine.
Zdawał sobie sprawę z tego, co jej zrobił. Z zasłużenia na większość ostrych słów. Ze zrobienia wszystkiego, czego nigdy nie powinien robić. Zniszczenia, siania destrukcji, rozpierdolenia jedynej rzeczy, na której kiedykolwiek bezsprzecznie mu zależało.
Nie można było za to przeprosić. Odpokutowanie także nie wchodziło w grę. Cios został zadany. Dało się to dostrzec w kolejnych pęknięciach, gdy znów zaczynali się ze sobą kłócić. Granica została przekroczona tam, gdzie powinna pozostać nienaruszalna.
Nawet teraz z trudem zagryzł wargi, zaciskając zęby, żeby nie zareagować zbyt ostro na to, co padło z ust dziewczyny. A cholernie trudno było mu przejść do porządku dziennego z tym jak bardzo wymowne było to, co mu teraz powiedziała. Tak właściwie to niemalże zarzuciła.
- Mhm - odmruknął przez mocno zaciśnięte wargi, które w tym momencie stworzyły naprawdę wąską linię o niemal niedostrzegalnej czerwieni.
Zirytowała go tym, że wywróciła kota do góry ogonem i dała mu do zrozumienia, że zupełnie niepotrzebnie żył przeszłością. Podczas, gdy oboje to robili. Nawet właśnie w tej chwili trwali w czymś wyjętym rodem z dawnych lat. Jak mieli nie wracać do ostatnich półtora roku, gdy właśnie one miały na nich tak znaczny wpływ?
Pomimo to zamilkł, bo zdawał sobie sprawę, że kłótnia nic by im teraz nie przyniosła.
- Już w tym momencie następuje klasyczny zgrzyt - stwierdził mimo to, choć starał się nadać swoim słowom lżejsze brzmienie; raczej miękko upominające aniżeli strofujące. - To, co między nami jest też zalicza się do moich spraw - może nie do końca związanych z działalnością zawodową, ale tu też można było to poddawać w wątpliwość.
W końcu, gdyby nie tamta chęć stworzenia stabilnego domu i rodziny, pewnie dawno temu porzuciłby działalność w Mungu. Przeszedłby na własny rachunek. Otworzyłby całkowicie prywatną praktykę bez konieczności podlegania komukolwiek poza związkami zawodowymi, których członkiem najpewniej by się stał.
Tak samo wyglądała sprawa z jego czarnorynkową działalnością. Prawdopodobnie nie odpuściłby jej tak bardzo jak to zrobił przez tamte wszystkie lata ani nie rzuciłby się w nią na powrót niemalże na główkę, gdy rozstał się z Geraldine. Jego sytuacja byłaby stabilna. Tak, pewnie chujowa, ale zdecydowanie stabilna.
Mimo to nie żałował ani jednej wspólnej chwili. Mógł wmawiać sobie inaczej. Mówić, że lepiej byłoby, gdyby nigdy się nie wydarzyły, ale w rzeczywistości to były najszczęśliwsze momenty jego życia. Nawet jeśli obecnie był w tej pozycji, w której się teraz znajdował. Nie w upragnionym miejscu.
- Jesteś niereformowalna - parsknął tylko pod nosem, nie powstrzymując wprost ostentacyjnego wywrócenia oczami.
Kto inny jak nie ona? Kto inny mógłby sprawić, że czuł się iście po królewsku? Znów odbierała sobie należyte zasługi. Zawsze to robiła.
- Nie dajesz mi o tym zapomnieć - odmruknął, przegryzając dolną wargę, ciągnąc za nią zębami i ani na moment nie przestając wbijać spojrzenia w twarz dziewczyny.
Wręcz swidrował wzrokiem jej oczy, które nawet w tym świetle wydawały się wręcz niesamowicie, nienaturalne niebieskie. Jego własne tęczówki stały się przy tym nieco ciemniejsze. Być może ze względu na rozszerzone źrenice, być może tak po prostu z konkretnego powodu.
Starał się nie uciekać myślami. Nie odpłynąć pod wpływem chwili. Nie ulec dotykowi i narastającemu wrażeniu ciepła, jakie pojawiło się w jego piersi, gdy Rina mocniej się nad nim pochyliła a czubki jej palców naznaczyły ścieżkę ku obojczykowi.
Bezwiednie przygryzał wargę, starając się nie uśmiechnąć nawet wtedy, kiedy długie włosy dziewczyny zaczęły łaskotać jego skórę. Rozmawiali o poważnych rzeczach. O istotnych sprawach. Nie powinien pozwalać sobie na bycie aż tak rozproszonym.
- No tak - odparł, mimo to samemu nie wiedząc, odnośnie czego.
Wszystkiego, co mu teraz powiedziała? Całego tego podsumowania? Każdego faktu, który stwierdziła? Również tego, że to wszystko rzeczywiście było wprost absurdalnie pogmatwane i skomplikowane, i nie wydawało mu się, aby mogli tak po prostu cokolwiek naprostować?
Tak, być może gdzieś tam w głębi duszy wiedział, że najprościej byłoby usiąść i spróbować poruszyć te wszystkie tematy bez ulegania niepotrzebnym emocjom. Tyle tylko, że jednocześnie w głębi duszy wiedział też, iż w ich przypadku było to raczej niemożliwe. Zbyt intensywnie na siebie działali. Za szybko poddawali się atmosferze. Czy to tej nerwowej, czy wręcz przeciwnie: dobrej, choć w dalszym ciągu podszytej melancholią.
No właśnie...
...miał temu nie ulegać, prawda?
Więc czemu wziął głęboki wdech, wypuszczając powietrze w jeszcze głębszym wydechu? Zamykając oczy, przyciskając policzek do przedramienia Geraldine dotykającej jego skóry i (w dalszym ciągu nie wierząc w to, co zamierza powiedzieć) bardzo powoli kiwając głową.
- Dobrze, skoro tego chcesz to - tak, mieli to zrobić, tą jedną rzecz mógł jej obiecać, jeśli naprawdę tak bardzo tego potrzebowała.
Tyle mógł zrobić, choć w dalszym ciągu nie miało to odkupić żadnych z jego win ani nie prowadzić ich do niczego, co mogłoby zmienić ścieżki przeznaczenia, które dawno się rozeszły.
Szczególnie ostrożnie myśląc niegdyś o tym, aby stworzyć wspólnie dom z prawdziwego zdarzenia. Nie to, aby nie mieli go razem przez wiele lat. Cenił to wszystko, co udało im się wtedy osiągnąć. Chodziło raczej o dom w tym bardziej tradycyjnym ujęciu. Rodzinę z dziećmi, psy na podwórku, sowy na poddaszu. Nie myślał wtedy, że mógłby kiedykolwiek wziąć kota (a tym bardziej nie różowego), ale teraz Lilia pewnie znalazłaby miejsce w tej wizji.
Gdyby tylko było to możliwe. A przecież wielokrotnie poruszali już temat tego, że jakakolwiek wspólna przyszłość po prostu dla nich nie istniała. Nie było w niej przestrzeni na ich dwoje razem, co dopiero mówić o całej reszcie tej idyllicznej otoczki. Nie. Nawet, gdyby cholernie starali się przywrócić wszystko, co utracili, nie mieliby szansy tego udźwignąć.
Staraliby się. Nawet nie znając myśli Riny, Roise podświadomie wiedział, że oboje naprawdę mocno by próbowali. Daliby z siebie jak najwięcej. Prawdopodobnie do cna wysysając się przy tym z siły czy energii, dając z siebie resztki wszystkiego, co jeszcze mieli. Możliwe, że przez pewien czas by to działało, ale potem?
Nie było dla nich przyszłości. Nie było nadziei. Nie wierzył w to, by jeszcze kiedykolwiek mogli tak po prostu usiąść na kocu na swoim wrzosowisku, patrząc na niebo zachodzące burzowymi chmurami i bardzo powoli otwierając usta. Po to, aby tym razem nie nazwać się sentymentalnymi tylko rzeczywiście powiedzieć to, co leży im na sercu. Wyrazić najskrytsze pragnienia.
Postarać się o tą szczególną oprawę. O wszystkie detale. To było poza ich zasięgiem, udowadniając im, że wbrew temu co mówili, wcale nie byli normalni. Nie wszędzie tam, gdzie najbardziej tego potrzebowali. Mimo to nieznacznie się uśmiechnął, kiwając głową. Ta rozmowa zrobiła się zbyt absurdalna, by tego nie uczynił.
- Wyjątkowo fajne - odruchowo kląsnął językiem o podniebienie.
Nie, nadal nie wierzył w to, w jaki sposób prowadzili tę rozmowę i przez jakie tematy tak płynnie przechodzili.
- Tak właściwie to mój mokry sen - nie zastanawiał się ani sekundy zanim to chlapnął, nawet jeśli w rzeczywistości było zupełnie inaczej i Geraldine raczej to wiedziała. - Miła, grzeczna, posłuszna, kulturalna, wyrozumiała, cicha panienka czystej krwi o klasycznej, niewyzywającej urodzie i nieskalanym statusie społecznym? Zgadzająca się ze mną we wszystkim? Wyborna wizja, wyśmienita - jeśli wcześniej nie wyłapała jego ironii to w tym momencie nie było możliwości, aby tego nie zrobiła.
Nie, gdy skorzystał z jej ulubionego określenia. Tego, którego zdecydowanie sobie nie szczędził, gdy chodziło o wyrażenie tysiąca słów. Wszystkich co do jednego negatywnych. Jego wyśmienicie prawdopodobnie nigdy nie było całkowicie wyśmienite. Prawdę mówiąc bardzo mgliście pamiętał jakiejkolwiek momenty, w których nie używał go w ramach wyrażenia dezaprobaty. Tak już miał.
- Grabisz tym sobie, panienko Yaxley, oj, grabisz - mruknął po prostu, nawet nie łudząc się, że nie miał zaraz usłyszeć tego jakże typowego pytania o to, czy groził, czy obiecywał.
Odpowiedź również standardowo brzmiałaby coś jak domyśl się z bardzo wyraźną sugestią, że zdecydowanie chodziło o jedno i drugie. W końcu w ich przypadku nie trudno było jednocześnie spełniać zarówno groźbę, jak i obietnicę. Z doświadczenia wiedzieli, że niekiedy granice między tymi pojęciami dosyć mocno i kreatywnie się zacierały.
W ten dobry sposób. Nie tak jak teraz, gdy nieustannie niszczyli je niezgodą i niemożnością dojścia do porozumienia nawet w pozornie najprostszych kwestiach.
- Nie zamierzam unikać Florence. Kiedykolwiek - powtórzył, dodatkowo uściślając wcześniej wypowiedziane słowa. - Zresztą nie wątpię, że już zdaje sobie sprawę z tego - tak, spodziewał się pytania tego czego?, zdając sobie przy tym sprawę z niemożności odpowiedzi.
Nie miał żadnych właściwych określeń na to, co działo się między nimi przez ostatnie tygodnie. Wcześniej zdecydowanie łatwiej było mu to wszystko nazwać. Odkąd wyjaśnili sobie najbardziej naglące kwestie, ich status nie pozostawiał nawet najmniejszych wątpliwości. A później wszystko spektakularnie się spierdoliło.
Mimo to wiedział jedno: Bulstrode miała oczy. Te oczy towarzyszyły im w Snowdonii. Najpierw z wioski podczas korzystania z dwukierunkowych lusterek, w które on się nie mieszał. Później jednak stając z nimi twarzą w twarz. W momencie, w którym już trzymali się za ręce, splatając palce i będąc tuż obok siebie. Bardzo blisko, praktycznie przez cały czas dotykając się ramionami.
Z tej jednej kwestii na pewno zdawała sobie sprawę. Nie musiała jednak poznawać całej istoty problemu. Znać każdego prywatnego szczegółu. Być kolejnym świadkiem i uczestnikiem procesu rozdrapywania nawet najdrobniejszych ran i posypywania ich solą, żeby bardziej piekły. Cudem nie taką pochodzącą z wylanych łez.
A niestety, jeśli jeszcze czegoś był boleśnie pewien to właśnie tego, że dałoby się z nich pozyskać jej naprawdę dużo. Tak. Mógł być niereformowalny w swoim podejściu do kwestii moralności czy skrupułów, ale nie był taki, gdy chodziło o Geraldine.
Zdawał sobie sprawę z tego, co jej zrobił. Z zasłużenia na większość ostrych słów. Ze zrobienia wszystkiego, czego nigdy nie powinien robić. Zniszczenia, siania destrukcji, rozpierdolenia jedynej rzeczy, na której kiedykolwiek bezsprzecznie mu zależało.
Nie można było za to przeprosić. Odpokutowanie także nie wchodziło w grę. Cios został zadany. Dało się to dostrzec w kolejnych pęknięciach, gdy znów zaczynali się ze sobą kłócić. Granica została przekroczona tam, gdzie powinna pozostać nienaruszalna.
Nawet teraz z trudem zagryzł wargi, zaciskając zęby, żeby nie zareagować zbyt ostro na to, co padło z ust dziewczyny. A cholernie trudno było mu przejść do porządku dziennego z tym jak bardzo wymowne było to, co mu teraz powiedziała. Tak właściwie to niemalże zarzuciła.
- Mhm - odmruknął przez mocno zaciśnięte wargi, które w tym momencie stworzyły naprawdę wąską linię o niemal niedostrzegalnej czerwieni.
Zirytowała go tym, że wywróciła kota do góry ogonem i dała mu do zrozumienia, że zupełnie niepotrzebnie żył przeszłością. Podczas, gdy oboje to robili. Nawet właśnie w tej chwili trwali w czymś wyjętym rodem z dawnych lat. Jak mieli nie wracać do ostatnich półtora roku, gdy właśnie one miały na nich tak znaczny wpływ?
Pomimo to zamilkł, bo zdawał sobie sprawę, że kłótnia nic by im teraz nie przyniosła.
- Już w tym momencie następuje klasyczny zgrzyt - stwierdził mimo to, choć starał się nadać swoim słowom lżejsze brzmienie; raczej miękko upominające aniżeli strofujące. - To, co między nami jest też zalicza się do moich spraw - może nie do końca związanych z działalnością zawodową, ale tu też można było to poddawać w wątpliwość.
W końcu, gdyby nie tamta chęć stworzenia stabilnego domu i rodziny, pewnie dawno temu porzuciłby działalność w Mungu. Przeszedłby na własny rachunek. Otworzyłby całkowicie prywatną praktykę bez konieczności podlegania komukolwiek poza związkami zawodowymi, których członkiem najpewniej by się stał.
Tak samo wyglądała sprawa z jego czarnorynkową działalnością. Prawdopodobnie nie odpuściłby jej tak bardzo jak to zrobił przez tamte wszystkie lata ani nie rzuciłby się w nią na powrót niemalże na główkę, gdy rozstał się z Geraldine. Jego sytuacja byłaby stabilna. Tak, pewnie chujowa, ale zdecydowanie stabilna.
Mimo to nie żałował ani jednej wspólnej chwili. Mógł wmawiać sobie inaczej. Mówić, że lepiej byłoby, gdyby nigdy się nie wydarzyły, ale w rzeczywistości to były najszczęśliwsze momenty jego życia. Nawet jeśli obecnie był w tej pozycji, w której się teraz znajdował. Nie w upragnionym miejscu.
- Jesteś niereformowalna - parsknął tylko pod nosem, nie powstrzymując wprost ostentacyjnego wywrócenia oczami.
Kto inny jak nie ona? Kto inny mógłby sprawić, że czuł się iście po królewsku? Znów odbierała sobie należyte zasługi. Zawsze to robiła.
- Nie dajesz mi o tym zapomnieć - odmruknął, przegryzając dolną wargę, ciągnąc za nią zębami i ani na moment nie przestając wbijać spojrzenia w twarz dziewczyny.
Wręcz swidrował wzrokiem jej oczy, które nawet w tym świetle wydawały się wręcz niesamowicie, nienaturalne niebieskie. Jego własne tęczówki stały się przy tym nieco ciemniejsze. Być może ze względu na rozszerzone źrenice, być może tak po prostu z konkretnego powodu.
Starał się nie uciekać myślami. Nie odpłynąć pod wpływem chwili. Nie ulec dotykowi i narastającemu wrażeniu ciepła, jakie pojawiło się w jego piersi, gdy Rina mocniej się nad nim pochyliła a czubki jej palców naznaczyły ścieżkę ku obojczykowi.
Bezwiednie przygryzał wargę, starając się nie uśmiechnąć nawet wtedy, kiedy długie włosy dziewczyny zaczęły łaskotać jego skórę. Rozmawiali o poważnych rzeczach. O istotnych sprawach. Nie powinien pozwalać sobie na bycie aż tak rozproszonym.
- No tak - odparł, mimo to samemu nie wiedząc, odnośnie czego.
Wszystkiego, co mu teraz powiedziała? Całego tego podsumowania? Każdego faktu, który stwierdziła? Również tego, że to wszystko rzeczywiście było wprost absurdalnie pogmatwane i skomplikowane, i nie wydawało mu się, aby mogli tak po prostu cokolwiek naprostować?
Tak, być może gdzieś tam w głębi duszy wiedział, że najprościej byłoby usiąść i spróbować poruszyć te wszystkie tematy bez ulegania niepotrzebnym emocjom. Tyle tylko, że jednocześnie w głębi duszy wiedział też, iż w ich przypadku było to raczej niemożliwe. Zbyt intensywnie na siebie działali. Za szybko poddawali się atmosferze. Czy to tej nerwowej, czy wręcz przeciwnie: dobrej, choć w dalszym ciągu podszytej melancholią.
No właśnie...
...miał temu nie ulegać, prawda?
Więc czemu wziął głęboki wdech, wypuszczając powietrze w jeszcze głębszym wydechu? Zamykając oczy, przyciskając policzek do przedramienia Geraldine dotykającej jego skóry i (w dalszym ciągu nie wierząc w to, co zamierza powiedzieć) bardzo powoli kiwając głową.
- Dobrze, skoro tego chcesz to - tak, mieli to zrobić, tą jedną rzecz mógł jej obiecać, jeśli naprawdę tak bardzo tego potrzebowała.
Tyle mógł zrobić, choć w dalszym ciągu nie miało to odkupić żadnych z jego win ani nie prowadzić ich do niczego, co mogłoby zmienić ścieżki przeznaczenia, które dawno się rozeszły.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down