18.02.2025, 17:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2025, 19:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie miał okazji odebrać ani tym bardziej przeczytać żadnego listu od Geraldine. Prawdę mówiąc, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że do niego pisała, dopóki nie pojawiła się osobiście w Mungu. Słysząc od niej te słowa, rozejrzał się po gabinecie w poszukiwaniu śladu kopert lub czegoś w tym rodzaju, ale nie był w stanie dostrzec niczego, co mogłoby być wspomnianymi listami.
To, że Floret parokrotnie latał między jednym a drugim miejscem zdecydowanie świadczyło o tym, że dostarczył korespondencję. Tyle tylko, że Ambroise nie miał pojęcia, gdzie trafiła. No, przynajmniej do momentu, gdy udało mu się rzeczywiście zlokalizować coś mokrego na parapecie uchylonego okna.
Tego, które było na tyle otwarte, że ptak jego dziewczyny mógł wrzucić przez nie list, samemu też zapewne mogąc (choć nie potrzebując) dostać się do środka. Kurwa.
Nie skomentował tego, że dla niego nic nie było jasne. Nic nie zostało wyjaśnione. Cała wizyta w dalszym ciągu była dla niego jedną wielką niewiadomą i nawet nie próbował tego ukryć. Jednak jednocześnie nie zamierzał być tym kimś kto irytował się na brak jasnych informacji. Przynajmniej nie w tej chwili.
Teraz zamknął Rinę w ramionach, obejmując ją w pasie i w milczeniu dając jej trochę ochłonąć po czymkolwiek, co ją tu przywiało. Nie otwierał ust, tym razem będąc w stanie domyślić się, że nie tego od niego potrzebowała. Nie to było wskazane w tej sytuacji i to nie on decydował o dalszych posunięciach.
Zamilkł, starając się zaakceptować fakt, że ewidentnie nic jej fizycznie nie było. Nie potrzebowała nagłej pomocy. Mogli stać tak tyle, ile chciałaby to robić. Może nie za długo, bo wciąż chciał się dowiedzieć, co się stało. Pewnie w którymś momencie (raczej szybciej niż później) straciłby cierpliwość i przerwałby ciszę, ale nie musiał tego robić.
Wyślizgnęła mu się z ramion, siadając na krześle a on bez słowa został tam, gdzie go zostawiła. Czekał. Nic nie rozumiał, ale czekał. Wyjątkowo cierpliwie jak na niego. Milczał do momentu, w którym dotarły do niego słowa o jej obawach.
- Co? Cz - zaczął ze zmarszczonymi brwiami, posyłając dosyć zaniepokojone i nierozumne spojrzenie w plecy Geraldine.
Na czubek jej głowy, nie mogąc uchwycić jej wzroku, bo na niego nie patrzyła...
...po czym niemal od razu urywając w połowie słowa.
Czemu?
Temu, prawda?
Temu.
Jasność nadeszła niespodziewanie. Była niczym uderzenie obuchem w głowę sprawiające nie tylko, że zabolało go wnętrze czaszki, lecz także, że zacisnęło mu się gardło.
Czemu?
Temu.
Przecież był świadomy jak to już kiedyś wyglądało. Opowiadała mu o tym podczas jednej z pierwszych rozmów odnośnie sytuacji z dopplegangerem. Jeszcze zanim zorientowali się, o jaki rodzaj bytu tak naprawdę mogło chodzić. Na domiar złego, ostatnie wydarzenia wcale nie sprzyjały odczuwaniu ulgi.
Być może wydawało się, że zażegnali kryzys. Teoretycznie wszystko wskazywało na to, że pozbyli się demona, jednak później dotarł do nich tamten parszywy list. Informacja, która zdecydowanie dobiła dziewczynę. Wprawiła ją w roztrzęsienie, niemalże w stan przypominający katatonię.
Poza spotkaniem u Corneliusa, gdzie padło naprawdę dużo gorzkich słów, nie rozmawiali już później o całej sytuacji. Sam Ambroise podświadomie łączył sprawę Caina z tamtym cholernym momentem słabości, rozdrażnienia i wywalenia na wierzch czegoś, o czym wcale nie chciał mówić.
Tymczasem chyba nie powinien milczeć. W tym momencie przez głowę przeleciało mu naprawdę wiele myśli. Każda kolejna była wyłącznie bardziej pogmatwana niż poprzednia. Na domiar złego, choć w żadnym wypadku nie zamierzał irytować się na Rinę za takie a nie inne wątpliwości (nawet jeśli nie uważał, że były uzasadnione, bo powiedziałby jej, gdyby coś było nie tak) w tym momencie poczuł piekące wyrzuty sumienia.
Skupiając się na tych wszystkich dramatach dziejących się w jego własnej głowie, zupełnie nie wziął pod uwagę tego, co powinien zrobić. Zamiatając wszelkie problemy pod dywan, wepchnął tam również konieczność orientowania się w sytuacji. Może nie był mistrzem introspekcji i analizowania własnych posunięć, ale nie był zupełnym ignorantem.
Przynajmniej nie powinien nim być w tym wypadku. Nie, skoro od samego początku obiecywał sobie (a poniekąd też Yaxleyównie, mimo że nie wprost i nie na głos) starać się nie być kompletną kłodą ignorującą potrzeby jego dziewczyny. Nawet te mniej jawne. Nawet te wyjątkowo trudne do przewidzenia.
A przecież tu było to wprost oczywiste. Nietrudne do przewidzenia. Sprawa dopplegangera nie była całkowicie zamknięta. Jeszcze przez długi czas miała do nich powracać próbując gryźć ich w dupę. Najważniejsze było to, aby jej na to nie pozwolili. Do tego zaś musieli (tak, musieli) podjąć dialog.
Tyle tylko, że do tej pory było to nie tylko trudne, ale nawet wręcz niemożliwe. A przecież nic się nie zmieniło, odkąd ostatni raz próbowali rozmawiać na trudne tematy.
Głęboko wciągając powietrze do płuc, ruszył się z miejsca. Nie miał jednak zamiaru zająć swojego fotela na przeciwko krzesła, na którym usiadła Geraldine. Zdecydował się podejść bliżej niej, przykucając przy Yaxleyównie i bez słowa kładąc dłoń na wierzchu jej ręki.
Mogła mieć mu to za złe, gardząc w tym momencie samowolnie podejmowanymi przez niego decyzjami, bo nie spytał jej o to a ona chwilę wcześniej wyraźnie szukała przestrzeni. Mimo to raczej nie wydawało mu się, by zrobił coś źle. Nie świdrował dziewczyny spojrzeniem. Sam też wbił wzrok w okno, ale jednocześnie kucnął tuż obok niej.
Trochę jak przy dziecku, choć nie patrzył na to pod tym kątem. To nie była litość, to nie była wymuszona troska. To był odruch. Mogli się kłócić i spierać, nie rozmawiać o tym, kim dla siebie są, nie określać się w żaden sposób. Momentami wręcz kąsać się stwierdzeniami, że już nigdy nie wrócą do tego, co było kiedyś.
A potem pojawiały się takie sytuacje. W takich chwilach nie dało się zaprzeczyć temu, co przychodziło im po prostu instynktownie. W przeciwieństwie do wypowiadania pustych słów, które niechybnie padłyby z ust wielu osób znajdujących się na jego miejscu.
Roise nie zamierzał ich wypowiadać. Nie zwykł rzucać bezsensownymi stwierdzeniami. Nie zamierzał mydlić Rinie oczu. Lekko pokiwał głową. Bardziej do siebie niżeli do niej, jednocześnie kolejny raz biorąc głęboki oddech.
- Nie chciał mi - zaczął cicho, nieświadomie przesuwając palcami po wierzchu dłoni Geraldine, bardziej dla siebie niż dla niej.
Cholernie ciężko przychodziło mu wyduszenie z siebie kolejnych słów, ale kontynuował wbrew ściskowi w gardle.
- Nie chodziło mu o moje wspomnienia - wracanie do tego było trudne, naprawdę trudne, toteż nie spuszczał wzroku z okna.
Wręcz uporczywie zawieszając wzrok na szybie, nerwowo sunął palcami po ręce dziewczyny. Nie ujął jej jednak za dłoń. Po prostu bezwiednie ją dotykał.
- Chciał ode mnie... ...czegoś innego. Tego drugiego - wciągnął powietrze nosem, jednocześnie mając nadzieję, że Rina domyśli się, o co mu chodzi. - Mówił różne rzeczy, ale głównie to - mimo wszystko byli w szpitalu, nie w domu. A gabinety, nawet jeśli wyciszone, nie sprzyjały bardzo szczegółowym rozmowom.
To, że Floret parokrotnie latał między jednym a drugim miejscem zdecydowanie świadczyło o tym, że dostarczył korespondencję. Tyle tylko, że Ambroise nie miał pojęcia, gdzie trafiła. No, przynajmniej do momentu, gdy udało mu się rzeczywiście zlokalizować coś mokrego na parapecie uchylonego okna.
Tego, które było na tyle otwarte, że ptak jego dziewczyny mógł wrzucić przez nie list, samemu też zapewne mogąc (choć nie potrzebując) dostać się do środka. Kurwa.
Nie skomentował tego, że dla niego nic nie było jasne. Nic nie zostało wyjaśnione. Cała wizyta w dalszym ciągu była dla niego jedną wielką niewiadomą i nawet nie próbował tego ukryć. Jednak jednocześnie nie zamierzał być tym kimś kto irytował się na brak jasnych informacji. Przynajmniej nie w tej chwili.
Teraz zamknął Rinę w ramionach, obejmując ją w pasie i w milczeniu dając jej trochę ochłonąć po czymkolwiek, co ją tu przywiało. Nie otwierał ust, tym razem będąc w stanie domyślić się, że nie tego od niego potrzebowała. Nie to było wskazane w tej sytuacji i to nie on decydował o dalszych posunięciach.
Zamilkł, starając się zaakceptować fakt, że ewidentnie nic jej fizycznie nie było. Nie potrzebowała nagłej pomocy. Mogli stać tak tyle, ile chciałaby to robić. Może nie za długo, bo wciąż chciał się dowiedzieć, co się stało. Pewnie w którymś momencie (raczej szybciej niż później) straciłby cierpliwość i przerwałby ciszę, ale nie musiał tego robić.
Wyślizgnęła mu się z ramion, siadając na krześle a on bez słowa został tam, gdzie go zostawiła. Czekał. Nic nie rozumiał, ale czekał. Wyjątkowo cierpliwie jak na niego. Milczał do momentu, w którym dotarły do niego słowa o jej obawach.
- Co? Cz - zaczął ze zmarszczonymi brwiami, posyłając dosyć zaniepokojone i nierozumne spojrzenie w plecy Geraldine.
Na czubek jej głowy, nie mogąc uchwycić jej wzroku, bo na niego nie patrzyła...
...po czym niemal od razu urywając w połowie słowa.
Czemu?
Temu, prawda?
Temu.
Jasność nadeszła niespodziewanie. Była niczym uderzenie obuchem w głowę sprawiające nie tylko, że zabolało go wnętrze czaszki, lecz także, że zacisnęło mu się gardło.
Czemu?
Temu.
Przecież był świadomy jak to już kiedyś wyglądało. Opowiadała mu o tym podczas jednej z pierwszych rozmów odnośnie sytuacji z dopplegangerem. Jeszcze zanim zorientowali się, o jaki rodzaj bytu tak naprawdę mogło chodzić. Na domiar złego, ostatnie wydarzenia wcale nie sprzyjały odczuwaniu ulgi.
Być może wydawało się, że zażegnali kryzys. Teoretycznie wszystko wskazywało na to, że pozbyli się demona, jednak później dotarł do nich tamten parszywy list. Informacja, która zdecydowanie dobiła dziewczynę. Wprawiła ją w roztrzęsienie, niemalże w stan przypominający katatonię.
Poza spotkaniem u Corneliusa, gdzie padło naprawdę dużo gorzkich słów, nie rozmawiali już później o całej sytuacji. Sam Ambroise podświadomie łączył sprawę Caina z tamtym cholernym momentem słabości, rozdrażnienia i wywalenia na wierzch czegoś, o czym wcale nie chciał mówić.
Tymczasem chyba nie powinien milczeć. W tym momencie przez głowę przeleciało mu naprawdę wiele myśli. Każda kolejna była wyłącznie bardziej pogmatwana niż poprzednia. Na domiar złego, choć w żadnym wypadku nie zamierzał irytować się na Rinę za takie a nie inne wątpliwości (nawet jeśli nie uważał, że były uzasadnione, bo powiedziałby jej, gdyby coś było nie tak) w tym momencie poczuł piekące wyrzuty sumienia.
Skupiając się na tych wszystkich dramatach dziejących się w jego własnej głowie, zupełnie nie wziął pod uwagę tego, co powinien zrobić. Zamiatając wszelkie problemy pod dywan, wepchnął tam również konieczność orientowania się w sytuacji. Może nie był mistrzem introspekcji i analizowania własnych posunięć, ale nie był zupełnym ignorantem.
Przynajmniej nie powinien nim być w tym wypadku. Nie, skoro od samego początku obiecywał sobie (a poniekąd też Yaxleyównie, mimo że nie wprost i nie na głos) starać się nie być kompletną kłodą ignorującą potrzeby jego dziewczyny. Nawet te mniej jawne. Nawet te wyjątkowo trudne do przewidzenia.
A przecież tu było to wprost oczywiste. Nietrudne do przewidzenia. Sprawa dopplegangera nie była całkowicie zamknięta. Jeszcze przez długi czas miała do nich powracać próbując gryźć ich w dupę. Najważniejsze było to, aby jej na to nie pozwolili. Do tego zaś musieli (tak, musieli) podjąć dialog.
Tyle tylko, że do tej pory było to nie tylko trudne, ale nawet wręcz niemożliwe. A przecież nic się nie zmieniło, odkąd ostatni raz próbowali rozmawiać na trudne tematy.
Głęboko wciągając powietrze do płuc, ruszył się z miejsca. Nie miał jednak zamiaru zająć swojego fotela na przeciwko krzesła, na którym usiadła Geraldine. Zdecydował się podejść bliżej niej, przykucając przy Yaxleyównie i bez słowa kładąc dłoń na wierzchu jej ręki.
Mogła mieć mu to za złe, gardząc w tym momencie samowolnie podejmowanymi przez niego decyzjami, bo nie spytał jej o to a ona chwilę wcześniej wyraźnie szukała przestrzeni. Mimo to raczej nie wydawało mu się, by zrobił coś źle. Nie świdrował dziewczyny spojrzeniem. Sam też wbił wzrok w okno, ale jednocześnie kucnął tuż obok niej.
Trochę jak przy dziecku, choć nie patrzył na to pod tym kątem. To nie była litość, to nie była wymuszona troska. To był odruch. Mogli się kłócić i spierać, nie rozmawiać o tym, kim dla siebie są, nie określać się w żaden sposób. Momentami wręcz kąsać się stwierdzeniami, że już nigdy nie wrócą do tego, co było kiedyś.
A potem pojawiały się takie sytuacje. W takich chwilach nie dało się zaprzeczyć temu, co przychodziło im po prostu instynktownie. W przeciwieństwie do wypowiadania pustych słów, które niechybnie padłyby z ust wielu osób znajdujących się na jego miejscu.
Roise nie zamierzał ich wypowiadać. Nie zwykł rzucać bezsensownymi stwierdzeniami. Nie zamierzał mydlić Rinie oczu. Lekko pokiwał głową. Bardziej do siebie niżeli do niej, jednocześnie kolejny raz biorąc głęboki oddech.
- Nie chciał mi - zaczął cicho, nieświadomie przesuwając palcami po wierzchu dłoni Geraldine, bardziej dla siebie niż dla niej.
Cholernie ciężko przychodziło mu wyduszenie z siebie kolejnych słów, ale kontynuował wbrew ściskowi w gardle.
- Nie chodziło mu o moje wspomnienia - wracanie do tego było trudne, naprawdę trudne, toteż nie spuszczał wzroku z okna.
Wręcz uporczywie zawieszając wzrok na szybie, nerwowo sunął palcami po ręce dziewczyny. Nie ujął jej jednak za dłoń. Po prostu bezwiednie ją dotykał.
- Chciał ode mnie... ...czegoś innego. Tego drugiego - wciągnął powietrze nosem, jednocześnie mając nadzieję, że Rina domyśli się, o co mu chodzi. - Mówił różne rzeczy, ale głównie to - mimo wszystko byli w szpitalu, nie w domu. A gabinety, nawet jeśli wyciszone, nie sprzyjały bardzo szczegółowym rozmowom.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down