Przywykła już do tego, jak większość ludzi reagowało na temperaturę jej ciała – drżeniem, spięciem i tak dalej. Tak, nie było to przyjemne… Pewnie mogłaby wynaleźć na to jakieś eliksiry, ale tak po prawdzie nie widziała powodu: nie musiała się z tym kryć wśród ludzi, opinia publiczna doskonale wiedziała, co się wydarzyło tamtej przeklętej nocy kilka miesięcy temu. Pierwszy moment zaskoczenia zawsze zostawał przyćmiony przez błysk uświadomienia sobie: aach, no tak, Zimna. Pytania zaczęłyby się, gdyby zimna nie była, prawda? Nie, nie było co maskować, tym bardziej że Victoria nie wstydziła się tego, co się stało, a Saurielowi jej obecna temperatura nie przeszkadzała – nie musiała więc tego robić również dla niego… I tak to się kręciło. Nie chciała jednak sprawiać Cynthii dyskomfortu; nieważne, czy była przyzwyczajona z racji wykonywanego zawodu – Victoria nie była zimna jak trup, ona zionęła zimnem na nieco upiorny sposób. Że było to dziwaczne, przemawiały za tym też inne rzeczy: jak to, ze gdy mówiła, z jej ust nie wydobywała się chmurka pary związana z różną temperaturą i jej krew… wcale nie była zimna.
– Jestem całkiem przekonana, że sama jestem jak takie przenośne, zapasowe źródełko – podniosła rękę wyżej, by Cynthia mogła zbadać, co tam potrzebowała i ocenić swoim fachowym okiem. Victoria niezbyt się na tym znała.
– Jakbyś mogła? – uśmiechnęła się do Cynthii lekko – przedstawić skrócony plan, oczywiście. – List spłonął, zanim zdążyłam go przeczytać pięć razy i wszystko dokładnie zapamiętać – mogło to zabrzmieć jak żart… i w zasadzie było mówione z intencją żartu (na tej kamiennej twarzy drgnął kącik ust), ale była to też szczera prawda. Starała się zapamiętać jak najwięcej, ale nie miała pamięci absolutnej. Znała kogoś, kto taką miał… Prawdę mówiąc, jakkolwiek kuszące to nie było, miało to zbyt wiele minusów. A od czasu jego śmierci, Victoria zastanawiała się, czy to był jeden z powodów, dla których Cain sięgał po narkotyki – bo próbował zapomnieć. – Tak długo jak nie będziesz mi rysować na ciele penisów, to może być – o to już z pewnością było żartem… wziętym z rzeczywistości. – Na początku sierpnia badaliśmy sprawę czarnomagicznych obiektów i Atreus, żeby sprawdzić działanie pióra, właśnie takie sobie narysował na ręce i żałował, że się nie da na czole – wyjaśniła zaraz i uśmiechnęła się z przekąsem, zerkając przy tym na Sauriela. Oto była kolejna z rzeczy, przygód i historyjek, które by mu się podobały w pracy aurora, albo przynajmniej brygadzisty: naprawdę powinien to rozważyć. Tam nigdy nie było nudno. I można było legalnie dać komuś w ryj.
– Cynthia nie chciała, żebym komukolwiek mówiła o tych planach, ale zapytałam ją, czy mógłbyś tutaj być. Po prostu… – po prostu nie chciała tego przed nim ukrywać, to po pierwsze. Po drugie – czuła się bezpieczniej z jego obecnością. – Ładnie się uśmiechaj, a w razie czego… nie wiem co w sumie – w razie czego, gdyby coś poszło nie tak – to niech je stąd zabierze… gdzieś. W razie czego zawsze pozostawała jej rodzina – lekarze, którzy nie wyciągnęliby publicznie żadnego babrania się nekromancją. Część sama to zresztą robiła, bo niby skąd Victoria miała dojścia do tych podstaw, które posiadała? Uśmiechnęła się przy tym nieco przepraszająco, a nieco niewinnie do Sauriela. Jakiś błysk w jej oczach niósł w sobie nadzieję. Czy odczytywał z tych kulawych zdań i słów to wszystko, co miała mu do powiedzenia, a co wcale tak łatwo nie przychodziło? Zwłaszcza komuś tak dumnemu jak ona – och, Victoria z pewnością zaliczała się do tego grona kobiet, które wie, czego chce od życia… tylko może nie w stosunku do wyboru swojego zawodu, a i to się klarowało. – W razie czego improwizuj.