19.02.2025, 04:17 ✶
Nigdy nie zmieniłby tego jak wyglądały ich wspólne początki. Nie zamieniłby ich na nic innego, nawet jeśli w tym momencie całkiem przyjemnie spacerowało im się pod rękę po ogrodzie, mogąc sprawiać wrażenie całkiem innych ludzi. Takich, którzy po wizycie w rosarium mogliby wybrać się na ciastko i kawę, ewentualnie może rzeczywiście na obiad, ale jeszcze nie kolację. I to nie ze względu na stosunkowo wczesną porę dnia.
Dwojga ludzi, dla których trzymanie się pod rękę bez towarzystwa przyzwoitki i przelotne, niezbyt częste, raczej bardzo ukradkowe pocałunki były chwilowo najpoważniejszymi posunięciami, na które było ich stać. Osobami na tyle dbającymi o sprawianie właściwego i przyzwoitego wrażenia, że w żadnym razie nie posunęłyby się dalej. To, że Ambroise starał się nie wlepiać wzroku w Geraldine przez całkowicie cały czas, jaki tu spędzali (a jedynie przez jakieś dwadzieścia jeden z trzydziestu siedmiu minut jakie tu spędzili, okay?) miało na celu wyłącznie mimowolne podtrzymywanie tego wrażenia.
Tyle tylko, że naprawdę mylnego. Nigdy nie potrafili zbyt długo udawać i kryć się z tym, że prędzej czy później mieli wrócić razem do domu. Do wspólnego mieszkania, wcześniej należącego do Riny, w którym szybko ze sobą zamieszkali. Praktycznie z dnia na dzień. Do nie małżeńskiego łoża. Do razem kupionego nadmorskiego domku, o którym wiedzieli wyłącznie oni dwoje. Do tych wszystkich miejsc, rzeczy i czynności, które być może im nie przystoiły, ale kto tak właściwie ustalał, gdzie powinna leżeć granica?
Tak, Greengrass był tradycjonalistą. Zaliczał się do grona osób o bardzo ugruntowanych poglądach momentami zakrawającymi o nieco archaiczny konserwatyzm. Potrafił zachowywać się jak czystokrwisty snob. Bywał bardzo otwarcie klasistowski. Nie wyznawał poglądów w całości zgodnych z twierdzeniami i postulatami Voldemorta. Miał znajomych pośród ludzi o różnych statusach społecznych. Mieszczących się na różnych szczeblach hierarchii, ale no właśnie...
...ta hierarchia nadal pełniła pewną rolę w jego życiu. Dosyć znaczną. Bez wątpienia nie dało się o nim powiedzieć, że całkowicie popierał pójście z duchem czasu. Nie gardził otwarcie szlamami. Zresztą dosyć rzadko korzystał z tego określenia i to głównie w stosunku do osób, które znacząco mu podpadły. Nie popierał mordów dla zasady, zabijania niewinnych i tak dalej. Natomiast niekoniecznie chciał widzieć postępowość na zasadzie tej, którą usiłowano im wciskać. Parytetów opartych wyłącznie na byciu uciśnioną mniejszością i tak dalej.
Nie od wszystkich wymagał dokładnie tyle samo, nie. Nie wierzył w równość za wszelką cenę. Tylko słabi wierzyli, że wszyscy powinni mieć te same szanse. On nieodmiennie wyznawał przekonanie każdemu po równo, każdemu po gówno. Prosta sprawa. Aby osiągnąć sukces i ugruntować swoją pozycję w magicznym świecie należało cokolwiek sobą przedstawiać. Niektórzy mieli fory związane z pochodzeniem. Inni musieli się bardziej starać. Krzyczenie o niesprawiedliwości nie było staraniem. Koniec. Kropka.
A jednak jak na kogoś otwarcie mającego się za człowieka hołdującego tradycyjnym wartościom, podejmował całkiem wiele mniej lub bardziej postępowych decyzji. Był w tym hipokrytą. Bez dwóch zdań. Wybierał narrację, którą uważał za wygodną. Co prawda później naprawdę uporczywie się jej trzymał, ale nie miał żadnego problemu mieszkać razem bez ślubu.
Żyć i współżyć. Zachowywać się zupełnie tak, jakby gdzieś pomiędzy tym wszystkim zostali całkowicie oficjalnym związkiem, po prostu formalizując go między sobą - w swoich ustach i głowach. W swoich ramionach prawdopodobnie gdzieś podczas tamtego pierwszego długiego weekendu na plaży u brzegu morza.
Nie. Nie zmieniłby tego na te wszystkie powolne przeżywanie kolejnych etapów zalotów mających zakończyć się zaręczynami i ślubem. Dopiero później zaś tym wszystkim, od czego ich dwoje tak naprawdę zaczęło swój związek. Przypieczętowało tym tamtą rozmowę, gdy wreszcie pękli, mówiąc o przyszłości i o tym, że przyjaźń nie może działać w ich przypadku.
Wtedy to wydawało się dobre. Przynosiło im naprawdę wiele szczęścia. Całkiem lekko mówili o byciu dla siebie kimś więcej. Nie tylko swoimi najlepszymi przyjaciółmi, lecz po prostu wszystkim. Wszystkim innym. Wszystkim dobrym. Tym, co najlepsze, nawet jeśli byli świadomi, że czasami nie dało się uniknąć bycia też dla siebie tym złym i niedobrym. Mimo to zawsze starali się znaleźć złoty środek. Na sam koniec wyglądało wręcz na to, że mógł stać się on całkowicie namacalny. Przypieczętowany równie złotym dowodem tego, że mieli być razem zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Od tamtego czasu wszystko zaczęło się sypać. Utracili tak wiele, nie zyskując niemalże niczego. Nie mogąc dłużej uciekać przed konsekwencjami własnych wyborów i popełnionych błędów, jedyną rozsądną decyzją było rozstanie. Nie widział innego wyjścia. Ani w tamtej chwili, ani kiedykolwiek później. Nie teraz, teraz o tym nie myślał. Teraz byli szczęśliwi.
A jednak w teorii coś wtedy odzyskali, czyż nie? Tyle tylko, że nie miało to słodkiego smaku. Nie było to wyleceniem ze złotej klatki, o której kiedyś rozmawiali. To było znacznie bardziej skomplikowane.
Bowiem, kiedy nikt nie budził cię z rana, kiedy nikt nie czekał na ciebie wieczorem. Kiedy mogłeś robić niemalże wszystko, co chciałeś, ale nie do końca to, czego tak naprawdę pragnąłeś, czym to tak naprawdę było? Jak należało to określić? Wolnością czy samotnością?
No właśnie. Niegdyś odpowiedź przyszłaby mu samoistnie. Nijak by się nad nią nie zastanawiał. Obecnie już tak nie było. To właśnie teraz, w tym momencie, teoretycznie ponownie spętany i zamotany, czuł się szczęśliwie. Lepiej. Bardziej właściwie. Na swoim miejscu.
Łatwo było temu ulec. Jeszcze łatwiej było się w tym zagubić. Być może wreszcie po prostu w tym utonąć. Może nie byłoby to tak złe rozwiązanie?
- Miła, grzeczna, posłuszna, kulturalna, wyrozumiała, cicha panienka czystej krwi o klasycznej, niewyzywającej urodzie i nieskalanym statusie społecznym. Zgadzająca się ze mną we wszystkim, potrafiąca przyznać się do błędu. Dokładnie tak. Nie inaczej - uniósł kąciki ust, pozwalając sobie na to, by lekko zadrżały w tłumionym śmiechu.
Powiedział jej o tym dwa wieczory wcześniej, czyż nie? Dokładnie tak. Jego ideał, mokry sen. A przecież już ustalili, że była dla niego idealna, prawda? Najlepsza partia. Więc zdecydowanie musiała być taka. Jaka taka? No, właśnie taka. Skromniuteńka i pokorna. Mhm.
Odruchowo przeniósł wzrok na dłoń Geraldine opierającą się o jego klatkę piersiową, kolejny raz się przy tym uśmiechając. To był naprawdę satysfakcjonujący, wyjątkowo słodki zasłużony pocałunek. Nic więc dziwnego, że odrobinę go przeciągnęli, czyż nie? Trudno było mu się od niej odsunąć, jeszcze trudniej ponownie podjąć spacer i rozmowę, nie wspominając tego wszystkiego, co mogliby zrobić, gdyby tylko zrezygnowali z dalszej części przechadzki.
Jednakże te róże były czymś, co naprawdę chciał zobaczyć. Cholernie mocno. Może nie tak mocno jak wrócić teraz z Riną do domu, ale w tym wypadku przygryzł wargi, powstrzymując się od tej propozycji. Jeszcze nie teraz.
Spróbował skupić się na rozważaniach.
- Myślę, że właśnie tu i teraz doszłaś do części prawdy. Kawałka istoty tego, co się dzieje - zawyrokował, wbijając spojrzenie w dziewczynę i kiwając głową.
Tak, natura zdecydowanie chciała im coś przekazać. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Tyle tylko, że co to było? Tego już nie wiedział.
- Coś jak tamta akromantula? - Spytał po chwili namysłu, próbując wyobrazić sobie skalę tego, o czym mówiła mu jego dziewczyna. W sierpniu, tak? Sierpień był naznaczony naprawdę wieloma trudnymi wydarzeniami.
I nie wyglądało na to, by wrzesień zapowiadał się lepiej. Nawet te róże...
...wrażenie, jakie się pojawiło, nie było dobre. Kontrastowało z wcześniejszą lekką atmosferą.
Jasne. Gdyby musiał na głos podać powód, dla którego postanowił wejść do oranżerii jako pierwszy, pewnie również stwierdziłby coś w ten deseń. Zdecydowanie lepiej znał się na roślinach. Ponadto to on był prowodyrem ich wizyty w rosarium. Bez wątpienia bardziej interesował go fenomen czarnych róż (pewne odwrócenie standardowych ról społecznych nie było w ich wypadku niczym szczególnym). A jednak w głębi duszy wiedział, że żadna z tych kwestii nie była najważniejsza. Powód od samego początku był bardzo określony.
Roise po prostu nie wyobrażał sobie pchania Geraldine na pierwszy ogień w miejscu, które choć nie powinno tego robić, bez wątpienia wzbudzało w nim niepokojące wrażenie. Być może zazwyczaj nie miał skłonności do paranoi. Mimo bycia zwolennikiem wielu teorii spiskowych, jeszcze pewien czas temu szczerze nie wierzył w to, że mogłoby ich tu spotkać coś złego. Jednakże ostatnio naprawdę wiele się zmieniło.
Pozornie bezpieczne miejsca stały się podejrzane, niebezpieczne, niepewne. Tak naprawdę już nigdzie nie dało się zupełnie odprężyć. Nawet ich własna Piaskownica, w której zazwyczaj potrafili złapać oddech, teraz została naznaczona smutkiem, żalem i rozpaczą. Być może w teorii w dalszym ciągu była domem, w którym mogli się skryć przed światem, ale nie byli tam już tak beztroscy i szczęśliwi jak wcześniej. Przed laty.
Widok zaniedbanej oranżerii w tak wypielęgnowanym miejscu jak ogrody Lestrange'ów był dla Ambroisa dostatecznie podejrzany. Ale gdy doszło do niego również to podskórne wrażenie niepokoju, Greengrass nie mógł powstrzymać odruchu nakazującego mu przejąć inicjatywę. Tym bardziej, że był przy tym na tyle zaintrygowany, że wcale nie zamierzał się wycofywać. Chciał na własne oczy sprawdzić, co takiego mogło kryć się we wnętrzu budowli zniszczonej przez czas, warunki atmosferyczne, naturę a może jeszcze przez coś innego.
Wszedł pierwszy, trzymając Rinę za rękę i rozglądając się dookoła. Nie od razu spostrzegł przy tym to, co przyciągnęło wzrok jego dziewczyny. Paradoksalnie to nie on był pierwszą osobą, która zauważyła poszukiwaną przez niego czarną różę. On dostrzegł coś innego. Ślady dłoni na szybach. Drobne odciski odbijające się na zawilgoconej powierzchni i znikające zaledwie w przeciągu ułamka sekundy. Wystarczyło mrugnąć, by ich nie było.
Oczywiście, że chciał pokazać je Yaxleyównie. Nie bez przyczyny pociągnął ją za rękę, praktycznie otwierając usta, ale nie wydobywając z nich ani jednego dźwięku. Zamiast tego kolejny raz zmarszczył brwi. Był skonsternowany. Zaparowana tafla szkła wyglądała na nieskalaną jakimikolwiek śladami. Zupełnie tak, jakby nikt od dawna jej nie dotykał.
Ambroise w teorii zdawał sobie sprawę z tego, że w działaniach widmowych sił nie należało doszukiwać się sensu. Jeśli w grę wchodziła tu ingerencja nadnaturalnych istot (a na to wyglądało, choć on sam zupełnie nic nie wyczuwał) najpewniej nie mogli zbyt wiele zrobić z tym, że to coś postanowiło nagle znów zniknąć. Rozpłynęło się w powietrzu, chociaż od samego początku było przecież niewidzialne.
- Nieważne. To chyba przywidzenie - rzucił wreszcie, nie chcąc niepotrzebnie zawracać głowy Geraldine.
Nie, gdy wreszcie dostrzegł to, na co wcześniej patrzyła. Czarną różę w doniczce. Oczywiście, że zamierzał do niej podejść, oglądając ją z bliska, choć nie dotykając jej wilgotnych płatków. Była...
...inna. Zdecydowanie nietypowa. Piękna, ale smutna. Ostatnio wielokrotnie widywał takie widoki...
Dwojga ludzi, dla których trzymanie się pod rękę bez towarzystwa przyzwoitki i przelotne, niezbyt częste, raczej bardzo ukradkowe pocałunki były chwilowo najpoważniejszymi posunięciami, na które było ich stać. Osobami na tyle dbającymi o sprawianie właściwego i przyzwoitego wrażenia, że w żadnym razie nie posunęłyby się dalej. To, że Ambroise starał się nie wlepiać wzroku w Geraldine przez całkowicie cały czas, jaki tu spędzali (a jedynie przez jakieś dwadzieścia jeden z trzydziestu siedmiu minut jakie tu spędzili, okay?) miało na celu wyłącznie mimowolne podtrzymywanie tego wrażenia.
Tyle tylko, że naprawdę mylnego. Nigdy nie potrafili zbyt długo udawać i kryć się z tym, że prędzej czy później mieli wrócić razem do domu. Do wspólnego mieszkania, wcześniej należącego do Riny, w którym szybko ze sobą zamieszkali. Praktycznie z dnia na dzień. Do nie małżeńskiego łoża. Do razem kupionego nadmorskiego domku, o którym wiedzieli wyłącznie oni dwoje. Do tych wszystkich miejsc, rzeczy i czynności, które być może im nie przystoiły, ale kto tak właściwie ustalał, gdzie powinna leżeć granica?
Tak, Greengrass był tradycjonalistą. Zaliczał się do grona osób o bardzo ugruntowanych poglądach momentami zakrawającymi o nieco archaiczny konserwatyzm. Potrafił zachowywać się jak czystokrwisty snob. Bywał bardzo otwarcie klasistowski. Nie wyznawał poglądów w całości zgodnych z twierdzeniami i postulatami Voldemorta. Miał znajomych pośród ludzi o różnych statusach społecznych. Mieszczących się na różnych szczeblach hierarchii, ale no właśnie...
...ta hierarchia nadal pełniła pewną rolę w jego życiu. Dosyć znaczną. Bez wątpienia nie dało się o nim powiedzieć, że całkowicie popierał pójście z duchem czasu. Nie gardził otwarcie szlamami. Zresztą dosyć rzadko korzystał z tego określenia i to głównie w stosunku do osób, które znacząco mu podpadły. Nie popierał mordów dla zasady, zabijania niewinnych i tak dalej. Natomiast niekoniecznie chciał widzieć postępowość na zasadzie tej, którą usiłowano im wciskać. Parytetów opartych wyłącznie na byciu uciśnioną mniejszością i tak dalej.
Nie od wszystkich wymagał dokładnie tyle samo, nie. Nie wierzył w równość za wszelką cenę. Tylko słabi wierzyli, że wszyscy powinni mieć te same szanse. On nieodmiennie wyznawał przekonanie każdemu po równo, każdemu po gówno. Prosta sprawa. Aby osiągnąć sukces i ugruntować swoją pozycję w magicznym świecie należało cokolwiek sobą przedstawiać. Niektórzy mieli fory związane z pochodzeniem. Inni musieli się bardziej starać. Krzyczenie o niesprawiedliwości nie było staraniem. Koniec. Kropka.
A jednak jak na kogoś otwarcie mającego się za człowieka hołdującego tradycyjnym wartościom, podejmował całkiem wiele mniej lub bardziej postępowych decyzji. Był w tym hipokrytą. Bez dwóch zdań. Wybierał narrację, którą uważał za wygodną. Co prawda później naprawdę uporczywie się jej trzymał, ale nie miał żadnego problemu mieszkać razem bez ślubu.
Żyć i współżyć. Zachowywać się zupełnie tak, jakby gdzieś pomiędzy tym wszystkim zostali całkowicie oficjalnym związkiem, po prostu formalizując go między sobą - w swoich ustach i głowach. W swoich ramionach prawdopodobnie gdzieś podczas tamtego pierwszego długiego weekendu na plaży u brzegu morza.
Nie. Nie zmieniłby tego na te wszystkie powolne przeżywanie kolejnych etapów zalotów mających zakończyć się zaręczynami i ślubem. Dopiero później zaś tym wszystkim, od czego ich dwoje tak naprawdę zaczęło swój związek. Przypieczętowało tym tamtą rozmowę, gdy wreszcie pękli, mówiąc o przyszłości i o tym, że przyjaźń nie może działać w ich przypadku.
Wtedy to wydawało się dobre. Przynosiło im naprawdę wiele szczęścia. Całkiem lekko mówili o byciu dla siebie kimś więcej. Nie tylko swoimi najlepszymi przyjaciółmi, lecz po prostu wszystkim. Wszystkim innym. Wszystkim dobrym. Tym, co najlepsze, nawet jeśli byli świadomi, że czasami nie dało się uniknąć bycia też dla siebie tym złym i niedobrym. Mimo to zawsze starali się znaleźć złoty środek. Na sam koniec wyglądało wręcz na to, że mógł stać się on całkowicie namacalny. Przypieczętowany równie złotym dowodem tego, że mieli być razem zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Od tamtego czasu wszystko zaczęło się sypać. Utracili tak wiele, nie zyskując niemalże niczego. Nie mogąc dłużej uciekać przed konsekwencjami własnych wyborów i popełnionych błędów, jedyną rozsądną decyzją było rozstanie. Nie widział innego wyjścia. Ani w tamtej chwili, ani kiedykolwiek później. Nie teraz, teraz o tym nie myślał. Teraz byli szczęśliwi.
A jednak w teorii coś wtedy odzyskali, czyż nie? Tyle tylko, że nie miało to słodkiego smaku. Nie było to wyleceniem ze złotej klatki, o której kiedyś rozmawiali. To było znacznie bardziej skomplikowane.
Bowiem, kiedy nikt nie budził cię z rana, kiedy nikt nie czekał na ciebie wieczorem. Kiedy mogłeś robić niemalże wszystko, co chciałeś, ale nie do końca to, czego tak naprawdę pragnąłeś, czym to tak naprawdę było? Jak należało to określić? Wolnością czy samotnością?
No właśnie. Niegdyś odpowiedź przyszłaby mu samoistnie. Nijak by się nad nią nie zastanawiał. Obecnie już tak nie było. To właśnie teraz, w tym momencie, teoretycznie ponownie spętany i zamotany, czuł się szczęśliwie. Lepiej. Bardziej właściwie. Na swoim miejscu.
Łatwo było temu ulec. Jeszcze łatwiej było się w tym zagubić. Być może wreszcie po prostu w tym utonąć. Może nie byłoby to tak złe rozwiązanie?
- Miła, grzeczna, posłuszna, kulturalna, wyrozumiała, cicha panienka czystej krwi o klasycznej, niewyzywającej urodzie i nieskalanym statusie społecznym. Zgadzająca się ze mną we wszystkim, potrafiąca przyznać się do błędu. Dokładnie tak. Nie inaczej - uniósł kąciki ust, pozwalając sobie na to, by lekko zadrżały w tłumionym śmiechu.
Powiedział jej o tym dwa wieczory wcześniej, czyż nie? Dokładnie tak. Jego ideał, mokry sen. A przecież już ustalili, że była dla niego idealna, prawda? Najlepsza partia. Więc zdecydowanie musiała być taka. Jaka taka? No, właśnie taka. Skromniuteńka i pokorna. Mhm.
Odruchowo przeniósł wzrok na dłoń Geraldine opierającą się o jego klatkę piersiową, kolejny raz się przy tym uśmiechając. To był naprawdę satysfakcjonujący, wyjątkowo słodki zasłużony pocałunek. Nic więc dziwnego, że odrobinę go przeciągnęli, czyż nie? Trudno było mu się od niej odsunąć, jeszcze trudniej ponownie podjąć spacer i rozmowę, nie wspominając tego wszystkiego, co mogliby zrobić, gdyby tylko zrezygnowali z dalszej części przechadzki.
Jednakże te róże były czymś, co naprawdę chciał zobaczyć. Cholernie mocno. Może nie tak mocno jak wrócić teraz z Riną do domu, ale w tym wypadku przygryzł wargi, powstrzymując się od tej propozycji. Jeszcze nie teraz.
Spróbował skupić się na rozważaniach.
- Myślę, że właśnie tu i teraz doszłaś do części prawdy. Kawałka istoty tego, co się dzieje - zawyrokował, wbijając spojrzenie w dziewczynę i kiwając głową.
Tak, natura zdecydowanie chciała im coś przekazać. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Tyle tylko, że co to było? Tego już nie wiedział.
- Coś jak tamta akromantula? - Spytał po chwili namysłu, próbując wyobrazić sobie skalę tego, o czym mówiła mu jego dziewczyna. W sierpniu, tak? Sierpień był naznaczony naprawdę wieloma trudnymi wydarzeniami.
I nie wyglądało na to, by wrzesień zapowiadał się lepiej. Nawet te róże...
...wrażenie, jakie się pojawiło, nie było dobre. Kontrastowało z wcześniejszą lekką atmosferą.
Jasne. Gdyby musiał na głos podać powód, dla którego postanowił wejść do oranżerii jako pierwszy, pewnie również stwierdziłby coś w ten deseń. Zdecydowanie lepiej znał się na roślinach. Ponadto to on był prowodyrem ich wizyty w rosarium. Bez wątpienia bardziej interesował go fenomen czarnych róż (pewne odwrócenie standardowych ról społecznych nie było w ich wypadku niczym szczególnym). A jednak w głębi duszy wiedział, że żadna z tych kwestii nie była najważniejsza. Powód od samego początku był bardzo określony.
Roise po prostu nie wyobrażał sobie pchania Geraldine na pierwszy ogień w miejscu, które choć nie powinno tego robić, bez wątpienia wzbudzało w nim niepokojące wrażenie. Być może zazwyczaj nie miał skłonności do paranoi. Mimo bycia zwolennikiem wielu teorii spiskowych, jeszcze pewien czas temu szczerze nie wierzył w to, że mogłoby ich tu spotkać coś złego. Jednakże ostatnio naprawdę wiele się zmieniło.
Pozornie bezpieczne miejsca stały się podejrzane, niebezpieczne, niepewne. Tak naprawdę już nigdzie nie dało się zupełnie odprężyć. Nawet ich własna Piaskownica, w której zazwyczaj potrafili złapać oddech, teraz została naznaczona smutkiem, żalem i rozpaczą. Być może w teorii w dalszym ciągu była domem, w którym mogli się skryć przed światem, ale nie byli tam już tak beztroscy i szczęśliwi jak wcześniej. Przed laty.
Widok zaniedbanej oranżerii w tak wypielęgnowanym miejscu jak ogrody Lestrange'ów był dla Ambroisa dostatecznie podejrzany. Ale gdy doszło do niego również to podskórne wrażenie niepokoju, Greengrass nie mógł powstrzymać odruchu nakazującego mu przejąć inicjatywę. Tym bardziej, że był przy tym na tyle zaintrygowany, że wcale nie zamierzał się wycofywać. Chciał na własne oczy sprawdzić, co takiego mogło kryć się we wnętrzu budowli zniszczonej przez czas, warunki atmosferyczne, naturę a może jeszcze przez coś innego.
Wszedł pierwszy, trzymając Rinę za rękę i rozglądając się dookoła. Nie od razu spostrzegł przy tym to, co przyciągnęło wzrok jego dziewczyny. Paradoksalnie to nie on był pierwszą osobą, która zauważyła poszukiwaną przez niego czarną różę. On dostrzegł coś innego. Ślady dłoni na szybach. Drobne odciski odbijające się na zawilgoconej powierzchni i znikające zaledwie w przeciągu ułamka sekundy. Wystarczyło mrugnąć, by ich nie było.
Oczywiście, że chciał pokazać je Yaxleyównie. Nie bez przyczyny pociągnął ją za rękę, praktycznie otwierając usta, ale nie wydobywając z nich ani jednego dźwięku. Zamiast tego kolejny raz zmarszczył brwi. Był skonsternowany. Zaparowana tafla szkła wyglądała na nieskalaną jakimikolwiek śladami. Zupełnie tak, jakby nikt od dawna jej nie dotykał.
Ambroise w teorii zdawał sobie sprawę z tego, że w działaniach widmowych sił nie należało doszukiwać się sensu. Jeśli w grę wchodziła tu ingerencja nadnaturalnych istot (a na to wyglądało, choć on sam zupełnie nic nie wyczuwał) najpewniej nie mogli zbyt wiele zrobić z tym, że to coś postanowiło nagle znów zniknąć. Rozpłynęło się w powietrzu, chociaż od samego początku było przecież niewidzialne.
- Nieważne. To chyba przywidzenie - rzucił wreszcie, nie chcąc niepotrzebnie zawracać głowy Geraldine.
Nie, gdy wreszcie dostrzegł to, na co wcześniej patrzyła. Czarną różę w doniczce. Oczywiście, że zamierzał do niej podejść, oglądając ją z bliska, choć nie dotykając jej wilgotnych płatków. Była...
...inna. Zdecydowanie nietypowa. Piękna, ale smutna. Ostatnio wielokrotnie widywał takie widoki...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down