19.02.2025, 05:29 ✶
To był naprawdę miły dzień. Od samego wczesnego poranka, poprzez wspólną wizytę w rosarium (nawet w tamtej niemal na pewno nawiedzonej oranżerii) aż do obiadu w restauracji. Ba, również podczas powrotu do mieszkania towarzyszyła im naprawdę przyjemna atmosfera. W tym momencie może już nie do końca tak lekka jak podczas spaceru. Wypity alkohol i coraz późniejsza pora dnia zdecydowanie robiły swoje. Nie dało się ukryć, przynajmniej w oczach Ambroisa, że o ile wcześniej mieli stosunkowo luźne plany, o tyle teraz mieli plany.
I te plany dotyczyły raczej bardzo prywatnego wieczoru spędzonego w mieszkaniu, być może zahaczającego o noc w Londynie zanim nad ranem wróciliby do zwierząt w Whitby, które do tej pory zdecydowanie miały poradzić sobie same. Odpowiednio je przecież do tego przygotowali, nawet jeśli może nie do końca spodziewali się, że zostaną w mieście na tak długo.
A tym bardziej nie, że przyjdzie im spędzać tu czas w ten sposób. Gdy poprzedniego wieczoru kładli się spać, raczej nie snuli planów na to, żeby spędzić ten dzień w taki sposób. A jednak to zrobili. Randkowali. Ubrani zdecydowanie lepiej niż zazwyczaj (co w jego przypadku znaczyło odstawienie się niczym szczur na otwarcie Podziemnych Ścieżek), wręcz wystrojeni. Zdecydowanie w naprawdę dobrych nastrojach. Niosący kwiaty, które rano wręczył dziewczynie i torbę z whisky oraz kawałkiem ciasta na wieczór. Prowadzący całkiem lekką dyskusję.
Gdy weszli na klatkę schodową kamienicy, znajdując się już w bardziej prywatnej przestrzeni niż wcześniej, Roise nie wahał się też dłużej, jeśli chodziło o bardziej zdrożne zachowania. Pocałował swoją dziewczynę, na kilka chwil odbierając im obojgu dech w piersiach i przyciskając Yaxleyównę do ściany. Odważnie sunąc dłonią po materiale na jej udzie. Podwijając jej jeden bok sukienki, trochę miętosząc przy tym materiał, ale co z tego? W końcu zaraz mieli znaleźć się całkiem sami, prawda?
Prawda?
No, kurwa, nieprawda.
Nie wiedział tego jeszcze, kiedy ją całował. Nie zdawał sobie z tego sprawy, kiedy kąsał jej wargi i dawał pociągać się za swoje. Kiedy wywoływał znacznie większy (i jakże satysfakcjonujący) rumieniec na policzkach i dekolcie dziewczyny.
Kiedy zupełnie nie przejmował się śladami jej pomadki na jego twarzy. Kiedy w końcu zaczęli wchodzić po schodach, zupełnie rozproszeni sobą nawzajem. Trzymając się za ręce, posyłając sobie spojrzenia, kilka razy prawie potykając się przez to o schody.
Kiedy wreszcie stanęli na wykładzinie piętro niżej niż docelowe mieszkanie, w dalszym ciągu zachowywali się jak para zakochanych szczeniaków. Poza ich dwojgiem, klatka schodowa była całkowicie pusta. Pozostało im jeszcze wyłącznie nieco bardziej uważać i odrobinę konspiracyjnie (głównie dla zabawy, odrobiny adrenaliny, raczej nie chęci krycia się) przemknąć przez piętro należące do ich wspólnego przyjaciela...
...i byliby u siebie. Co z tego, że w teorii nie istnieli już żadni oni? Ten dzień był inny.
No, kurwa, jeszcze nie wiedzieli jak bardzo inny.
Dopiero nieoczekiwany odgłos poprzedzający czyjąś ostrzegawczą wypowiedź przerwał idylliczne wrażenie intymności. Choć nieoczekiwana wypowiedź powinna zabrzmieć co najmniej groźnie, ton głosu, akcent i barwa brzmienia mężczyzny nie dodawały... ...a wręcz całkowicie rozwiewały... ...powagę tych słów.
Mimo to, Ambroise zareagował wręcz instynktownie, ruchem ręki powstrzymując dziewczynę przed zrobieniem kolejnego kroku i zatrzymując ją w miejscu. Siebie także. Nie spróbował pchnąć Geraldine za jego plecy wyłącznie za to, że w istocie byłoby to wspomniane parszywe zrobienie kroku a on nie chciał ryzykować.
Jeszcze nie.
Wpierw musiał zorientować się, o co chodzi i...
...kurwa. Niczego mu to nie rozjaśniło. Nawet wtedy, kiedy ich rozmówca wyłonił się ze swojej kryjówki zaś z ust Greengrassa mimowolnie wydostało się ciche:
- Rookie - pozbawione jakiejkolwiek radości z powodu zobaczenia znajomej mordy.
Wręcz przeciwnie. Szczególnie po słowach o tym, że ich ruchy mogły być nieprzemyślane. Pardon...
...niepszemyślane.
Tylko jakimś cudem nie skomentował tego, co tutaj w rzeczy samej było najbardziej nieprzemyślanym... ...niepszemyślanym... ...posunięciem. I zdecydowanie nie chodziło o nic, co było związane z nimi. O nie. To nie oni zachowywali się, jakby ochujali.
- Raczysz mi wyjaśnić - zaczął, nawet nie próbując kończyć tego zdania. - Co do chuja się tu odpierdala i co ci odjebało, że uważasz to za rozsądne posunięcie? - Wybrzmiało dostatecznie wyraźnie.
Wręcz idealne niewerbalne... ...cóż... ...z uwagi na ilość niecenzuralnych słów cisnących się na usta Ambroisa, to chyba przekleństwo. Niewerbalne przekleństwo skierowane w stronę drugiego mężczyzny wraz z wyraźnie coraz bardziej poirytowanym spojrzeniem.
Mimo to, Roise nie zamierzał ignorować tamtego ostrzeżenia, jakie na samym początku dotarło do nich od strony Fenwicka vel Rookwooda. Tu akurat na tyle dobrze znał talenty przyjaciela, że był w stanie od razu założyć najgorsze. Czy tam najlepsze. To chyba zależało od intencji Benjy'ego (tudzież Aloysiusa) a te były dla Greengrassa totalnie niezrozumiałe.
Najpewniej miały jakiś tam ukryty sens, ale na ten moment był skłonny stwierdzić, że Loys wyciągnął je sobie z dupy. Zupełnie jak tamten pokraczny pistolecik na wodę, którym ich zaatakował.
Kolejna rzecz, której Ambroise za cholerę się nie spodziewał i na którą zareagował z kilkusekundowym opóźnieniem, potrząsając przy tym głową jak mokry pies, bo...
...no, kurwa.
Przytkało go. Pierwszy raz od dawna tak bardzo go przytkało. A jednak i tak stosunkowo szybko się odetkał.
- Och, zapewniam cię, że zaraz mnie coś opęta - syknął wreszcie, raczej bardziej ostentacyjnie ostrzegawczo aniżeli ozięble (co nie było dla niego takie typowe; przynajmniej nie dla jego dorosłej wersji) mrużąc przy tym oczy.
A jednak poniekąd dostał swoje wyjaśnienie, czyż nie? Informacje najwidoczniej zajebiście szybko się roznosiły. Zwłaszcza takie, które za cholerę nie powinny trafiać do ogółu społeczeństwa. Toteż gdyby nie fakt, że to był Rookwood... ...no, Fenwick, do którego zawędrowały, Ambroise bez chwili zawahania porozmawiałyby sobie z najpewniej ni mniej, ni więcej, nikim innym tylko Corneliusem.
Niechybnym prowodyrem całego cyrku, jaki się tu teraz odstawiał (Bellowie klaskaliby jajami na widok takiego show; szczególnie ich kobiece przedstawicielki) choć aktualnie nie było go widać na horyzoncie. Co prawda, Roise jednocześnie był w stu procentach pewien, że większość metod weryfikacji wyszła od Aloysiusa, ale to Corio był tu głównym winnym. Corio i jego długi jęzor.
Corio i jego nieobecna facjata. Corio i jego dupa kryjąca się w mieszkaniu, na co wskazywał gest i głośny komentarz Fenwicka rzucony za plecy. Corio i jego nagła przezorność. Corio i jego hebanowe klepki zastępujące braki w głowie.
Tak. To Lestrange był tutaj mózgiem operacji. Zdecydowanie. Tak się składało, że to chyba nigdy nie miało ulec zmianie. Rookwood zawsze robił za organ wykonawczy, przy okazji często gęsto wciągając w to także Greengrassa, ale nigdy Lestrange'a.
Lestrange był z nich wszystkich najbardziej podstępną mendą. Ambroise mógł być z nim naprawdę blisko, nieustannie przyjaźnić się od ponad dwudziestu lat, jednak nie był w stanie ignorować niektórych faktów. Po prostu nauczył się z nimi żyć. Przeszedł do porządku dziennego...
...a potem okazywało się, że w dalszym ciągu można go było jeszcze zaskoczyć. Kolejny raz przekroczyć granicę perfidii, nawet jeśli sama idea i wykonanie być może zasługiwały na nieco uznania. Z pewnością były kreatywne. Niemalże tak jak nowa stylówka ich przyjaciela.
Od tych ubrań, poprzez tatuaże, kolczyki, fryzurę. Na nowym akcencie kończąc. Na nowym akcencie również zaczynając, bo cholera. Słysząc te ostatnie słowa, Roise niemalże parsknął śmiechem.
- Hipogryf upierdolił cię w język? - Być może jeszcze o to nie spytał, jednak zdecydowanie było to dostrzegalne w jego oczach, w których rozbłysły te nagłe kurwiki.
Jasne, nadal był zły. Zaskoczony tym, że dał się tak podejść. W dodatku w towarzystwie jego dziewczyny, co było dodatkowo irytujące. Jednakże skala absurdu niemalże wyjebała poza...
...cóż skala absurdu niemalże wyjebała poza skalę absurdu.
Zwłaszcza, że rookwoodowa sekunda nawet jeszcze się nie zaczęła.
- Rusz dupę i to ściągnij z łaski swojej - podkreślił, w razie, gdyby przyjaciel zdążył zapomnieć o tym, co powinien zrobić.
Jednocześnie pierwszy raz od kilku chwil przeniósł spojrzenie na Geraldine, nie powstrzymując się od ostentacyjnego przewrócenia oczami. Także zupełnie nie w jego charakterze. Zazwyczaj robił to znacznie subtelniej, ale tu się tak kurwa nie dało.
I te plany dotyczyły raczej bardzo prywatnego wieczoru spędzonego w mieszkaniu, być może zahaczającego o noc w Londynie zanim nad ranem wróciliby do zwierząt w Whitby, które do tej pory zdecydowanie miały poradzić sobie same. Odpowiednio je przecież do tego przygotowali, nawet jeśli może nie do końca spodziewali się, że zostaną w mieście na tak długo.
A tym bardziej nie, że przyjdzie im spędzać tu czas w ten sposób. Gdy poprzedniego wieczoru kładli się spać, raczej nie snuli planów na to, żeby spędzić ten dzień w taki sposób. A jednak to zrobili. Randkowali. Ubrani zdecydowanie lepiej niż zazwyczaj (co w jego przypadku znaczyło odstawienie się niczym szczur na otwarcie Podziemnych Ścieżek), wręcz wystrojeni. Zdecydowanie w naprawdę dobrych nastrojach. Niosący kwiaty, które rano wręczył dziewczynie i torbę z whisky oraz kawałkiem ciasta na wieczór. Prowadzący całkiem lekką dyskusję.
Gdy weszli na klatkę schodową kamienicy, znajdując się już w bardziej prywatnej przestrzeni niż wcześniej, Roise nie wahał się też dłużej, jeśli chodziło o bardziej zdrożne zachowania. Pocałował swoją dziewczynę, na kilka chwil odbierając im obojgu dech w piersiach i przyciskając Yaxleyównę do ściany. Odważnie sunąc dłonią po materiale na jej udzie. Podwijając jej jeden bok sukienki, trochę miętosząc przy tym materiał, ale co z tego? W końcu zaraz mieli znaleźć się całkiem sami, prawda?
Prawda?
No, kurwa, nieprawda.
Nie wiedział tego jeszcze, kiedy ją całował. Nie zdawał sobie z tego sprawy, kiedy kąsał jej wargi i dawał pociągać się za swoje. Kiedy wywoływał znacznie większy (i jakże satysfakcjonujący) rumieniec na policzkach i dekolcie dziewczyny.
Kiedy zupełnie nie przejmował się śladami jej pomadki na jego twarzy. Kiedy w końcu zaczęli wchodzić po schodach, zupełnie rozproszeni sobą nawzajem. Trzymając się za ręce, posyłając sobie spojrzenia, kilka razy prawie potykając się przez to o schody.
Kiedy wreszcie stanęli na wykładzinie piętro niżej niż docelowe mieszkanie, w dalszym ciągu zachowywali się jak para zakochanych szczeniaków. Poza ich dwojgiem, klatka schodowa była całkowicie pusta. Pozostało im jeszcze wyłącznie nieco bardziej uważać i odrobinę konspiracyjnie (głównie dla zabawy, odrobiny adrenaliny, raczej nie chęci krycia się) przemknąć przez piętro należące do ich wspólnego przyjaciela...
...i byliby u siebie. Co z tego, że w teorii nie istnieli już żadni oni? Ten dzień był inny.
No, kurwa, jeszcze nie wiedzieli jak bardzo inny.
Dopiero nieoczekiwany odgłos poprzedzający czyjąś ostrzegawczą wypowiedź przerwał idylliczne wrażenie intymności. Choć nieoczekiwana wypowiedź powinna zabrzmieć co najmniej groźnie, ton głosu, akcent i barwa brzmienia mężczyzny nie dodawały... ...a wręcz całkowicie rozwiewały... ...powagę tych słów.
Mimo to, Ambroise zareagował wręcz instynktownie, ruchem ręki powstrzymując dziewczynę przed zrobieniem kolejnego kroku i zatrzymując ją w miejscu. Siebie także. Nie spróbował pchnąć Geraldine za jego plecy wyłącznie za to, że w istocie byłoby to wspomniane parszywe zrobienie kroku a on nie chciał ryzykować.
Jeszcze nie.
Wpierw musiał zorientować się, o co chodzi i...
...kurwa. Niczego mu to nie rozjaśniło. Nawet wtedy, kiedy ich rozmówca wyłonił się ze swojej kryjówki zaś z ust Greengrassa mimowolnie wydostało się ciche:
- Rookie - pozbawione jakiejkolwiek radości z powodu zobaczenia znajomej mordy.
Wręcz przeciwnie. Szczególnie po słowach o tym, że ich ruchy mogły być nieprzemyślane. Pardon...
...niepszemyślane.
Tylko jakimś cudem nie skomentował tego, co tutaj w rzeczy samej było najbardziej nieprzemyślanym... ...niepszemyślanym... ...posunięciem. I zdecydowanie nie chodziło o nic, co było związane z nimi. O nie. To nie oni zachowywali się, jakby ochujali.
- Raczysz mi wyjaśnić - zaczął, nawet nie próbując kończyć tego zdania. - Co do chuja się tu odpierdala i co ci odjebało, że uważasz to za rozsądne posunięcie? - Wybrzmiało dostatecznie wyraźnie.
Wręcz idealne niewerbalne... ...cóż... ...z uwagi na ilość niecenzuralnych słów cisnących się na usta Ambroisa, to chyba przekleństwo. Niewerbalne przekleństwo skierowane w stronę drugiego mężczyzny wraz z wyraźnie coraz bardziej poirytowanym spojrzeniem.
Mimo to, Roise nie zamierzał ignorować tamtego ostrzeżenia, jakie na samym początku dotarło do nich od strony Fenwicka vel Rookwooda. Tu akurat na tyle dobrze znał talenty przyjaciela, że był w stanie od razu założyć najgorsze. Czy tam najlepsze. To chyba zależało od intencji Benjy'ego (tudzież Aloysiusa) a te były dla Greengrassa totalnie niezrozumiałe.
Najpewniej miały jakiś tam ukryty sens, ale na ten moment był skłonny stwierdzić, że Loys wyciągnął je sobie z dupy. Zupełnie jak tamten pokraczny pistolecik na wodę, którym ich zaatakował.
Kolejna rzecz, której Ambroise za cholerę się nie spodziewał i na którą zareagował z kilkusekundowym opóźnieniem, potrząsając przy tym głową jak mokry pies, bo...
...no, kurwa.
Przytkało go. Pierwszy raz od dawna tak bardzo go przytkało. A jednak i tak stosunkowo szybko się odetkał.
- Och, zapewniam cię, że zaraz mnie coś opęta - syknął wreszcie, raczej bardziej ostentacyjnie ostrzegawczo aniżeli ozięble (co nie było dla niego takie typowe; przynajmniej nie dla jego dorosłej wersji) mrużąc przy tym oczy.
A jednak poniekąd dostał swoje wyjaśnienie, czyż nie? Informacje najwidoczniej zajebiście szybko się roznosiły. Zwłaszcza takie, które za cholerę nie powinny trafiać do ogółu społeczeństwa. Toteż gdyby nie fakt, że to był Rookwood... ...no, Fenwick, do którego zawędrowały, Ambroise bez chwili zawahania porozmawiałyby sobie z najpewniej ni mniej, ni więcej, nikim innym tylko Corneliusem.
Niechybnym prowodyrem całego cyrku, jaki się tu teraz odstawiał (Bellowie klaskaliby jajami na widok takiego show; szczególnie ich kobiece przedstawicielki) choć aktualnie nie było go widać na horyzoncie. Co prawda, Roise jednocześnie był w stu procentach pewien, że większość metod weryfikacji wyszła od Aloysiusa, ale to Corio był tu głównym winnym. Corio i jego długi jęzor.
Corio i jego nieobecna facjata. Corio i jego dupa kryjąca się w mieszkaniu, na co wskazywał gest i głośny komentarz Fenwicka rzucony za plecy. Corio i jego nagła przezorność. Corio i jego hebanowe klepki zastępujące braki w głowie.
Tak. To Lestrange był tutaj mózgiem operacji. Zdecydowanie. Tak się składało, że to chyba nigdy nie miało ulec zmianie. Rookwood zawsze robił za organ wykonawczy, przy okazji często gęsto wciągając w to także Greengrassa, ale nigdy Lestrange'a.
Lestrange był z nich wszystkich najbardziej podstępną mendą. Ambroise mógł być z nim naprawdę blisko, nieustannie przyjaźnić się od ponad dwudziestu lat, jednak nie był w stanie ignorować niektórych faktów. Po prostu nauczył się z nimi żyć. Przeszedł do porządku dziennego...
...a potem okazywało się, że w dalszym ciągu można go było jeszcze zaskoczyć. Kolejny raz przekroczyć granicę perfidii, nawet jeśli sama idea i wykonanie być może zasługiwały na nieco uznania. Z pewnością były kreatywne. Niemalże tak jak nowa stylówka ich przyjaciela.
Od tych ubrań, poprzez tatuaże, kolczyki, fryzurę. Na nowym akcencie kończąc. Na nowym akcencie również zaczynając, bo cholera. Słysząc te ostatnie słowa, Roise niemalże parsknął śmiechem.
- Hipogryf upierdolił cię w język? - Być może jeszcze o to nie spytał, jednak zdecydowanie było to dostrzegalne w jego oczach, w których rozbłysły te nagłe kurwiki.
Jasne, nadal był zły. Zaskoczony tym, że dał się tak podejść. W dodatku w towarzystwie jego dziewczyny, co było dodatkowo irytujące. Jednakże skala absurdu niemalże wyjebała poza...
...cóż skala absurdu niemalże wyjebała poza skalę absurdu.
Zwłaszcza, że rookwoodowa sekunda nawet jeszcze się nie zaczęła.
- Rusz dupę i to ściągnij z łaski swojej - podkreślił, w razie, gdyby przyjaciel zdążył zapomnieć o tym, co powinien zrobić.
Jednocześnie pierwszy raz od kilku chwil przeniósł spojrzenie na Geraldine, nie powstrzymując się od ostentacyjnego przewrócenia oczami. Także zupełnie nie w jego charakterze. Zazwyczaj robił to znacznie subtelniej, ale tu się tak kurwa nie dało.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down