19.02.2025, 09:56 ✶
– Zobaczymy w kalendarzu, czy jest jakieś odpowiednie święto. Może dzień harpii? – zbyła go lekko Charlotte. Wątpiła zresztą, żeby Jessie faktycznie chciał to zrobić: był tym z jej dzieci, które miało dość dobry charakter. Obwiniała o to trochę Neda, a trochę Jonathana. Ten pierwszy przekazał mu bycie miłym człowiekiem w genach, ten drugi zepsuł swoim idealizmem. Na szczęście Theo i Rita mieli w sobie trochę więcej samolubstwa i innych cech, które przyjęli po matce.
– Myślisz, że naprawdę by cię za to wyrzucili? – spytała Charlotte, z nagłym zainteresowaniem.
Prawdopodobnie nie zrobiłaby czegoś takiego tylko po to, żeby sabotować pracę najstarszego syna. W końcu, chociaż miała określone poglądy i na pewne sprawy, i żadnych problemów z wyrażaniem swojego zdania (zwłaszcza o goblinach, i innych magicznych stworzeniach, a także wielu innych: nie miała uprzedzeń wobec jasnowidzów chyba tylko dlatego, że takimi byli Morpheus i Theo…), to jednak zazwyczaj nie próbowała swoich dzieci do czegokolwiek zmuszać.
P r a w d o p o d o b n i e.
Charlotte, w związku z tym, że sama uciekła niemalże sprzed ołtarza, i wiedziała, że dzieciom, mającym jej geny, lepiej nie narzucać doboru partnerów, była skłonna znieść w przyszłej wybrance Jessiego wiele. Nie narzekałaby przy kimś czystej (przynajmniej póki nie byłby z rodu Crouchów) czy półkrwi. Nie mrugnęłaby okiem na mugolaczkę. Z ogromnym bólem serca zaakceptowałaby prawdopodobnie nawet mugolkę (chociaż wcześniej na pewno namówiłaby któregoś z przyjaciół, aby zapłacił komuś za udawanie bogatego, mugolskiego arystokraty, który będzie tę adorować).
– Och, jeśli umówimy cię na randkę, to rozwiąże oba te problemy! – zapewniła Charlotte niemalże radośnie. Przecież jeśli będzie spędzał czas z dziewczyną, nie spędzi go ani z goblinami, ani z chrzestnym (chociaż akurat o tym chrzestnym Charlie nie mówiła poważnie). – Nie dramatyzuj, nie wszyscy psychopaci są tacy źli – zbyła jego zmartwienie machnięciem ręki, co – prawdopodobnie – miało coś wspólnego z tym, że niejedna osoba dopatrzyłaby się w niej cech psychopatycznych. – Masz byłą? I nic mi nie powiedziałeś? – oburzyła się zaraz szczerze.
– Myślisz, że naprawdę by cię za to wyrzucili? – spytała Charlotte, z nagłym zainteresowaniem.
Prawdopodobnie nie zrobiłaby czegoś takiego tylko po to, żeby sabotować pracę najstarszego syna. W końcu, chociaż miała określone poglądy i na pewne sprawy, i żadnych problemów z wyrażaniem swojego zdania (zwłaszcza o goblinach, i innych magicznych stworzeniach, a także wielu innych: nie miała uprzedzeń wobec jasnowidzów chyba tylko dlatego, że takimi byli Morpheus i Theo…), to jednak zazwyczaj nie próbowała swoich dzieci do czegokolwiek zmuszać.
P r a w d o p o d o b n i e.
Charlotte, w związku z tym, że sama uciekła niemalże sprzed ołtarza, i wiedziała, że dzieciom, mającym jej geny, lepiej nie narzucać doboru partnerów, była skłonna znieść w przyszłej wybrance Jessiego wiele. Nie narzekałaby przy kimś czystej (przynajmniej póki nie byłby z rodu Crouchów) czy półkrwi. Nie mrugnęłaby okiem na mugolaczkę. Z ogromnym bólem serca zaakceptowałaby prawdopodobnie nawet mugolkę (chociaż wcześniej na pewno namówiłaby któregoś z przyjaciół, aby zapłacił komuś za udawanie bogatego, mugolskiego arystokraty, który będzie tę adorować).
– Och, jeśli umówimy cię na randkę, to rozwiąże oba te problemy! – zapewniła Charlotte niemalże radośnie. Przecież jeśli będzie spędzał czas z dziewczyną, nie spędzi go ani z goblinami, ani z chrzestnym (chociaż akurat o tym chrzestnym Charlie nie mówiła poważnie). – Nie dramatyzuj, nie wszyscy psychopaci są tacy źli – zbyła jego zmartwienie machnięciem ręki, co – prawdopodobnie – miało coś wspólnego z tym, że niejedna osoba dopatrzyłaby się w niej cech psychopatycznych. – Masz byłą? I nic mi nie powiedziałeś? – oburzyła się zaraz szczerze.