19.02.2025, 12:02 ✶
Dolohov otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, a jednak nie powiedział nic. Zamknął je, przesunął spojrzeniem po pomieszczeniu, nie przerywając Peregrinusowi rozpoczętej wypowiedzi. Układanie się z Ministerstwem nigdy nie było drogą, którą sam by sobie napisał. Generalnie Dolohov nie chciał układać się z nikim. W tym jednak rzecz była, że uznanie odmowy za niezbyt bolesne byłoby paskudnym kłamstwem. No i owszem - Dolohov potrafił kłamać, pleść słowami rzeczywistość niemającą żadnego punktu wspólnego z rzeczywistością, ale to jeszcze nie znaczyło, że chciałby tak bezczelnie okłamywać jego. Nie znaczyło to jednocześnie pragnienia podzielenia się z Peregrinusem całą prawdą - ta nie potrafiła przeleźć mu przez gardło, bo... Pokazywało znów, że jego życie nie było idealne, a niewygodnie myślało się o samym sobie w kategoriach innych niż doskonałość. Nawet nie z powodu chęci bycia ponad innymi, zwyczajnie bardzo, ale to bardzo wadziła mu myśl bycia w czymś głęboko wybrakowanym.
Na szczęście Trelawney bardzo dobrze karmił tę ułudę bycia kimś ponad to. No bo oczywiście, że był ponad to. Nie potrzebował tych pieniędzy. Jeżeli projekt miałby za bardzo nadwyrężyć jego własne fundusze, to znajdzie ludzi, którzy go uzupełnią, ale wszystko pozostanie czymś w jego rękach, będzie miał nad tym pełną kontrolę i nikt nie śmie mówić mu, kogo ma przyjąć, a kogo nie, w jaki sposób ma tym zarządzać. Zdawał sobie sprawę z tego, że skoro otwierano tego typu instytucję z ramienia państwa, to pójdą za tym odpowiednie regulacje, którym on również będzie musiał się dostosować, lub znaleźć sposób na przejście ponad nimi. Nic go jednak nie powstrzyma przed zdobyciem tego czego chciał, nawet jeżeli miała to być sama Ministra Magii, która uznała Dolohova za coś zbyt nieokiełznanego, żeby powierzyć temu swoją kampanię.
- Urzędnik. Bardzo znany. - Nie mówił tego z zadowoleniem, przez co mogło to uchodzić za zwykłą, ludzką zazdrość o bycie popularniejszym, ale z Anthonym łączyła go przecież personalna niesnaska. Właściwie, to Anthony nie musiał robić wiele, żeby Dolohov go tak głęboko nie lubił - wystarczyło być kimś ważniejszym w życiu Morpheusa, żeby chcieć wydrapać mu oczy, to zaś krok po kroku prowadziło ku budowaniu coraz silniejszej niechęci mającej fundamenty w głębokiej paranoi. - Shafiq. - Fakt bycia „kolegami” ze szkoły pozostawił kolejnym niewygodnym niedopowiedzeniem. Przeczuwał jednak, że jeszcze w toku tej rozmowy wypłynie to na wierzch. Gówno nigdy nie chciało trzymać się dna. - O ile się w ogóle zgodzi. - Irytacja nie pozwalała mu jednak dostrzec zbyt wielu dróg, w których wszechświat nie uparł się, aby działać na przekór wszystkiemu, w co jeszcze wierzył. - Jego najlepszy przyjaciel jest naukowcem z Departamentu Tajemnic.
Ta irytacja ulegała jednak jego wpływom. Lubił to co widział przed sobą, kiedy Trelawney podchodził do tego pomysłu z nieskrywanym zachwytem. Lubił dźwięk jego głosu. Lubił też to, w jaki sposób tym głosem działał. Lubił treść słów, które mógł spijać z tych ust i lubił ten niespodziewany, delikatny dotyk tych warg na swoim policzku. Jego serce uderzyło mocniej, z siłą, która rozeszła się po jego cielenie niczym uderzenie dzwonu. Sięgnął do niego ręką, zatrzymując go zanim zdołał się odsunąć. Nie brutalnie, zwyczajnie otoczył go ramieniem i w ten sposób niejako zmusił do pozostania w pozycji bliskości i zajrzenia w oczy swojego pracodawcy.
- Blackowie lubią zawłaszczać sobie prawo do odkrywania i nazywania nieba. Gdyby to miejsce zdobyło obserwatorium dorównujące im możliwościami, otworzyłbym je dla tych, którzy nie mieli niebywałego szczęścia urodzenia się w rodzinie takich możliwości. Nie spodoba im się konkurencja - nie miał tu żadnych wątpliwości - i kiedyś będziemy spotykali się z nimi na konferencjach obserwując ich miny kiedy będą gratulowali mi nazwania pierwszej znalezionej gwiazdy twoim imieniem. - Ta wizja wcale go nie przerażała. Wręcz przeciwnie, podobało mu się to, że mógł skraść mu pocałunek, zapowiadając rzucenie rękawicy staremu ładowi, w którym zgorzkniałe stare dziady oferowały piękno nauki jedynie tym, którzy mogli po nią sięgnąć zgodnie z zasadami uchodzącymi za archaiczne już w czasach jego młodości.
Nie zmusił go w żaden sposób do pozostania w tej pozycji - zapowiedź tegoż wyróżnienia była jedynym, co chciał przekazać mu w ten sposób. Miło byłoby tę rozmowę uciąć właśnie teraz, ale tak jak Blackowie nie dawali prawa korzystania ze swoich dobrodziejstw osobom brudnej krwi, tak i Dolohov miał kilka zasad, którymi się kierował, aby nie dopuścić do własnego ośmieszenia. Zarozumialstwo mówiło mu, że się spotkali już wcześniej, a jednak z tej relacji wynikało coś zgoła innego.
Mężczyzna znów nie pokazywał po sobie wiele. Stres kusił go do lekkiej uszczypliwości, ale sam go zbijał myślami, że Morpheus był jedynie reliktem przeszłości, nawet jeżeli to myślenie było błędne. Oczywiście chciał go w jakiś sposób oszukać. Odkopywanie dawnych uczuć po to, żeby je ot tak położyć na tacy i zaoferować komuś, z kim chciało się budować wspólną przyszłość, nie należało do rzeczy, które chciałby uczynić ktokolwiek, a co dopiero ktoś mający manię na punkcie kontroli. Poza tym brak zaufania, przez który cierpiał nie raz, miał swoje źródło właśnie w tym miejscu. We wspomnieniu bliskości człowieka obiecującego mu wszystko.
- Faktycznie znamy się ze szkoły - przyznał bez ogródek. - Jest ode mnie o rok starszy, tak samo jak Shafiq - powiedział, nawiązując jednocześnie do wcześniejszej części rozmowy. Połączenie ich dwójki, szczególnie przez wzgląd na to, jak musiał od razu po tym zaciągnąć się dymem z trzymanego papierosa, wydawało się Dolohovowi oczywiste. - Spotykaliśmy się ze sobą od piątej klasy, aż mnie nie zostawił przed moim ślubem z panną Mulciber. - Nie czuł się komfortowo z potwierdzaniem jego obaw, bo tak - to z nim odkrywał swoją seksualność, to on mu wyrobił wiele opinii o świecie i o sobie, to on go wspierał w jego początkach i deptał jego zapał w najbardziej krytycznym momencie. Nie uchodziło wątpliwości, że Morpheus Longbottom zawsze będzie miał nad nim jakąś władzę. - Nadal czujesz emocje, które wywołała w tobie magia Windermere?
Na szczęście Trelawney bardzo dobrze karmił tę ułudę bycia kimś ponad to. No bo oczywiście, że był ponad to. Nie potrzebował tych pieniędzy. Jeżeli projekt miałby za bardzo nadwyrężyć jego własne fundusze, to znajdzie ludzi, którzy go uzupełnią, ale wszystko pozostanie czymś w jego rękach, będzie miał nad tym pełną kontrolę i nikt nie śmie mówić mu, kogo ma przyjąć, a kogo nie, w jaki sposób ma tym zarządzać. Zdawał sobie sprawę z tego, że skoro otwierano tego typu instytucję z ramienia państwa, to pójdą za tym odpowiednie regulacje, którym on również będzie musiał się dostosować, lub znaleźć sposób na przejście ponad nimi. Nic go jednak nie powstrzyma przed zdobyciem tego czego chciał, nawet jeżeli miała to być sama Ministra Magii, która uznała Dolohova za coś zbyt nieokiełznanego, żeby powierzyć temu swoją kampanię.
- Urzędnik. Bardzo znany. - Nie mówił tego z zadowoleniem, przez co mogło to uchodzić za zwykłą, ludzką zazdrość o bycie popularniejszym, ale z Anthonym łączyła go przecież personalna niesnaska. Właściwie, to Anthony nie musiał robić wiele, żeby Dolohov go tak głęboko nie lubił - wystarczyło być kimś ważniejszym w życiu Morpheusa, żeby chcieć wydrapać mu oczy, to zaś krok po kroku prowadziło ku budowaniu coraz silniejszej niechęci mającej fundamenty w głębokiej paranoi. - Shafiq. - Fakt bycia „kolegami” ze szkoły pozostawił kolejnym niewygodnym niedopowiedzeniem. Przeczuwał jednak, że jeszcze w toku tej rozmowy wypłynie to na wierzch. Gówno nigdy nie chciało trzymać się dna. - O ile się w ogóle zgodzi. - Irytacja nie pozwalała mu jednak dostrzec zbyt wielu dróg, w których wszechświat nie uparł się, aby działać na przekór wszystkiemu, w co jeszcze wierzył. - Jego najlepszy przyjaciel jest naukowcem z Departamentu Tajemnic.
Ta irytacja ulegała jednak jego wpływom. Lubił to co widział przed sobą, kiedy Trelawney podchodził do tego pomysłu z nieskrywanym zachwytem. Lubił dźwięk jego głosu. Lubił też to, w jaki sposób tym głosem działał. Lubił treść słów, które mógł spijać z tych ust i lubił ten niespodziewany, delikatny dotyk tych warg na swoim policzku. Jego serce uderzyło mocniej, z siłą, która rozeszła się po jego cielenie niczym uderzenie dzwonu. Sięgnął do niego ręką, zatrzymując go zanim zdołał się odsunąć. Nie brutalnie, zwyczajnie otoczył go ramieniem i w ten sposób niejako zmusił do pozostania w pozycji bliskości i zajrzenia w oczy swojego pracodawcy.
- Blackowie lubią zawłaszczać sobie prawo do odkrywania i nazywania nieba. Gdyby to miejsce zdobyło obserwatorium dorównujące im możliwościami, otworzyłbym je dla tych, którzy nie mieli niebywałego szczęścia urodzenia się w rodzinie takich możliwości. Nie spodoba im się konkurencja - nie miał tu żadnych wątpliwości - i kiedyś będziemy spotykali się z nimi na konferencjach obserwując ich miny kiedy będą gratulowali mi nazwania pierwszej znalezionej gwiazdy twoim imieniem. - Ta wizja wcale go nie przerażała. Wręcz przeciwnie, podobało mu się to, że mógł skraść mu pocałunek, zapowiadając rzucenie rękawicy staremu ładowi, w którym zgorzkniałe stare dziady oferowały piękno nauki jedynie tym, którzy mogli po nią sięgnąć zgodnie z zasadami uchodzącymi za archaiczne już w czasach jego młodości.
Nie zmusił go w żaden sposób do pozostania w tej pozycji - zapowiedź tegoż wyróżnienia była jedynym, co chciał przekazać mu w ten sposób. Miło byłoby tę rozmowę uciąć właśnie teraz, ale tak jak Blackowie nie dawali prawa korzystania ze swoich dobrodziejstw osobom brudnej krwi, tak i Dolohov miał kilka zasad, którymi się kierował, aby nie dopuścić do własnego ośmieszenia. Zarozumialstwo mówiło mu, że się spotkali już wcześniej, a jednak z tej relacji wynikało coś zgoła innego.
Mężczyzna znów nie pokazywał po sobie wiele. Stres kusił go do lekkiej uszczypliwości, ale sam go zbijał myślami, że Morpheus był jedynie reliktem przeszłości, nawet jeżeli to myślenie było błędne. Oczywiście chciał go w jakiś sposób oszukać. Odkopywanie dawnych uczuć po to, żeby je ot tak położyć na tacy i zaoferować komuś, z kim chciało się budować wspólną przyszłość, nie należało do rzeczy, które chciałby uczynić ktokolwiek, a co dopiero ktoś mający manię na punkcie kontroli. Poza tym brak zaufania, przez który cierpiał nie raz, miał swoje źródło właśnie w tym miejscu. We wspomnieniu bliskości człowieka obiecującego mu wszystko.
- Faktycznie znamy się ze szkoły - przyznał bez ogródek. - Jest ode mnie o rok starszy, tak samo jak Shafiq - powiedział, nawiązując jednocześnie do wcześniejszej części rozmowy. Połączenie ich dwójki, szczególnie przez wzgląd na to, jak musiał od razu po tym zaciągnąć się dymem z trzymanego papierosa, wydawało się Dolohovowi oczywiste. - Spotykaliśmy się ze sobą od piątej klasy, aż mnie nie zostawił przed moim ślubem z panną Mulciber. - Nie czuł się komfortowo z potwierdzaniem jego obaw, bo tak - to z nim odkrywał swoją seksualność, to on mu wyrobił wiele opinii o świecie i o sobie, to on go wspierał w jego początkach i deptał jego zapał w najbardziej krytycznym momencie. Nie uchodziło wątpliwości, że Morpheus Longbottom zawsze będzie miał nad nim jakąś władzę. - Nadal czujesz emocje, które wywołała w tobie magia Windermere?
with all due respect, which is none