19.02.2025, 13:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2025, 13:43 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Tak. Bez wątpienia, gdyby dostał jakiekolwiek przesłanki ku temu, że mógł pozwolić sobie na opuszczenie mieszkania w trybie raczej natychmiastowym, najpewniej by to zrobił. Jak nie drzwiami, to oknem. Jak nie oknem, to kominkiem, który tak właściwie mógł być jedną z najbardziej wygodnych opcji. Paradoksalnie rozważaną przez niego dopiero jako trzecia, co chyba samo w sobie świadczyło o tym, jak nieswojo się tu teraz czuł.
Nie zwykł na siłę pozostawać w miejscach, w których nie chciał być. Raczej nie robił tego wbrew sobie. Nie miał tendencji do zmuszania się do czegokolwiek, co było dla niego aż tak niekomfortowe. Bowiem na skali dyskomfortu, wizyta u Florence była dla niego jak wsadzanie ręki do lodowato zimnej wody. Takiej na pograniczu zamarzania. I trzymanie tak dłoni niemalże do czasu nabawienia się odmrożeń. Wyjęcie jej dosłownie kilka sekund przed przekroczeniem tej magicznej granicy i nazwanie tego dniem.
Mimo to zamierzał zachowywać się nad wyraz poprawnie. Ze wszech miar kulturalnie i wyjątkowo grzecznie. Obiecał być współpracujący, więc zamierzał dotrzymać danego słowa. Może bez przesady, ciężko byłoby mu za wszelką cenę spełniać wszystkie polecenia i prośby (rękę do lodu pewnie by wsadził), ale zależało mu na jak najszybszym przebiegu całej sprawy, więc podjął decyzję o kooperacji.
Był uzdrowicielem. Lekarzem. Diagnostą. W swojej pracy w znacznym stopniu opierał się na informacjach uzyskiwanych od pacjentów i ich otoczenia. Rodzin i tak dalej. Jasne, posiłkował się odpowiednimi zaklęciami i akcesoriami. Zdecydowanie bazował na własnej wiedzy. Na percepcji, na umiejętności rozpoznawania problemu. Często gęsto nawet gołym okiem.
Jednakże bez wątpienia zdawał sobie sprawę z tego, że im bardziej szczerzy i szczegółowi mieli być, tym lepiej. Może tak jak to już ustalili poprzedniego wieczoru, nie powinni dzielić się wszystkimi detalami sytuacji, w której zaczęli czuć do siebie coś więcej. Mógł jednak przytaknąć na słowa Geraldine o tym, że opisywane przez nią odczucia działają w obie strony. Nie odezwał się, ale wyraźnie kiwnął głową.
Wszystko to, o czym mówiła Yaxleyówna było zgodne z prawdą. Z faktycznym stanem. Nie było potrzeby opisywania wszelkich pobudek i wydarzeń prowadzących do tamtego momentu.
Tym bardziej, że przedtem przecież też reagowali na siebie bardzo intensywnie. Tyle tylko, że na drugim krańcu skali. Żarli się ze sobą na spojrzenia, zachowywali się jak dwa nastroszone koty, ale mimo wszystko nie potrafili trzymać się od siebie z daleka. Cały czas nawiązywali kontakt, odstawiając naprawdę wyszukane przedstawienie niechęci i obojętności.
Nigdy ich pomiędzy nimi nie było.
Przez wiele lat nie patrzył na to pod kątem problemu. Po pierwszym okresie doszukiwania się działania jakichś nadnaturalnych zewnętrznych sił w nagłym rozproszeniu napięć między nimi (bo i ten etap zaliczyli; tym bardziej, że Geraldine postrzeliła go wtedy z bełtu, który rozpłynął się w powietrzu i ta blizna nadal dawała o sobie znać) przeszli z tym do porządku dziennego. Traktowali to raczej jako zaletę, nie wadę. Jako coś wyjątkowego, całkiem pozytywnego.
Przynajmniej aż do półtora roku wstecz. Później wszystko zaczęło się pierdolić i oto byli tutaj. W tej sytuacji. Raczej cholernie niekomfortowej. Z klątwą, która rzekomo nią nie była. Za to była jakąś wersją miłosnego rytuału? Tego, którego nigdy nie odbyli, ale jednocześnie odbyli? Musieli odbywać? Nie musieli?
Tak, był zmieszany. Przynajmniej do momentu, gdy wyłapał te raczej niespecjalnie chciane słowa.
- Och, wow - mruknął pod nosem bardziej do siebie niż do kogokolwiek w pomieszczeniu, nieznacznie unosząc przy tym brwi, bo raczej za cholerę nie spodziewał się takiego komentarza.
Jasne. Miał swoje założenia odnośnie tej wizyty. Oczywiście, że je miał, jakżeby inaczej. Wszystkie zahaczały o tę samą kategorię, każde prowadziło go raczej ku byciu sceptycznym wobec ich wizyty u Bulstrode.
A jednak zdecydowanie nie był przygotowany na słuchanie sugestii, że jego więź z Geraldine była w istocie jakąś wypaczoną wersją miłości. No, sam miał o tym obecnie dosyć zbliżone zdanie. Przynajmniej tak starał się obecnie kategoryzować to w swojej głowie.
Mimo to słyszenie od kogoś, kto był dla niego wyłącznie współpracownikiem (na każdej innej płaszczyźnie praktycznie obcą osobą; lubił Flo, ale bez przesady) że ich odczucia z dużym prawdopodobieństwem mogły być wypaczone...
...no, nie podszedł to tego zbyt ochoczo i zdecydowanie nie zamierzał entuzjastycznie kiwnąć głową, przyjmując tak po prostu ten komentarz. Nie odpowiadało mu bycie ocenianym pod tym kątem, zwłaszcza bez uprzednich testów magicznych, zebrania wywiadu, wstępnych badań. Nie lubił, gdy ktoś mówił mu, że jego odczucia są niestandardowe, odbiegają od normy, są wypaczone.
Oczywiście jednocześnie nie przyszedłby tu, gdyby sam tak nie uważał, ale usłyszenie tego od kogoś z zewnątrz było inną sprawą. Zakłuło. Spojrzał na Geraldine, posyłając jej raczej zrozumiałe spojrzenie. Nie był szczęśliwy z takiej a nie innej opinii. Mimo to zamknął gębę.
Nie skwitował tego żadnym wyjątkowo kąśliwym komentarzem. Głównie przez to, że obiecał mieć otwarty umysł. No, poza wcześniejszym och, wow, które samowolnie wydostało się spomiędzy jego warg. Nie unosił też brwi zbyt długo. Raczej niemal natychmiast wrócił do swojej nad wyraz neutralnej postawy. Do tej umiarkowanie zainteresowanej, ale chłodnej maski. Do bycia kimś, kto pojawił się tu na doczepkę, bo sam miał bardzo określone poglądy na ten temat, ale skoro obiecał Yaxleyównie odbycie z nią tej wizyty, to zamierzał brać w niej udział.
W rzeczywistości czuł się po prostu kurewsko niekomfortowo. W tej chwili już zupełnie jak na terapii małżeńskiej, na której mówiono mu, że w sumie to oboje byli zafiksowani i na tyle umoczeni w całej sytuacji, że nie istniało ani żadne szczególne wyjaśnienie ani żadne standardowe rozwiązanie ich problemów (hipnozy nawet do siebie nie dopuszczał; mentalne mumbo jumbo było zupełnym nigdy w życiu). Byli i mieli być uwikłani.
Szczerze wątpił bowiem w to, żeby wspomniane uczucia zaczęły się kiedykolwiek rozwiewać. To nie wyglądało na ten przypadek. Nie, gdy wystarczyło zaledwie kilka chwil, by wróciły z tą samą intensywnością, co przed rozłąką i ugryzły go w zabliźnione udo. Półtora roku męczarni, jeden moment, zupełny powrót do wszystkich uczuć i emocji, jakby tylko na pięć minut wyskoczył po mleko do sklepu na dole.
I nie było na to wyjaśnienia poza tym uwikłaniem. No, pięknie.
- Nienaturalną? - Odezwał się wreszcie głównie po to, by stać się aktywnym uczestnikiem rozmowy, aby później nie usłyszeć, że wyłącznie siedział jak kołek i milczał. - Czyli ta jest naturalna? - To pytanie musiało paść z jego strony, bo nie, nie czuł, aby to mogło być całkowicie naturalne.
Przy nikim innym nie zachowywał się jak idiota. Jak szczeniak. To nie było w jego stylu.
Nie zwykł na siłę pozostawać w miejscach, w których nie chciał być. Raczej nie robił tego wbrew sobie. Nie miał tendencji do zmuszania się do czegokolwiek, co było dla niego aż tak niekomfortowe. Bowiem na skali dyskomfortu, wizyta u Florence była dla niego jak wsadzanie ręki do lodowato zimnej wody. Takiej na pograniczu zamarzania. I trzymanie tak dłoni niemalże do czasu nabawienia się odmrożeń. Wyjęcie jej dosłownie kilka sekund przed przekroczeniem tej magicznej granicy i nazwanie tego dniem.
Mimo to zamierzał zachowywać się nad wyraz poprawnie. Ze wszech miar kulturalnie i wyjątkowo grzecznie. Obiecał być współpracujący, więc zamierzał dotrzymać danego słowa. Może bez przesady, ciężko byłoby mu za wszelką cenę spełniać wszystkie polecenia i prośby (rękę do lodu pewnie by wsadził), ale zależało mu na jak najszybszym przebiegu całej sprawy, więc podjął decyzję o kooperacji.
Był uzdrowicielem. Lekarzem. Diagnostą. W swojej pracy w znacznym stopniu opierał się na informacjach uzyskiwanych od pacjentów i ich otoczenia. Rodzin i tak dalej. Jasne, posiłkował się odpowiednimi zaklęciami i akcesoriami. Zdecydowanie bazował na własnej wiedzy. Na percepcji, na umiejętności rozpoznawania problemu. Często gęsto nawet gołym okiem.
Jednakże bez wątpienia zdawał sobie sprawę z tego, że im bardziej szczerzy i szczegółowi mieli być, tym lepiej. Może tak jak to już ustalili poprzedniego wieczoru, nie powinni dzielić się wszystkimi detalami sytuacji, w której zaczęli czuć do siebie coś więcej. Mógł jednak przytaknąć na słowa Geraldine o tym, że opisywane przez nią odczucia działają w obie strony. Nie odezwał się, ale wyraźnie kiwnął głową.
Wszystko to, o czym mówiła Yaxleyówna było zgodne z prawdą. Z faktycznym stanem. Nie było potrzeby opisywania wszelkich pobudek i wydarzeń prowadzących do tamtego momentu.
Tym bardziej, że przedtem przecież też reagowali na siebie bardzo intensywnie. Tyle tylko, że na drugim krańcu skali. Żarli się ze sobą na spojrzenia, zachowywali się jak dwa nastroszone koty, ale mimo wszystko nie potrafili trzymać się od siebie z daleka. Cały czas nawiązywali kontakt, odstawiając naprawdę wyszukane przedstawienie niechęci i obojętności.
Nigdy ich pomiędzy nimi nie było.
Przez wiele lat nie patrzył na to pod kątem problemu. Po pierwszym okresie doszukiwania się działania jakichś nadnaturalnych zewnętrznych sił w nagłym rozproszeniu napięć między nimi (bo i ten etap zaliczyli; tym bardziej, że Geraldine postrzeliła go wtedy z bełtu, który rozpłynął się w powietrzu i ta blizna nadal dawała o sobie znać) przeszli z tym do porządku dziennego. Traktowali to raczej jako zaletę, nie wadę. Jako coś wyjątkowego, całkiem pozytywnego.
Przynajmniej aż do półtora roku wstecz. Później wszystko zaczęło się pierdolić i oto byli tutaj. W tej sytuacji. Raczej cholernie niekomfortowej. Z klątwą, która rzekomo nią nie była. Za to była jakąś wersją miłosnego rytuału? Tego, którego nigdy nie odbyli, ale jednocześnie odbyli? Musieli odbywać? Nie musieli?
Tak, był zmieszany. Przynajmniej do momentu, gdy wyłapał te raczej niespecjalnie chciane słowa.
- Och, wow - mruknął pod nosem bardziej do siebie niż do kogokolwiek w pomieszczeniu, nieznacznie unosząc przy tym brwi, bo raczej za cholerę nie spodziewał się takiego komentarza.
Jasne. Miał swoje założenia odnośnie tej wizyty. Oczywiście, że je miał, jakżeby inaczej. Wszystkie zahaczały o tę samą kategorię, każde prowadziło go raczej ku byciu sceptycznym wobec ich wizyty u Bulstrode.
A jednak zdecydowanie nie był przygotowany na słuchanie sugestii, że jego więź z Geraldine była w istocie jakąś wypaczoną wersją miłości. No, sam miał o tym obecnie dosyć zbliżone zdanie. Przynajmniej tak starał się obecnie kategoryzować to w swojej głowie.
Mimo to słyszenie od kogoś, kto był dla niego wyłącznie współpracownikiem (na każdej innej płaszczyźnie praktycznie obcą osobą; lubił Flo, ale bez przesady) że ich odczucia z dużym prawdopodobieństwem mogły być wypaczone...
...no, nie podszedł to tego zbyt ochoczo i zdecydowanie nie zamierzał entuzjastycznie kiwnąć głową, przyjmując tak po prostu ten komentarz. Nie odpowiadało mu bycie ocenianym pod tym kątem, zwłaszcza bez uprzednich testów magicznych, zebrania wywiadu, wstępnych badań. Nie lubił, gdy ktoś mówił mu, że jego odczucia są niestandardowe, odbiegają od normy, są wypaczone.
Oczywiście jednocześnie nie przyszedłby tu, gdyby sam tak nie uważał, ale usłyszenie tego od kogoś z zewnątrz było inną sprawą. Zakłuło. Spojrzał na Geraldine, posyłając jej raczej zrozumiałe spojrzenie. Nie był szczęśliwy z takiej a nie innej opinii. Mimo to zamknął gębę.
Nie skwitował tego żadnym wyjątkowo kąśliwym komentarzem. Głównie przez to, że obiecał mieć otwarty umysł. No, poza wcześniejszym och, wow, które samowolnie wydostało się spomiędzy jego warg. Nie unosił też brwi zbyt długo. Raczej niemal natychmiast wrócił do swojej nad wyraz neutralnej postawy. Do tej umiarkowanie zainteresowanej, ale chłodnej maski. Do bycia kimś, kto pojawił się tu na doczepkę, bo sam miał bardzo określone poglądy na ten temat, ale skoro obiecał Yaxleyównie odbycie z nią tej wizyty, to zamierzał brać w niej udział.
W rzeczywistości czuł się po prostu kurewsko niekomfortowo. W tej chwili już zupełnie jak na terapii małżeńskiej, na której mówiono mu, że w sumie to oboje byli zafiksowani i na tyle umoczeni w całej sytuacji, że nie istniało ani żadne szczególne wyjaśnienie ani żadne standardowe rozwiązanie ich problemów (hipnozy nawet do siebie nie dopuszczał; mentalne mumbo jumbo było zupełnym nigdy w życiu). Byli i mieli być uwikłani.
Szczerze wątpił bowiem w to, żeby wspomniane uczucia zaczęły się kiedykolwiek rozwiewać. To nie wyglądało na ten przypadek. Nie, gdy wystarczyło zaledwie kilka chwil, by wróciły z tą samą intensywnością, co przed rozłąką i ugryzły go w zabliźnione udo. Półtora roku męczarni, jeden moment, zupełny powrót do wszystkich uczuć i emocji, jakby tylko na pięć minut wyskoczył po mleko do sklepu na dole.
I nie było na to wyjaśnienia poza tym uwikłaniem. No, pięknie.
- Nienaturalną? - Odezwał się wreszcie głównie po to, by stać się aktywnym uczestnikiem rozmowy, aby później nie usłyszeć, że wyłącznie siedział jak kołek i milczał. - Czyli ta jest naturalna? - To pytanie musiało paść z jego strony, bo nie, nie czuł, aby to mogło być całkowicie naturalne.
Przy nikim innym nie zachowywał się jak idiota. Jak szczeniak. To nie było w jego stylu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down