19.02.2025, 14:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2025, 00:42 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Zawsze mam - odmruknął, usiłując przedstawić to z taką samą pewnością siebie, co zawsze.
Nadmiernie, przerysowanie, cholernie bezczelnie. Tyle tylko, że te słowa zabrzmiały raczej bardzo powierzchownie i to nie przez wzgląd na to, jak płytkie były. Nie. Brakowało im przekonania. Nie zabrzmiały tak gładko jak powinny. Nie były tu całkowicie naturalne.
- Na twoje szczęście, masz nieomylnego mężczyznę. Eksperta - we wszystkim, prawda?
Już to wielokrotnie ustalali, czyż nie? Nie było nikogo bardziej wszechwiedzącego od niego. Nawet jeśli w tym momencie poniekąd sam udowadniał, że nie miał żadnej wiedzy. Na pewno nie dotyczącej tego, co tu właśnie robili, bo kolejny raz z jego ust padło coś, na co nie powinno być miejsca w ich aktualnym układzie sił.
Nie wrócili do siebie. Nie byli razem. Mimo to bez zająknięcia (i bez zastanowienia) nazwał się jej facetem. Przydzielił sobie tę rolę, zaznaczył swoją przynależność tak, jakby nie było żadnej innej możliwości. Z jednej strony od wielu dni mówiąc o konieczności rozstania, z drugiej nie mając najmniejszych oporów przed sięgnięciem po dotyk i przed zamknięciem dziewczyny w ramionach.
Przed tymi wszystkimi gestami, które przychodziły im wobec siebie nawzajem w bardzo naturalny sposób. Tego wieczoru zupełnie samoistnie. Po prostu się pojawiały. Praktycznie od samego wejścia, obejmowali się przez dłuższą chwilę w milczeniu. Kucnął przy niej, gdy uznał to za najwłaściwszą pozycję. Pomógł jej zdjąć wilgotny płaszcz, przyniósł pled do okrycia ramion. Zachowywali się tak, jakby nigdy nie rozważali nic innego.
Spróbował się uśmiechnąć, ale (paradoksalnie) pierwszy raz tego wieczoru uświadomił sobie, że miał rację. Nie potrafił udawać. Nie teraz. Nie dzisiaj. Nie w tych okolicznościach. Nie umiał bez mrugnięcia okiem okłamać Geraldine, nawet jeśli miałoby to być białe kłamstwo. Te słowa ledwo przechodziły mu przez gardło.
A był to dopiero początek trudnych rozmów. Nawet jeśli tym razem się nie kłócili. Nie wyglądało na to, by mieli kolejny raz się ze sobą zetrzeć. Wręcz przeciwnie. Z jakiegoś dziwnego powodu tym razem nie było między nimi tej wcześniejszej gęstej atmosfery. Nadal było trudno, naprawdę ciężko, ale nie do końca między nimi. Wokół nich. Z tym, co działo się dookoła.
Z wydarzeniami prowadzącymi do tej chwili. Z demonem w Snowdonii. Z Cainem Bletcheyem i całą resztą. Z konsekwencjami polowania na byt w leżu pod ziemią. Niby wyszli z jaskini, jednakże w tym momencie nie dało się ukryć, że wracali do niej raz za razem. Raz po raz. Nie fizycznie. To było w tym najgorsze. Nie musieli ruszać się z Londynu, by ponownie trafić pod ziemię.
Miał tylko nadzieję, że nigdy nie tak bardzo, by zrobić to na stałe, by zagubić się w swoich odczuciach i lękach, nie będąc już w stanie wrócić na powierzchnię. Raz niemal podążył tą drogą. Nie chciał trafić tam ponownie. Geraldine też nie mogła tego zrobić.
Musiał o to zadbać, nawet wbrew swoim chęciom zakopania tamtych wydarzeń głęboko w sobie. Więc mówił. Cicho, niemal bezgłośnym szeptem, ale cały czas utrzymując kontakt. Dotyk, choć w tym momencie nie spojrzenie. Nie potrafił jeszcze patrzeć jej przy tym w oczy. Nie sądził, aby kiedykolwiek był w stanie.
- Tak, tak sądzę. Wtedy należałoby to... ...sprawdzić - mruknął powoli, kiwając do siebie głową. - Choć i wtedy nie wiem, czy to coś, co można tak po prostu całkiem odebrać. Uśpić? Pewnie tak, ale czy odebrać - nie pytał, bo nie chciał się nad tym zastanawiać i nie chciał, żeby Rina to robiła.
Tym bardziej, że nie był już niczego pewien. Wspomnienia były czymś innym. Można było odebrać je na różne sposoby. Można było wyciągać je do myślodsiewni, wymazywać je zaklęciami, modyfikować je przy pomocy umiejętności mentalnych. To było...
...chyba coś innego. Słyszał już o blokadzie, o utracie możliwości korzystania z wątpliwego daru pod wpływem traum i lęków. To z pewnością było możliwe. Dało się uśpić zdolności tak samo jak je obudzić, ale czy całkowicie je odebrać? Na Ścieżkach byli tacy zwyrole. Ludzie tak zafascynowani fenomenem trzeciego oka, że aż fiksujący się na próbach kradzieży zdolności, ale czy im to wychodziło? Nie, raczej nie.
Z drugiej strony, mówili tu o nadnaturalnym bycie. O istocie rodem z czeluści. O czymś, o czym wiedzieli naprawdę niewiele. Mogli wyrokować, ale czy naprawdę chcieli to robić? Demon nic im nie odebrał. Nie wyglądało na to. A Ambroise zdecydowanie nie chciał napędzać lęków Riny.
- Ach, czyli to zasługa... ...czekaj... ...jak to było? Wypaczonej miłości? Tego, że jesteśmy pojebani? Toksyczni? - Mruknął cicho po raz kolejny, ściskając chłodne dłonie dziewczyny i tym razem nawet pozwalając sobie na całkiem szczere drgnięcie kącików ust.
Nie był wesoły, nie odczuwał jakiejkolwiek ulgi, daleko było im od bycia szczęśliwymi. Prowadzona rozmowa w dalszym ciągu niczego nie zmieniała. Nie było łatwo, prawdopodobnie nigdy nie miało być. Nie był w stanie zapewnić o tym Geraldine. Siebie też nie.
- Nie wiem - odparł bez cienia czegokolwiek, co mogłoby zabrzmieć jak pocieszenie, ale jego kciuki nadal rysowały małe kółka na skórze Geraldine a nieco zmęczone oczy wpatrywały się w jej twarz. - Nie wiem, Bruyère, prawdopodobnie tak? Sama słyszałaś, co mówiła Florence. A to wyłącznie dokłada do całej sytuacji. Może z czasem trochę przygaśnie, ale nie sądzę, żeby takie rany dało się kiedykolwiek do końca zaleczyć - nie mógł nic zakładać, bo nie był magipsychiatrą, ta dziedzina nigdy go nie interesowała, jednak nie wydawało mu się, aby z czasem wszystko miało tak po prostu zniknąć.
To były trudne doświadczenia. Jedne z najgorszych wyobrażalnych i niewyobrażalnych traum. Coś, czego jego zdaniem nie dało się tak po prostu zapomnieć. Można było jedynie spróbować przejść z tym do porządku dziennego, ale z pewnością nie od razu. Tu potrzebny był czas. Cholernie dużo czasu.
Nadmiernie, przerysowanie, cholernie bezczelnie. Tyle tylko, że te słowa zabrzmiały raczej bardzo powierzchownie i to nie przez wzgląd na to, jak płytkie były. Nie. Brakowało im przekonania. Nie zabrzmiały tak gładko jak powinny. Nie były tu całkowicie naturalne.
- Na twoje szczęście, masz nieomylnego mężczyznę. Eksperta - we wszystkim, prawda?
Już to wielokrotnie ustalali, czyż nie? Nie było nikogo bardziej wszechwiedzącego od niego. Nawet jeśli w tym momencie poniekąd sam udowadniał, że nie miał żadnej wiedzy. Na pewno nie dotyczącej tego, co tu właśnie robili, bo kolejny raz z jego ust padło coś, na co nie powinno być miejsca w ich aktualnym układzie sił.
Nie wrócili do siebie. Nie byli razem. Mimo to bez zająknięcia (i bez zastanowienia) nazwał się jej facetem. Przydzielił sobie tę rolę, zaznaczył swoją przynależność tak, jakby nie było żadnej innej możliwości. Z jednej strony od wielu dni mówiąc o konieczności rozstania, z drugiej nie mając najmniejszych oporów przed sięgnięciem po dotyk i przed zamknięciem dziewczyny w ramionach.
Przed tymi wszystkimi gestami, które przychodziły im wobec siebie nawzajem w bardzo naturalny sposób. Tego wieczoru zupełnie samoistnie. Po prostu się pojawiały. Praktycznie od samego wejścia, obejmowali się przez dłuższą chwilę w milczeniu. Kucnął przy niej, gdy uznał to za najwłaściwszą pozycję. Pomógł jej zdjąć wilgotny płaszcz, przyniósł pled do okrycia ramion. Zachowywali się tak, jakby nigdy nie rozważali nic innego.
Spróbował się uśmiechnąć, ale (paradoksalnie) pierwszy raz tego wieczoru uświadomił sobie, że miał rację. Nie potrafił udawać. Nie teraz. Nie dzisiaj. Nie w tych okolicznościach. Nie umiał bez mrugnięcia okiem okłamać Geraldine, nawet jeśli miałoby to być białe kłamstwo. Te słowa ledwo przechodziły mu przez gardło.
A był to dopiero początek trudnych rozmów. Nawet jeśli tym razem się nie kłócili. Nie wyglądało na to, by mieli kolejny raz się ze sobą zetrzeć. Wręcz przeciwnie. Z jakiegoś dziwnego powodu tym razem nie było między nimi tej wcześniejszej gęstej atmosfery. Nadal było trudno, naprawdę ciężko, ale nie do końca między nimi. Wokół nich. Z tym, co działo się dookoła.
Z wydarzeniami prowadzącymi do tej chwili. Z demonem w Snowdonii. Z Cainem Bletcheyem i całą resztą. Z konsekwencjami polowania na byt w leżu pod ziemią. Niby wyszli z jaskini, jednakże w tym momencie nie dało się ukryć, że wracali do niej raz za razem. Raz po raz. Nie fizycznie. To było w tym najgorsze. Nie musieli ruszać się z Londynu, by ponownie trafić pod ziemię.
Miał tylko nadzieję, że nigdy nie tak bardzo, by zrobić to na stałe, by zagubić się w swoich odczuciach i lękach, nie będąc już w stanie wrócić na powierzchnię. Raz niemal podążył tą drogą. Nie chciał trafić tam ponownie. Geraldine też nie mogła tego zrobić.
Musiał o to zadbać, nawet wbrew swoim chęciom zakopania tamtych wydarzeń głęboko w sobie. Więc mówił. Cicho, niemal bezgłośnym szeptem, ale cały czas utrzymując kontakt. Dotyk, choć w tym momencie nie spojrzenie. Nie potrafił jeszcze patrzeć jej przy tym w oczy. Nie sądził, aby kiedykolwiek był w stanie.
- Tak, tak sądzę. Wtedy należałoby to... ...sprawdzić - mruknął powoli, kiwając do siebie głową. - Choć i wtedy nie wiem, czy to coś, co można tak po prostu całkiem odebrać. Uśpić? Pewnie tak, ale czy odebrać - nie pytał, bo nie chciał się nad tym zastanawiać i nie chciał, żeby Rina to robiła.
Tym bardziej, że nie był już niczego pewien. Wspomnienia były czymś innym. Można było odebrać je na różne sposoby. Można było wyciągać je do myślodsiewni, wymazywać je zaklęciami, modyfikować je przy pomocy umiejętności mentalnych. To było...
...chyba coś innego. Słyszał już o blokadzie, o utracie możliwości korzystania z wątpliwego daru pod wpływem traum i lęków. To z pewnością było możliwe. Dało się uśpić zdolności tak samo jak je obudzić, ale czy całkowicie je odebrać? Na Ścieżkach byli tacy zwyrole. Ludzie tak zafascynowani fenomenem trzeciego oka, że aż fiksujący się na próbach kradzieży zdolności, ale czy im to wychodziło? Nie, raczej nie.
Z drugiej strony, mówili tu o nadnaturalnym bycie. O istocie rodem z czeluści. O czymś, o czym wiedzieli naprawdę niewiele. Mogli wyrokować, ale czy naprawdę chcieli to robić? Demon nic im nie odebrał. Nie wyglądało na to. A Ambroise zdecydowanie nie chciał napędzać lęków Riny.
- Ach, czyli to zasługa... ...czekaj... ...jak to było? Wypaczonej miłości? Tego, że jesteśmy pojebani? Toksyczni? - Mruknął cicho po raz kolejny, ściskając chłodne dłonie dziewczyny i tym razem nawet pozwalając sobie na całkiem szczere drgnięcie kącików ust.
Nie był wesoły, nie odczuwał jakiejkolwiek ulgi, daleko było im od bycia szczęśliwymi. Prowadzona rozmowa w dalszym ciągu niczego nie zmieniała. Nie było łatwo, prawdopodobnie nigdy nie miało być. Nie był w stanie zapewnić o tym Geraldine. Siebie też nie.
- Nie wiem - odparł bez cienia czegokolwiek, co mogłoby zabrzmieć jak pocieszenie, ale jego kciuki nadal rysowały małe kółka na skórze Geraldine a nieco zmęczone oczy wpatrywały się w jej twarz. - Nie wiem, Bruyère, prawdopodobnie tak? Sama słyszałaś, co mówiła Florence. A to wyłącznie dokłada do całej sytuacji. Może z czasem trochę przygaśnie, ale nie sądzę, żeby takie rany dało się kiedykolwiek do końca zaleczyć - nie mógł nic zakładać, bo nie był magipsychiatrą, ta dziedzina nigdy go nie interesowała, jednak nie wydawało mu się, aby z czasem wszystko miało tak po prostu zniknąć.
To były trudne doświadczenia. Jedne z najgorszych wyobrażalnych i niewyobrażalnych traum. Coś, czego jego zdaniem nie dało się tak po prostu zapomnieć. Można było jedynie spróbować przejść z tym do porządku dziennego, ale z pewnością nie od razu. Tu potrzebny był czas. Cholernie dużo czasu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down