19.02.2025, 15:23 ✶
Oczywiście, że mu się przyglądał. Ale taka była po prostu Baldwinia natura - obserwował wszystko i wszystkich, bo nigdy nie wiedział co i kiedy przyda mu się do namalowania kolejnego dzieła. Richard. Nie Robert. Teraz zaczął odrobinę żałować, że nie przyjrzał się denatowi w kostnicy, nie był w stanie doszukać się żadnych konkretnych różnic między nimi.
Uścisnął dłoń Richarda. Sam nie był szczególnie zachwycony zapachem wanilii, ale miał przeczucie, że szanowny pan ojciec Scarlett wcale nie ma ochoty słuchać o tym jak dziwne pielęgnacyjne eliksiry jego córki kompletnie zaanektowały wszystkie wolne przestrzenie Malfoy’owej łazienki. Dziwny to był podbój. Praktycznie niezauważalny i błyskawiczny. Jednego dnia cieszył się swoim płynem 8w1, żeby następnego stanąć przed wyborem jak w perfumerii. Chcąc nie chcąc pachniał więc babeczka waniliowa w dodatku taka po brzegi napełniona kremem i obsypana cukrem.
- Miło poznać. Scarlett wiele mi o Panu opowiadała.- Skłamał jak z nut, prześlizgując się po słowach jak wprawny aktor, który teraz ma odegrać rolę przykładnego reprezentanta rodu. Dziedzica. Matka byłaby z niego dumna, gdyby wiedziała z jaką łatwością prostuje plecy, unosi dumnie podbródek i spogląda w oczy starszego czarodzieja jak równemu sobie. Malfoyowie nie kłaniają się nikomu. Nie uznawaj żadnych zwierzchności nad sobą prócz tej wskazanej ręką bogów. - prawił ojciec ze swojego miejsca przy stole niczym z ambony.
Nie rozwodził się jakoś szczególnie nad wystawą, bo i nie było szczególnie nad czym się rozwodzić. Ale uśmiechnął się lekko słysząc “zgodę”. I jeszcze to “brzmi wybornie” , które padło z ust Scarlett. Ona już wiedziała, że nie będą oglądać żadnego nudnego złota, prawda? Odwrócił powoli spojrzenie z powrotem na pannę Mulciber, odsuwając się kulturalnie.
Całą siłę woli włożył, żeby się nie roześmiać na widok szczenięcego spojrzenia, które Scarlett rzuciła ojcu. Calanthe robiła dokładnie to samo, gdy próbowała ugrać coś więcej. Wystarczyła smutna minka, kręcenie włosów na palców, żeby nawet Marcus trochę spuścił z tonu. Gdy Malfoy był młodszy wierzył, że to jakaś magiczna, legilimencka sztuczka, ale potem odkrył, że nie - to naturalny babski dar. Co ciekawsze, ożywione nekromancją panienki posiadały podobny zestaw umiejętności o czym boleśnie przekonał się każąc Fridzie wyrzucić przytarganego z ulicy martwego wróbla bez wyprawienia mu “należytego” pogrzebu w starym pudełku po butach. Potok krokodylich łez później wróbel spoczął na honorowym miejscu w kaplicy Nekronomiconu, a zapytany o całą sprawę Baldwin ostro oświadczył, że “on nic nie wie; nie zna się; zarobiony jest”.
A potem do niego dotarło o czym do diabła Scarlett w ogóle mówi.
- Ja chyba podzięk… - chciał zrobić krok w tył, kiedy usłyszał jak drzwi wejściowe zamykają się z cichym skrzypnięciem zawiasów. Jego jedyna droga ucieczki została bardzo łagodnie odcięta. Utknął w kamienicy jak mugolski Daniel w jaskini pełnej lwów. Westchnął niemal bezgłośnie. Cudowni, tylko o tym marzył.- Chętnie. Dziękuję.
Odczekał aż Richard zniknie w jakimś bocznym pomieszczeniu (Kuchnia? Jadalnia? Nie miał pojęcia.), żeby leniwie złapać Scarlett w pasie i przyciągnąć ją do siebie na moment, gdy ta próbowała go wyminąć w drodze od drzwi..
- Zabiorę Cię w dużo ciekawsze miejsce niż British Museum.- Obiecał szeptem. Uniósł jej dłoń, po czym złożył krótki pocałunek na wewnętrznej stronie nadgarstka.- Ale to wieczorem.- Niewypowiedziane “a za tą akcję policzymy się później” zawisło w powietrzu. Puścił ją tak szybko jak złapał ani myśląc narażać się bardziej niż to konieczne.
To tylko śniadanie. Nic nigdy złego nie stało się na śniadaniu, prawda?
Do jadalni wszedł za Scarlett przepuszczając ją grzecznie w drzwiach. Kiedy chciała usiąść, zrobił to co robił praktycznie od dnia, kiedy się poznali - odsunął jej krzesło. Tym razem jednak powstrzymał się przed czułym przesunięciu po jej szyi, dociśnięciu palcu do jasnej skóry, by poczuć pod nimi przyjemne ciepło. A potem jego wzrok padł na jedną z najbrzydszych kreatur jakie nosiła Matka w swym łonie - skrzat domowy. Oczywiście, że jednego mieli.
Usiadł przy stole ignorując skrzatkę na tyle na ile był w stanie. Policzył wystawioną zastawę - 3. Nie było opcji, żeby tak szybko dostawiono kolejną, więc…
- Mam nadzieję, że nikomu nie zająłem miejsca…- Zaczął, siląc się nawet na krótki nerwowy śmiech.- Czy ktoś jeszcze dołączy? Twój brat, Scarlett?- Przekręcił głowę by spojrzeć na blondynkę.
@Scarlett Mulciber
@Richard Mulciber
Uścisnął dłoń Richarda. Sam nie był szczególnie zachwycony zapachem wanilii, ale miał przeczucie, że szanowny pan ojciec Scarlett wcale nie ma ochoty słuchać o tym jak dziwne pielęgnacyjne eliksiry jego córki kompletnie zaanektowały wszystkie wolne przestrzenie Malfoy’owej łazienki. Dziwny to był podbój. Praktycznie niezauważalny i błyskawiczny. Jednego dnia cieszył się swoim płynem 8w1, żeby następnego stanąć przed wyborem jak w perfumerii. Chcąc nie chcąc pachniał więc babeczka waniliowa w dodatku taka po brzegi napełniona kremem i obsypana cukrem.
- Miło poznać. Scarlett wiele mi o Panu opowiadała.- Skłamał jak z nut, prześlizgując się po słowach jak wprawny aktor, który teraz ma odegrać rolę przykładnego reprezentanta rodu. Dziedzica. Matka byłaby z niego dumna, gdyby wiedziała z jaką łatwością prostuje plecy, unosi dumnie podbródek i spogląda w oczy starszego czarodzieja jak równemu sobie. Malfoyowie nie kłaniają się nikomu. Nie uznawaj żadnych zwierzchności nad sobą prócz tej wskazanej ręką bogów. - prawił ojciec ze swojego miejsca przy stole niczym z ambony.
Nie rozwodził się jakoś szczególnie nad wystawą, bo i nie było szczególnie nad czym się rozwodzić. Ale uśmiechnął się lekko słysząc “zgodę”. I jeszcze to “brzmi wybornie” , które padło z ust Scarlett. Ona już wiedziała, że nie będą oglądać żadnego nudnego złota, prawda? Odwrócił powoli spojrzenie z powrotem na pannę Mulciber, odsuwając się kulturalnie.
Całą siłę woli włożył, żeby się nie roześmiać na widok szczenięcego spojrzenia, które Scarlett rzuciła ojcu. Calanthe robiła dokładnie to samo, gdy próbowała ugrać coś więcej. Wystarczyła smutna minka, kręcenie włosów na palców, żeby nawet Marcus trochę spuścił z tonu. Gdy Malfoy był młodszy wierzył, że to jakaś magiczna, legilimencka sztuczka, ale potem odkrył, że nie - to naturalny babski dar. Co ciekawsze, ożywione nekromancją panienki posiadały podobny zestaw umiejętności o czym boleśnie przekonał się każąc Fridzie wyrzucić przytarganego z ulicy martwego wróbla bez wyprawienia mu “należytego” pogrzebu w starym pudełku po butach. Potok krokodylich łez później wróbel spoczął na honorowym miejscu w kaplicy Nekronomiconu, a zapytany o całą sprawę Baldwin ostro oświadczył, że “on nic nie wie; nie zna się; zarobiony jest”.
A potem do niego dotarło o czym do diabła Scarlett w ogóle mówi.
- Ja chyba podzięk… - chciał zrobić krok w tył, kiedy usłyszał jak drzwi wejściowe zamykają się z cichym skrzypnięciem zawiasów. Jego jedyna droga ucieczki została bardzo łagodnie odcięta. Utknął w kamienicy jak mugolski Daniel w jaskini pełnej lwów. Westchnął niemal bezgłośnie. Cudowni, tylko o tym marzył.- Chętnie. Dziękuję.
Odczekał aż Richard zniknie w jakimś bocznym pomieszczeniu (Kuchnia? Jadalnia? Nie miał pojęcia.), żeby leniwie złapać Scarlett w pasie i przyciągnąć ją do siebie na moment, gdy ta próbowała go wyminąć w drodze od drzwi..
- Zabiorę Cię w dużo ciekawsze miejsce niż British Museum.- Obiecał szeptem. Uniósł jej dłoń, po czym złożył krótki pocałunek na wewnętrznej stronie nadgarstka.- Ale to wieczorem.- Niewypowiedziane “a za tą akcję policzymy się później” zawisło w powietrzu. Puścił ją tak szybko jak złapał ani myśląc narażać się bardziej niż to konieczne.
To tylko śniadanie. Nic nigdy złego nie stało się na śniadaniu, prawda?
Do jadalni wszedł za Scarlett przepuszczając ją grzecznie w drzwiach. Kiedy chciała usiąść, zrobił to co robił praktycznie od dnia, kiedy się poznali - odsunął jej krzesło. Tym razem jednak powstrzymał się przed czułym przesunięciu po jej szyi, dociśnięciu palcu do jasnej skóry, by poczuć pod nimi przyjemne ciepło. A potem jego wzrok padł na jedną z najbrzydszych kreatur jakie nosiła Matka w swym łonie - skrzat domowy. Oczywiście, że jednego mieli.
Usiadł przy stole ignorując skrzatkę na tyle na ile był w stanie. Policzył wystawioną zastawę - 3. Nie było opcji, żeby tak szybko dostawiono kolejną, więc…
- Mam nadzieję, że nikomu nie zająłem miejsca…- Zaczął, siląc się nawet na krótki nerwowy śmiech.- Czy ktoś jeszcze dołączy? Twój brat, Scarlett?- Przekręcił głowę by spojrzeć na blondynkę.
@Scarlett Mulciber
@Richard Mulciber