19.02.2025, 16:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2025, 16:53 przez Benjy Fenwick.)
Mogłem nie okazywać tego na zewnątrz, ale w głębi duszy cieszyłem się, widząc znajome twarze. Choć musiałem przyznać, że całe to widowisko było dość dziwne. Wyglądali na zbyt zaabsorbowanych sobą, by zwrócić uwagę na to, że ich prywatność miała zostać brutalnie przerwana. Przynajmniej z początku - stosunkowo szybko się skonfrontowaliśmy, nie lubiłem podchodów, oni raczej też nie. Stanęli przede mną, ją przed nimi, odstawieni jak na galę, a jednocześnie wymiętoleni. Trochę niezręcznie, bo chyba na pewno przerwałem im zakradanie się po klatce schodowej do mieszkania Ambroisa na chyba nie takie małe, patrząc na ich wygląd, tête-à-tête. Dziwnie mi było to widzieć. Cornelius ewidentnie miał rację, ale na razie nie zamierzałem komentować tego, co zastałem. Miałem zadanie do wykonania.
Kobieta z błyskiem w oku, sięgnęła po sztylet schowany w talii. Moje instynkty ostrzegawcze natychmiast się włączyły. Wyglądała na gotową do działania. W odpowiedzi, jakby na znak, uniosłem brzeg koszulki, pokazując pas z pochwami na kilka różnych broni, które zawsze miałem przy sobie. To przypominało te mugolskie filmy przygodowe, w których bohaterowie wyciągają bronie z najdziwniejszych miejsc, jakby to było coś zupełnie normalnego. Zawsze miałem skąd wyciągnąć kolejną broń, choćby z dupy.
Otworzyłem usta, by zripostować, że mam większy sztylet, ale w ostatniej chwili wstrzymałem się. Przeczesując włosy pałami, poczułem, że sytuacja jest na tyle napięta, że nie ma sensu podkręcać atmosfery. Mieli swoje powody, by być wkurzeni, a ja musiałem znaleźć sposób, by obrócić tę sytuację na swoją korzyść.
Szybko, jak na mnie, zreflektowałem się, że to nie czas na prowokacje. Byli po prostu wkurwieni, co wcale nie czyniło ich mniej niebezpiecznymi od demonów.
Uniosłem ręce na znak pokoju, starając się złagodzić napięcie.
- Soly, nic pelszonalnego. - Powiedziałem od razu, starając się brzmieć jak najbardziej neutralnie, choć w głębi duszy czułem, że sytuacja mogła wymknąć się spod kontroli.
Zerknąłem w kierunku kobiety, która stała naprzeciwko. Jej wyraz twarzy był skupiony, jakby wnikliwie analizowała sytuację. Poza tym raczej nie kryła złości. Całkiem usprawiedliwionej. Potem przeniosłem wzrok na Ambroise'a. Przyglądałem mu się badawczo, próbując ocenić jego wyraz twarzy i ogólny stosunek do mnie. Wyglądał na podkurwionego, to prawda, ale nie emanował chłodem. Wręcz przeciwnie, jego reakcje były jak najbardziej normalne, a jego oczy zdradzały coś więcej niż tylko gniew.
Wzruszyłem ramionami, mimo, że teoretycznie pytanie nie było skierowane do mnie. W międzyczasie, z nudów, podrzuciłem sztylecik między palcami, czując, jak chłodny metal delikatnie musnął moją skórę. Pyknąłem gumą balonową, a dźwięk przerwał tą chwilową, napiętą ciszę.
- Tak jakby goszej, bo plaktycznie jestem z nim lodziną, blatem. - Powiedziałem prosto, nie przejmując się tym, że może nie wszyscy są gotowi na tę informację. - Stalszym. - Dodałem, z lekkim uśmiechem, który miał złagodzić napiętą atmosferę.
Zmierzyłem Ambroise'a badawczo wzrokiem, próbując ocenić, co się dzieje w jego głowie. W końcu, mimo wszystko, w tej dziwnej sytuacji nadal tworzyliśmy jakąś formę rodziny.
Zerknąłem w stronę kobiety, zauważając, jak jej oczy błyszały w świetle. Była wnerwiona. Nie dziwiłem jej się - trochę mi odpierdoliło.
- Solki za pszesadne ślodki ostloszności, ale… Wiecie, jak to jest. Baldzo powasznie podchodzę do kwesztii bytów i opętań. To nie jesz tylko teolia czy zabawa. - Powiedziałem zanim zacząłem delikatnie zdejmować runy z pieczęci, klękając przy brzegu wykładziny. - Miałem jusz do szynienia z jednym takim demonem w Nikalagui... Niemal poszłał większość moich współplacowników do piachu. Pszypadkiem pszyczepił się do naszej glupy, a pszez to, że tak moszno się klył, nie mieliśmy pojęszja, w co się pakujemy, dopóki nie było za pószno.
Moje myśli wróciły do tamtego zdarzenia - chaosu, który zapanował, gdy w końcu odkryliśmy, co się dzieje. Zamilkłem, przesuwając dłonią z różdżką nad runami na podłodze pod wykładziną. Znałem ten układ na pamięć, nie musiałem podnosić dywanu. Mimo to musiałem być skupiony, by nie popełnić błędu. W miarę jak część pieczęci znikała, uniosłem wzrok na towarzyszy.
- Wiecie, to był szkulwiel, któly potlafił manipulować umysłami. Kalmił się złudzeniami, majakami, które nietludno było wywołać wszlód bandy ćpunów, alkoholików i oportunisztów. Ogólnie szecz bioląc, był mistszem w kleowaniu złuszenia szczęścia. Kiedy w końcu go odklyliśmy, mieliszmy cholelnie duszo ploblemów z jego zapieszętowaniem. Pięsz lazy jebaliszmy mu łeb maszetą. Nie dość, że był moszny, to jeszcze kalmił się pozytywnym gównem. Jego ulubionym daniem było danie w szyłę i zjazd na haju asz nie było z ciebie co szbierać... I... Gotowe. - Powiedziałem, wstając z podłogi i prostując się.
Otrzepałem ręce z niewidzialnego kurzu.
- Kiedy Colio opowiedział mi o szytuacji, od lazu stwieldziłem, że nie zamieszam się bawić w szadne ekspelymenty. Wystalczy, że mam na szobie jeden wyrok, a tu jest dziecko. - Podsumowałem. Ostatni raz pyknąłem balonem, a dźwięk rozległ się głośno w ciszy, która nas otaczała.
Kobieta z błyskiem w oku, sięgnęła po sztylet schowany w talii. Moje instynkty ostrzegawcze natychmiast się włączyły. Wyglądała na gotową do działania. W odpowiedzi, jakby na znak, uniosłem brzeg koszulki, pokazując pas z pochwami na kilka różnych broni, które zawsze miałem przy sobie. To przypominało te mugolskie filmy przygodowe, w których bohaterowie wyciągają bronie z najdziwniejszych miejsc, jakby to było coś zupełnie normalnego. Zawsze miałem skąd wyciągnąć kolejną broń, choćby z dupy.
Otworzyłem usta, by zripostować, że mam większy sztylet, ale w ostatniej chwili wstrzymałem się. Przeczesując włosy pałami, poczułem, że sytuacja jest na tyle napięta, że nie ma sensu podkręcać atmosfery. Mieli swoje powody, by być wkurzeni, a ja musiałem znaleźć sposób, by obrócić tę sytuację na swoją korzyść.
Szybko, jak na mnie, zreflektowałem się, że to nie czas na prowokacje. Byli po prostu wkurwieni, co wcale nie czyniło ich mniej niebezpiecznymi od demonów.
Uniosłem ręce na znak pokoju, starając się złagodzić napięcie.
- Soly, nic pelszonalnego. - Powiedziałem od razu, starając się brzmieć jak najbardziej neutralnie, choć w głębi duszy czułem, że sytuacja mogła wymknąć się spod kontroli.
Zerknąłem w kierunku kobiety, która stała naprzeciwko. Jej wyraz twarzy był skupiony, jakby wnikliwie analizowała sytuację. Poza tym raczej nie kryła złości. Całkiem usprawiedliwionej. Potem przeniosłem wzrok na Ambroise'a. Przyglądałem mu się badawczo, próbując ocenić jego wyraz twarzy i ogólny stosunek do mnie. Wyglądał na podkurwionego, to prawda, ale nie emanował chłodem. Wręcz przeciwnie, jego reakcje były jak najbardziej normalne, a jego oczy zdradzały coś więcej niż tylko gniew.
Wzruszyłem ramionami, mimo, że teoretycznie pytanie nie było skierowane do mnie. W międzyczasie, z nudów, podrzuciłem sztylecik między palcami, czując, jak chłodny metal delikatnie musnął moją skórę. Pyknąłem gumą balonową, a dźwięk przerwał tą chwilową, napiętą ciszę.
- Tak jakby goszej, bo plaktycznie jestem z nim lodziną, blatem. - Powiedziałem prosto, nie przejmując się tym, że może nie wszyscy są gotowi na tę informację. - Stalszym. - Dodałem, z lekkim uśmiechem, który miał złagodzić napiętą atmosferę.
Zmierzyłem Ambroise'a badawczo wzrokiem, próbując ocenić, co się dzieje w jego głowie. W końcu, mimo wszystko, w tej dziwnej sytuacji nadal tworzyliśmy jakąś formę rodziny.
Zerknąłem w stronę kobiety, zauważając, jak jej oczy błyszały w świetle. Była wnerwiona. Nie dziwiłem jej się - trochę mi odpierdoliło.
- Solki za pszesadne ślodki ostloszności, ale… Wiecie, jak to jest. Baldzo powasznie podchodzę do kwesztii bytów i opętań. To nie jesz tylko teolia czy zabawa. - Powiedziałem zanim zacząłem delikatnie zdejmować runy z pieczęci, klękając przy brzegu wykładziny. - Miałem jusz do szynienia z jednym takim demonem w Nikalagui... Niemal poszłał większość moich współplacowników do piachu. Pszypadkiem pszyczepił się do naszej glupy, a pszez to, że tak moszno się klył, nie mieliśmy pojęszja, w co się pakujemy, dopóki nie było za pószno.
Moje myśli wróciły do tamtego zdarzenia - chaosu, który zapanował, gdy w końcu odkryliśmy, co się dzieje. Zamilkłem, przesuwając dłonią z różdżką nad runami na podłodze pod wykładziną. Znałem ten układ na pamięć, nie musiałem podnosić dywanu. Mimo to musiałem być skupiony, by nie popełnić błędu. W miarę jak część pieczęci znikała, uniosłem wzrok na towarzyszy.
- Wiecie, to był szkulwiel, któly potlafił manipulować umysłami. Kalmił się złudzeniami, majakami, które nietludno było wywołać wszlód bandy ćpunów, alkoholików i oportunisztów. Ogólnie szecz bioląc, był mistszem w kleowaniu złuszenia szczęścia. Kiedy w końcu go odklyliśmy, mieliszmy cholelnie duszo ploblemów z jego zapieszętowaniem. Pięsz lazy jebaliszmy mu łeb maszetą. Nie dość, że był moszny, to jeszcze kalmił się pozytywnym gównem. Jego ulubionym daniem było danie w szyłę i zjazd na haju asz nie było z ciebie co szbierać... I... Gotowe. - Powiedziałem, wstając z podłogi i prostując się.
Otrzepałem ręce z niewidzialnego kurzu.
- Kiedy Colio opowiedział mi o szytuacji, od lazu stwieldziłem, że nie zamieszam się bawić w szadne ekspelymenty. Wystalczy, że mam na szobie jeden wyrok, a tu jest dziecko. - Podsumowałem. Ostatni raz pyknąłem balonem, a dźwięk rozległ się głośno w ciszy, która nas otaczała.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)