19.02.2025, 18:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2025, 00:41 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Lubił być nieomylny. Bądźmy szczerzy. Mało kto nie lubił mieć rację. Ambroise nie był wyjątkiem, nawet jeśli poniekąd często się za takowy uważał. Ostatnio rzadziej niż w przeszłości, bowiem los nie oszczędzał mu kolejnych ciosów wycelowanych prosto w dumę i ego. Mimo to, Greengrass starał się uparcie trwać przy swoim. Nawet jeśli bywały momenty, gdy go to dotykało i niszczyło.
Pragnął mieć kontrolę nad swoim życiem. Chciał odzyskać władzę nad własnym losem. Do tego stopnia, że momentami nieświadomie się w tym zapędzał. Plątał się we własnym postępowaniu, w swoich myślach. Mając wrażenie, że nie mógł czegoś mieć, usilnie usiłował udowadniać sobie, że wcale tego nie chciał, że tego nie potrzebował. Że wypuszczenie tego z rąk było jego świadomą decyzją.
Gówno prawda.
Niczego tak nie pragnął jak tego, by znów wrócić do tego, co było kiedyś. Być szczęśliwszym człowiekiem. Spełnionym może nie we wszystkich płaszczyznach życia, ale na tej najważniejszej. Tej, na której tak bardzo mu zależało, że mimowolnie starał się bronić jej przed wszystkim. Nawet przed samym sobą. To było popierdolone. Bardziej niż mógłby kiedykolwiek przyznać.
Był wyjątkowy. Zaiste. Wyjątkowo uparty, zaparty, trwający przy czymś, co nie przynosiło ulgi żadnemu z nich. Momentami zdawało się, że to dostrzegał. Wtedy łagodniał. Stawał się bardziej miękki, może nie uległy, ale zdecydowanie przyjemniejszy, bardziej ugodowy. Potrafił być czuły. Umiał być troskliwy i wyrozumiały. Był w stanie zachowywać się jak ktoś komu naprawdę zależy.
Tyle tylko, że zazwyczaj spychał to w eter. Zbyt wiele razy przejechał się na własnej słabości. Zbyt wiele kosztowało go zerwanie z byciem tamtym człowiekiem, o którym teraz nieświadomie mówił, jakby nadal istniał w tym czasie i przestrzeni. Jak gdyby on sam w dalszym ciągu nim był. Mężczyzną jednej jedynej kobiety. Niczyim więcej. Tylko Geraldine. Wyłącznie jej.
Poniekąd zawsze miał nim być, prawda? Nieważne jak bardzo pokrzywiony i zastały w postanowieniach. Zawsze miało mu zależeć. Na zawsze miało być w ten sposób. Do usranej śmierci pisane im było bycie tymi wyjątkowymi ludźmi, nawet jeśli oboje zmienili się przez ostatnie półtora roku.
- Nie potrzebujesz się na tym znać. To normalne - kiwnął głową, licząc na to, że Rina po prostu przyjmie to wyjaśnienie i reszta tej rozmowy się nie odbędzie.
Nie mieli mieć zbyt wielu okazji, aby musiała wiedzieć coś więcej. Nie budowali wspólnej przyszłości, w której naturalne zdawałoby się wciągnięcie dziewczyny w meandry tego, jak to wyglądało. Nie czekały na nich wspólne wyzwania tego typu. Nie mieli też...
...przełknął ślinę, starając się nie uśmiechnąć się z goryczą na tę myśl...
...nie mieli mieć pąkli. Nie mieli założyć rodziny. Nie mieli starać się o dzieci, które w naturalny sposób mogłyby odziedziczyć po nim ten twór. Nie mieli zastanawiać się, czy padnie to na ich potomstwo. Dzieciaki, wnuki, jeszcze dalej. Bez wątpienia prędzej czy później gdzieś ponownie się ujawniając, bo przecież takie naleciałości nigdy do końca nie znikały.
A jednak to nie było im pisane. Nie musieli w to wnikać. Byli wyjątkowi. Tak. Wybitni. Również w pierdoleniu sobie życia. Mimo to nieznacznie się uśmiechnął.
- Ze wszech miar - kiwnął głową, gładząc kciukiem dłoń Geraldine. - Więc wiesz, że ta obawa też jest w to wpisana, ale - zawiesił spojrzenie na ścianie, kolejny raz oddychając głęboko - wolę myśleć, że nie ma podstaw, wiesz? Skoro jesteśmy pojebani u podstaw, byle coś nie jest w stanie tego naruszyć - mówił szczerze, nie kłamiąc.
To miało dla niego znacznie więcej sensu niż to, że miałby tak po prostu zapomnieć o miłości swojego życia. O kimś, z kim był trwale splątany, nawet jeśli nie w wyniku klątwy to przez coś równie trwałego. Jeszcze bardziej nienaruszalnego.
- Nigdy nie kwestionuj tego, że zawsze możesz do mnie przyjść - odpowiedział cicho, ściskając rękę Geraldine i wbijając wzrok w ich splecione palce.
Zawsze i nigdy, tak? Dwa słowa, na które był niesamowicie wyczulony. Określenia, których w żadnym wypadku nie nadużywał. Nawet... ...a może zwłaszcza... ...wtedy, kiedy powtarzali sobie tamte zdanie będące już zamierzchłą przeszłością, choć czy aby na pewno? W tym momencie poczuł zmęczenie przytłaczające go jak ciężka zasłona opadająca mu na twarz i ramiona. Nie ukrywał tego spojrzenia, jakim obdarzył Rinę, spoglądając na jej twarz i poszukując wzrokiem znajomych niebieskich oczu.
To była tęsknota. Już zawsze miała między nimi istnieć. Na zawsze. Do usranej śmierci. Nie dało się tego uniknąć, nie dało się tego nie czuć, całkowicie przygasić wrażenia bezradności i żalu. Żałoby po wszystkich ścieżkach, którymi nie podążyli. Po wszystkich decyzjach, których nie podjęli. Po przyszłości bez przyszłości.
- Zmienimy to - odezwał się prawie bezgłośnie, myślami będąc zupełnie gdzieś indziej. - Jakoś to zrobimy - starał się, nawet jeśli nie miał pojęcia, w jaki sposób miałby postąpić, aby rzeczywiście dotrzymać słowa.
Tak, aby być w stanie zachować ich sojusz, nie posuwając się przy tym zbyt daleko. Nie przekraczając na nowo ustanowionych granic. Nie tracąc gruntu pod nogami i nie odnajdując go w swoich ramionach. Chciał, żeby mogła do niego przyjść. Chciał, aby mogła mu zaufać. Tak naprawdę zaufać, jednocześnie nie obawiając się także tego, że ponownie jeszcze bardziej się przy tym uwikłają.
Wiedział, że to będzie cholernie trudne. Już teraz takie było, bo raz po raz sięgali po najprostsze sposoby odnalezienia oparcia. One zaś nie mogły wchodzić w grę w przyszłości. Nie, gdy jej ze sobą nie mieli.
Pragnął mieć kontrolę nad swoim życiem. Chciał odzyskać władzę nad własnym losem. Do tego stopnia, że momentami nieświadomie się w tym zapędzał. Plątał się we własnym postępowaniu, w swoich myślach. Mając wrażenie, że nie mógł czegoś mieć, usilnie usiłował udowadniać sobie, że wcale tego nie chciał, że tego nie potrzebował. Że wypuszczenie tego z rąk było jego świadomą decyzją.
Gówno prawda.
Niczego tak nie pragnął jak tego, by znów wrócić do tego, co było kiedyś. Być szczęśliwszym człowiekiem. Spełnionym może nie we wszystkich płaszczyznach życia, ale na tej najważniejszej. Tej, na której tak bardzo mu zależało, że mimowolnie starał się bronić jej przed wszystkim. Nawet przed samym sobą. To było popierdolone. Bardziej niż mógłby kiedykolwiek przyznać.
Był wyjątkowy. Zaiste. Wyjątkowo uparty, zaparty, trwający przy czymś, co nie przynosiło ulgi żadnemu z nich. Momentami zdawało się, że to dostrzegał. Wtedy łagodniał. Stawał się bardziej miękki, może nie uległy, ale zdecydowanie przyjemniejszy, bardziej ugodowy. Potrafił być czuły. Umiał być troskliwy i wyrozumiały. Był w stanie zachowywać się jak ktoś komu naprawdę zależy.
Tyle tylko, że zazwyczaj spychał to w eter. Zbyt wiele razy przejechał się na własnej słabości. Zbyt wiele kosztowało go zerwanie z byciem tamtym człowiekiem, o którym teraz nieświadomie mówił, jakby nadal istniał w tym czasie i przestrzeni. Jak gdyby on sam w dalszym ciągu nim był. Mężczyzną jednej jedynej kobiety. Niczyim więcej. Tylko Geraldine. Wyłącznie jej.
Poniekąd zawsze miał nim być, prawda? Nieważne jak bardzo pokrzywiony i zastały w postanowieniach. Zawsze miało mu zależeć. Na zawsze miało być w ten sposób. Do usranej śmierci pisane im było bycie tymi wyjątkowymi ludźmi, nawet jeśli oboje zmienili się przez ostatnie półtora roku.
- Nie potrzebujesz się na tym znać. To normalne - kiwnął głową, licząc na to, że Rina po prostu przyjmie to wyjaśnienie i reszta tej rozmowy się nie odbędzie.
Nie mieli mieć zbyt wielu okazji, aby musiała wiedzieć coś więcej. Nie budowali wspólnej przyszłości, w której naturalne zdawałoby się wciągnięcie dziewczyny w meandry tego, jak to wyglądało. Nie czekały na nich wspólne wyzwania tego typu. Nie mieli też...
...przełknął ślinę, starając się nie uśmiechnąć się z goryczą na tę myśl...
...nie mieli mieć pąkli. Nie mieli założyć rodziny. Nie mieli starać się o dzieci, które w naturalny sposób mogłyby odziedziczyć po nim ten twór. Nie mieli zastanawiać się, czy padnie to na ich potomstwo. Dzieciaki, wnuki, jeszcze dalej. Bez wątpienia prędzej czy później gdzieś ponownie się ujawniając, bo przecież takie naleciałości nigdy do końca nie znikały.
A jednak to nie było im pisane. Nie musieli w to wnikać. Byli wyjątkowi. Tak. Wybitni. Również w pierdoleniu sobie życia. Mimo to nieznacznie się uśmiechnął.
- Ze wszech miar - kiwnął głową, gładząc kciukiem dłoń Geraldine. - Więc wiesz, że ta obawa też jest w to wpisana, ale - zawiesił spojrzenie na ścianie, kolejny raz oddychając głęboko - wolę myśleć, że nie ma podstaw, wiesz? Skoro jesteśmy pojebani u podstaw, byle coś nie jest w stanie tego naruszyć - mówił szczerze, nie kłamiąc.
To miało dla niego znacznie więcej sensu niż to, że miałby tak po prostu zapomnieć o miłości swojego życia. O kimś, z kim był trwale splątany, nawet jeśli nie w wyniku klątwy to przez coś równie trwałego. Jeszcze bardziej nienaruszalnego.
- Nigdy nie kwestionuj tego, że zawsze możesz do mnie przyjść - odpowiedział cicho, ściskając rękę Geraldine i wbijając wzrok w ich splecione palce.
Zawsze i nigdy, tak? Dwa słowa, na które był niesamowicie wyczulony. Określenia, których w żadnym wypadku nie nadużywał. Nawet... ...a może zwłaszcza... ...wtedy, kiedy powtarzali sobie tamte zdanie będące już zamierzchłą przeszłością, choć czy aby na pewno? W tym momencie poczuł zmęczenie przytłaczające go jak ciężka zasłona opadająca mu na twarz i ramiona. Nie ukrywał tego spojrzenia, jakim obdarzył Rinę, spoglądając na jej twarz i poszukując wzrokiem znajomych niebieskich oczu.
To była tęsknota. Już zawsze miała między nimi istnieć. Na zawsze. Do usranej śmierci. Nie dało się tego uniknąć, nie dało się tego nie czuć, całkowicie przygasić wrażenia bezradności i żalu. Żałoby po wszystkich ścieżkach, którymi nie podążyli. Po wszystkich decyzjach, których nie podjęli. Po przyszłości bez przyszłości.
- Zmienimy to - odezwał się prawie bezgłośnie, myślami będąc zupełnie gdzieś indziej. - Jakoś to zrobimy - starał się, nawet jeśli nie miał pojęcia, w jaki sposób miałby postąpić, aby rzeczywiście dotrzymać słowa.
Tak, aby być w stanie zachować ich sojusz, nie posuwając się przy tym zbyt daleko. Nie przekraczając na nowo ustanowionych granic. Nie tracąc gruntu pod nogami i nie odnajdując go w swoich ramionach. Chciał, żeby mogła do niego przyjść. Chciał, aby mogła mu zaufać. Tak naprawdę zaufać, jednocześnie nie obawiając się także tego, że ponownie jeszcze bardziej się przy tym uwikłają.
Wiedział, że to będzie cholernie trudne. Już teraz takie było, bo raz po raz sięgali po najprostsze sposoby odnalezienia oparcia. One zaś nie mogły wchodzić w grę w przyszłości. Nie, gdy jej ze sobą nie mieli.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down